Kuba Station

Krótka opowieść o Athuli

październik 21, 2009 · Dodaj komentarz

Był dla mnie jak układanie puzzli. Z każdą wizytą dokładałem do jego obrazu w mojej głowie nowy element, by z czasem zaczęła mi się zarysowywać jego pełna, choć zawsze mglista sylwetka. Był zamknięty w sobie i oszczędny w słowach, chociaż wszyscy brali go za pogodnego, gadatliwego faceta. Może ze względu na duże, ciemne oczy i nienaturalnej wielkości wargi, które nadawały jego twarzy rubasznego, sympatycznego wyglądu. Za każdym razem próbowałem ciągnąć go za język. Odpowiadał zwięźle lub tylko uśmiechał się pod nosem, co tylko podsycało moją ciekawość. Z czasem nie pytałem już wprost, ale okrężnie. „W muzeum narodowym jest teraz wystawa figurek Buddy ze Sri lanki” – wtrącałem. „Naprawdę?” – dziwił się Athula, po czym odpowiadał: „W Xindian jest dużo buddyjskich świątyń”. Jego kram z naleśnikami w srilańskim stylu obsiadała zawsze chmara białych mężczyzn z piwem. Szeptali coś do niego w zaufaniu, on potakiwał głową i robił swoje naleśniki, pocąc się przy tym od żaru pieca, na którym smażył.

Pochodził ze Sri Lanki.  Przyjechał na Tajwan jeszcze w latach 80-tych. Powoli nauczył się chińskiego. Potem znalazł tajwańską żonę. Miał z nią dziecko. Otworzył naleśnikowe stoisko na przedmieściach Tajpej, gdzie sam sobie był szefem i pracownikiem. Co prawda nie był biały, co dawałoby mu automatycznie szacunek tubylców, niemniej biali mieszkający w Tajpej garnęli do niego, uznając za swojego. Rozmawiał po angielsku, przez co Amerykanie czy Anglicy mogli do woli mówić do niego. A on im w tym nie przeszkadzał. Nie przerywał, nie podważał. Za to chyba go lubili. Dla Tajwańczyków był obcym tak jak i oni. Wierzyli, że rozumiał ich perspektywę. W jego naleśnikowym kramie mogli poczuć się mniej samotnie.

Zbierali się u Athuli przeważnie wieczorem po pracy. Pili piwo, dyskutowali. Wielki grubas z tatuażami na przedramionach tłumaczył zebranym różnice między socjalizmem a komunizmem.  Podczas czerpania tchu na kształt czkawki bekał piwem. Athula nie uczestniczył w rozmowie. Z potem na czole ugniatał grube, naleśnikowe ciasto. Smażył je a potem faszerował sosem curry z rozgotowanym w nim mięsiwem. Fakt faktem ciasto Athuli, wśród wszechobecnej chińszczyzny, smakowało wybornie.  Było powiewem Zachodu w samym środku Orientu. Sam nie należał w istocie do żadnego ze światów. Lata spędzone na Tajwanie czyniły zeń prawie Chińczyka. Nauczył się śpieszyć powoli, był oszczędny w gestach, a jego wielka twarz wyrażała zawsze minimum emocji. Ze swoją misiowatą posturą i wielkimi oczami trudno, żeby ktoś wziął go za Tajwańczyka. Odróżniał go też luźny styl bycia – piracki kolczyk w uchu, niedbałe, zachodnie z ducha stroje. Prawdopodobnie byłby jednak obcym również w Europie czy Ameryce. Wychował się na Sri Lance, na jednym z końców świata, tam dorastał i stamtąd swego czasu uciekł. Wiedział chyba jednak, że powrót do kraju młodości był już w jego przypadku niemożliwy. Za długo przebywał za granicą, by czuć się obywatelem jakiegokolwiek kraju. Jego ojczyzną nie była już Sri Lanka ani Tajwan, ale jego naleśnikowe stoisko, językiem – mieszanina chińskiego i angielskiego, a czasami zapewne, choćby w snach, używanego na Sri Lance senegalskiego, krajanami zaś – żona i córka oraz grupa białych, zasiadająca każdego wieczoru przy jego sklepiku.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

0 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.

Dodaj komentarz