Pozegnalne party ticzera Jeffa

Krótka opowieść oparta na Filipinkach

Spytała czy jadę na święta do domu. Co miałem odpowiedzieć? Że tam skąd pochodzę chiński nowy rok nie istnieje? Nie zrozumiałaby. Zasady naszego świata wydają nam się przecież wszech panujące. Odpowiedziałem, że jadę. Jak zwykle kupiłem dwa batoniki, wodę i kawę. Jak zwykle, nie odrywając wzroku od wielkiej telewizyjnej plazmy zawieszonej na ścianie obok reklam Coca-coli, policzyła na palcach należność – zwyczajowe, to samo od dwóch lat, 67 kuajów.

Luzhou, gdzie pracowałem, stało się moim drugim domem. Spędzałem tam większość czasu. Nigdzie jednak nie czułem się tak bardzo przybyszem z zewnątrz. Po dwóch latach przepracowanych w szkole nikt nie wiedział kim jestem, skąd pochodzę ani nawet jak się naprawdę nazywam.  Nikt nie zadawał mi pytań, zadowalając się tym, że niezmiennie pozostaje biały i przychodzę punktualnie na czas. Dzień w dzień przemykałem jak cień przez szkolne wejście, podbijałem kartę czasową i znikałem w salce na piętrze. Pojawiałem się znowu w przerwie między lekcjami, by leniwie wyruszyć do pobliskiego 7-11, gdzie kupowałem kanapkę i kolejną kawę. Siadałem w parku i patrzyłem na Filipinki obstawione skulonymi w sobie starcami na wózkach inwalidzkich. Pozdrawialiśmy się skinieniem głowy. Czułem z nimi nie tylko pokrewieństwo bycia obcokrajowcem, ale również związek klasowy. Tak jak ja były barbarzyńcami na peryferiach cywilizowanego świata – Wschodnioeuropejczykami dalekiej Azji. Prawdopodobnie każda zamożniejsza tajwańska rodzina posiadała na stanie Filipinkę, która sprzątała, prała, gotowała, opiekowała się dziećmi, upośledzonymi i starcami. Mimo tego one pozostawały wciąż pogodne. Nie zważając na eskortę pochmurnych starców, śmiały się i jak gdyby nigdy nic plotkowały w sobie tylko znanym narzeczu. Była to strategia jak najbardziej rozsądna.  Każdy był rzeźbiarzem swego losu i dostawaliśmy tyle, na ile się godziliśmy. Do życia pałacowego predestynowany był każdy, nawet ten urodzony w lepiance. Nie każdemu wystarczało jednak ku temu dość sił i konsekwencji. W rezultacie pałace zamieszkiwali silni, słabszym pozostawało poczucie wiecznego niespełnienia lub łagodne pogodzenie się z lepiankowym losem. I każdy dostawał to, co chciał.

Zobacz także:

Teoria poznania ucznia Jana

„Uśmiechnięta” z ulicy Zielonego Jeziora

Jeśli możliwym byłoby zatrzymać kogoś w jednej pozie, która oddawałaby charakter danej osoby, ją zatrzymałbym w uśmiechu. Jej sklep mieścił się na rogu ulicy Zielonego Jeziora. Sprzedawano tam wszystko – od warzyw i jogurtów po szampony i karalusze trutki. Był to typowy tajwański interes rodzinny. „Uśmiechnięta” siedziała za ladą rano, popołudniami zmieniała ją siostra, a w weekendy córka siostry.  Organizacją, rachunkami i dostawą towaru zajmował się natomiast siostry mąż.

Dziwne jak powykręcane mogły być kombinacje ludzkich genów i losów, czyniąc z niewiele różniącego się  siebie wiekiem rodzeństwa tak różne osoby.„Uśmiechnięta” była zawsze radosna i witała każdego klienta szerokim, spontanicznym uśmiechem. Była kobietą już niemłodą, wysoką i jak na tajwańskie standardy postawną. Wychowywała samotnie nastoletniego syna, mąż jej umarł dobrych kilka lat temu. Wypełniała sobie sklepowe godziny, czytając katechizmy buddyjskie, od których bezkonfliktowo odrywała się zawsze po wtargnięciu gości. Za jej sprawą oświetlony bladymi jarzeniówkami sklep nabierał życia. Często wchodziłem do niej tylko po to, aby poprawić sobie humor i naładować się promieniującą od niej energią. W tym samym celu wpadali do niej zresztą wszyscy z okolicy. Często częstowała ich herbatą, śmiali się,  opowiadali, a ona uważnie słuchała, potakując ze zrozumieniem głową. Jej energia nie była przy tym męcząca, co często charakterystyczne  jest dla osób z nadmiernymi jej pokładami, ale promieniująca z wewnątrz – ciepła i nienapastliwa. Trudno powiedzieć skąd to w sobie miała. Takiej radości nie można się było raczej wyuczyć, ale trzeba było się z nią urodzić, a potem latami szlifować, by w końcu osiągnąć w niej mistrzostwo.

Zobacz także:

Krótka opowieść o rudym i jego kiełbaskach

Bezcentrum

Wychowany w kulturze, gdzie miasta posiadały punkt centralny – najczęściej rynek z ratuszem lub starówkę – zupełnie straciłem orientację.  Jak bowiem zrozumieć plan wielkiego, azjatyckiego miasta, które nie posiadało ani starówki ani rynku z ratuszem, a każda jego dzielnica stanowiła, oddzielne, samowystarczalne centrum? Miasto bez „środka” było sprzeczne z logiką świata, w którego pochodziłem, przypominając chaotyczny plac budowy. Tajpejczycy pytani o punkt centralny nie widzieli jednak problemu. Wskazywali a to dworzec kolejowy,  a to plac Ximen, a to plac Chang Kai-szeka lub centrum biznesowe w okolicach Taipei 101. Zrozumiałem wtedy, że kulturowa wizja świata zakodowana była nawet w planie budowy miast.  Te, a nie inne połączenia ulic i budynków posiadały architekturę naszych myśli. Małe uliczki łączyły się z dużymi, na ten samej zasadzie, na jakiej w naszych głowach z pojedynczych elementów powstawały szersze pojęcia i teorie.  Wschód i Zachód po raz kolejny wydały mi się dla siebie nieprzetłumaczalne.

Zobacz także:

Oblicza niemożności przebicia

Krótka historia między oczywistościami

“Wierzyłem, że celem literatury  jest ocalić to, co niszczy upływający czas, lecz tymczasem moje własne lata uciekały nie wiadomo gdzie

Isaac B. Singer „Szosza”

Ostatni dzień roku spędziłem w pracy. Dla Tajwańczyków było to jedno z tych odległych, zachodnich świąt, kojarzonych z zakupami i fajerwerkami. Prawdziwy – chiński nowy rok miał nadejść dopiero w lutym.  Metro było jednak zapełnione po brzegi. Ludzie zmierzali pod budynek Taipei 101, gdzie o 24-tej zaplanowano wielki pokaz fajerwerków. Zadziwiające jak elastyczna była chińska kultura, która bez zbędnej szarpaniny anektowała obce elementy, wtapiając je harmonijnie w swój własny świat. Tajwańczycy zachodniego sylwestra nie rozumieli, naśladowali jednak jego zewnętrzne formy, tak by nie wchodziły one w konflikt z ich własnymi zasadami. Nikt się nie upijał, nie hałasował, nie narkotyzował.  Celebrowanie sprowadzało się w zasadzie do fajerwerków, co nadawało tej chwili aurę święta. Ta cała tajwańska formalność czasami mnie drażniła (czyż inni ludzie nie drażnią nas dlatego właśnie, że nie są tacy sami jak my?). Próbowałem ich wtedy sprowokować do jakiejkolwiek reakcji – radości, oburzenia czy gniewu. Bezskutecznie. Tajwańczycy nie tyle nie byli zdolni do publicznego okazywania emocji, co zwyczajnie nie rozumieli moich min czy gestów lub interpretowali je na opak. Zdałem sobie wówczas sprawę, że do przeniknięcia do obcej kultury nie wystarczy nauczenie się jej języka, jako określonej kombinacji dźwięków, którym przypisane było to, a inne znaczenie. Należało również nauczyć się obowiązującego w danej kulturze języka ciała –  całego kodu najprostszych gestów, min i ruchów, które na co dzień uważaliśmy za najbardziej naturalne i czytelne, a które dopiero w konfrontacji z kulturą inną, okazywały się elementem mającym setki a nawet tysiące zupełnie odmiennych znaczeń.   Wiedziałem, że w tym świecie na zawsze pozostanę kimś z zewnątrz.  Nie było w tym jednak nic dziwnego, gdyż odczucie to towarzyszyło mi od dawien dawna w każdym ze światów, w których się znajdowałem. Mój powrót do Europy był już jednak przesądzony, choć nie miałem złudzeń, że zawsze i wszędzie będzie towarzyszyło mi to samo. Wszystko dookoła, co stało mi się przez ostatnie lata bliskie, miało się wkrótce rozpaść i jak zawsze zniknąć, stając się bliskie tym bardziej. Po raz kolejny na wszystkie oczywistości  zacząłem znów spoglądać jak na teatralne dekoracje, mające być wkrótce zastąpione nowymi.  Podróż na Tajwan utwierdziła mnie jednak w przekonaniu, że wszystko przy odrobinie własnego wysiłku jest zawsze możliwe. Wracając wieczorem do domu, patrzyłem z zachwytem na tańczące pod latarniami strugi deszczu. Wszystko wydało się zrozumiałe i takim, jakim było naprawdę.

Zobacz także:

Krótka historia o współczesnej bezdomności

W poszukiwaniu wyspy wynalazców

Krótka opowieść o Rudolfie

Życie toczyło się swoim torem. Po październiku nadszedł listopad, po listopadzie grudzień, i jako że grudzień, w szkole pod wezwaniem Szczęśliwej Maryi postanowiono urządzić świąteczne party. Rzec by można: ot party – godzina podskoków na szkolnym boisku, Mikołaj i świąteczne przyśpiewki. Ticzer Jeff był już na to wszystko przygotowany. Nie dalej jak rok temu, specjalnie na użytek świąt, nauczył się kilku angielskich bożonarodzeniowych śpiewów, jak „Jingle bells” czy „We wish you a Merry Christmas”.  Wystarczyła mała powtórka zeszłorocznego materiału i mógł na nowo wystukiwać tajwańskim dziesięciolatkom rytmy amerykańskich świąt.

W tym roku jednak wszystko się poplątało.

– Ticzerze Jeffie – rzekła dyrektorka Tiffany. – Przebojem tych świąt nie będzie w naszej szkole bynajmniej „Jingle bells” ani nawet „Silent night”, ale „Rudolf, czerwononosy renifer”.

Jeff kiwnął profesjonalnie głową na znak, że „Rudolfa” zna i sobie ceni, w istocie odczuwając niepokój i żal, że oto zamiast „Jingle bells” tego sezonu przyjdzie mu wyśpiewywać zupełnie nieznaną pieśń o reniferze.

Gdy w internecie rozpoczął poszukiwania reniferowej piosenki, zdał sobie szybko sprawę, że oto ma do czynienia w bożonarodzeniowym standardem krainy Anglosasów równie oczywistym jak choinka czy Mikołaj. Jeff westchnął i po raz kolejny zrozumiał, że wie naprawdę mało, a właściwie nic, o świecie. Piosenka opowiadała o reniferze Rudolfie, który cierpiał na anatomiczną przypadłość święcącego jak lampa nosa, przez co nie cieszył się sympatią wśród innych reniferów. I być może do końca swych dni Rudolf wiódłby samotnicze życie  na peryferiach reniferowej społeczności, gdyby nie pewna Wigilia, kiedy to niejaki Święty Mikołaj  zwrócił się do Rudolfa o pomoc. „Rudolfie – rzekł Mikołaj. – Za oknem zamieć straszliwa  i jeśli mam rozwieść dziś prezenty, potrzebuje ciebie i twego świecącego nosa. Stanąłbyś na czele mych sań i oświetlał mi drogę”.  W ten sposób Rudolf stał się najsłynniejszym reniferem na świecie, wszyscy chcieli się z nim przyjaźnić i mieć taki sam świecący nos.

Jak szkoła Szczęśliwej Maryi z parami nóg gołych elegancją walczyła

I w końcu nadeszła jesień. Temperatura spadła do 20 stopni. Tajwańczycy zaczęli oblegać hot poty, i aby ich torebkowym pieskom nie było z tego powodu smutno, zakupili im nowe, zimowe ubranka. Szkoła rozpoczęła się na dobre. Zjawili się nowi uczniowie a z nimi ich bacznie, przyglądający się wszystkiemu rodzice. W pochmurne dni dyrektorka Tiffany zaczęła dwoić się i troić nad przyciągnięciem klienta. Sprawa nie była błaha. Zaraz obok szkoły pod wezwaniem Szczęśliwej Maryi otworzono szkołę nową, a w jeszcze innej zatrudniono prawdziwego Anglika. Anglik był co prawda personą dość dziwną, nie pasującą do wizerunku uśmiechniętego nauczyciela z reklam – około 40-tki, o blado-czerwonej, przepitej twarzy, z paletą tatuaży na przedramionach, przechadzał się po równo przystrzyżonej tajwańskiej dzielnicy nieobecny i niepasujący do krajobrazu jak zombi. Cóż jednak drobnostki te znaczyły wobec białej twarzy, tegoż daru niebios, docenianego przez Europejczyka dopiero w dalekiej Azji.  Pod względem białych twarzy dyrektorka Tiffany górowała jednak nad wszystkimi ościennymi szkołami.  Swego czasu udało jej się przecież nabyć aż dwie sztuki. Co prawda były to twarze nie tyle anglosaskie, co z dziada pradziada słowiańskie, należące do wspominanego na kartach tejże historii ticzera Jeffa oraz polskiej Polki Jasi, którą w zamierzchłych czasach sprowadził tu jeszcze Polak Mirek. Któż jednak byłby tak drobiazgowy, by białe twarze rozbijać na czynniki pierwsze i  doszukiwać się w nich innych pierwiastków niż amerykański. Biała twarz była dla Tajwańczyków przede wszystkim synonimem Ameryki i tej wizji świata należało się trzymać. Ticzer Jeff, mimo że uchodził za Kanadyjczyka, twarzowo wypadał znakomicie. Pewnego dnia z ust dyrektorki Tiffany usłyszał bowiem niemały komplement, iż oczy ma kanadyjskie, niemniej nos typowo amerykański.

Walka o ucznia zaczęła się jednak na dobre. W nowo otwartej, sąsiadującej ze Szczęśliwą Maryją, szkole postawiono na kampanię cukierkowo-podarkową. Na zewnątrz budynku ustawiły się panie w kolorowych fartuszkach, i, wraz z ulotkami promocyjnymi, wciskały przechodzącym dzieciom kubki z prażoną kukurydzą. Z kolei po drugiej stronie, w tzw. Mądrym Tygrysie, gdzie zatrudniono wytatuowanego Anglika-zombi, postawiono na atrakcyjność fizyczną pań nauczających. Miast prażonej kukurydzy, rodzicom oferowano tam młode, uśmiechnięte dziewczęta, które w krótkich spódniczkach i na wysokim obcasie odprowadzały przepełnione wiedzą pociechy do tatusiowych limuzyn. W ten sposób – czterema parami gołych nóg  – Mądry Tygrys nadrabiał do Szczęśliwej Maryi brak jednej białej twarzy, z czego ostatecznie wychodził remis. Jedna biała twarz wytatuowanego Anglika plus cztery pary dziewczęcych nóg w Mądrym Tygrysie równały się bowiem dwóm twarzom białym, polskim, częstochowskim w Szczęśliwej Maryi. Równowaga ta była nie w smak dyrektorce Tiffany. Nokautujące nabycie kolejnej białej twarzy nie wchodziło w rachubę ze względu na zbyt duże koszty. W swym tajwańskim gronie pedagogicznym miała z kolei jedynie panie w średnim wieku, których nogi naturalnie nie prezentowały się już tak sprężyście jak dwudziestolatkom z Mądrego Tygrysa. Ów marketingowy feler Tiffany postanowiła zrekompensować jednak elegancją i doświadczeniem. W tym celu tajwańskim nauczycielkom w średnim wieku zakupiono jasne bluzeczki z zamaszystym kołnierzem oraz czarne, stylowe spodnie. W ostateczności wyglądały ona nie tyle jak nauczycielki klas 1-3, ale kompetentne i profesjonalne pracownice banku. W drugiej kolejce jesiennej ekstraklasy było 3: 2 dla Szczęśliwej Maryi.

Zobacz również:

Jak szkoła Szczęśliwej Maryi wizytatora przyjmowała

Szczęsliwomaryjny traktat o sprzeczności