Kuba Station

Wpisy od kwiecień 2009

Jak szkoła Szczęśliwej Maryi wizytatora przyjmowała

kwiecień 26, 2009 · 1 komentarz

images4
Działo się to bardzo dawno temu i trudno określić czy jest prawdą, niemniej pewnego dnia dyrektorka ze szkoły pod wezwaniem Szczęśliwej Maryi tak oto rzekła do ticzera Jeffa:

- Ticzerze Jeffie, jutro o godzinie zero wizytację będziemy mieli ze światowego centrum dowodzenia Szczęśliwej Maryi.

Ticzer Jeff przełknął ślinę.

- Wizytację z centrum dowodzenia??

- Bliżej nieokreślony człowiek prezesa prezesów chciałby przyjrzeć się Pańskim słynnym metodom nauczania – odpowiedziała ze spokojem dyrektorka.

Ticzer Jeff  w noc poprzedzającą wizytację nie mógł spać. „Co jeśli wizytator jest Amerykanin albo Anglik i rozpozna, że jestem oszust?” – rozmyślał. „Co, jeśli rozpozna, wyda policji, wyrok dożywocia, kara śmierci, ścięcie mieczem?”. „Co, jeśli to wszystko spisek, zemsta Chińczyków na Polakach za Wojny Opiumowe?”. „Dlaczego zainstalowali w mojej sali kamerę i każdy mój ruch i grymas można oglądać teraz na wielkim telewizorze umieszczonym zaraz przy wejściu do szkoły? Tak, Chińczycy myślą, że mnie mają , ale ja się nie dam, oj trzykrotnie nie dam!”.

W dzień wizytacji ticzer Jeff  przywdział najdroższy krawat od Gucciego i ogolił się w najmodniejszym, japońskim zakładzie fryzjerskim. W szkole Szczęśliwej Maryi  zjawił się długo przed godziną zero. Pozmiatał salę, kurze wytarł, poukładał równo krzesełka i posprawdzał funkcjonalność pisaków do tablicy. Gdy zaczęli zjawiać się pierwsi uczniowie, był niezwykle formalny.

- Siąść prosto, ładnie, nie garbić się, milczeć i uśmiechać – nakazał.

Jako że czas pędzi nieubłaganie, i takoż biedni, głupi i biali, jakoż bogaci, mądrzy i kolorowi, nie mają na to wpływu, w końcu nastała i godzina zero, w której, jako miał zjawić się, tako się zjawił, potężny wizytator-inkwizytor. Pierwsza do klasy wkroczyła dyrektorka Tiffany.

- Dzieci drogie, mam zaszczyt przedstawić Wam, naszego przyjaciela ze światowego centrum dowodzenia Szczęśliwej Maryi, który dziś razem z Wami będzie siedział w klasie, klaskał, skakał i śpiewał – rzekła Tiffany i zza jej pleców wyłonił się oblany młodzieńczym trądzikiem Chińczyk, około trzydziestki, w okularkach i białym kołnierzyku wystającym spod czarnego swetra – wypisz wymaluj student- prymus, młody naukowiec, działacz Odnowy w Duchu Świętym.

- Cześć dzieci, jestem George – szepnął nieśmiało wizytator i schował się w ławce, wyciągając nań kajecik do tajemnych zapisków.

- Powitajmy radośnie Georga – zawtórował ticzer Jeff.

- Dzień dobry, Georgu! – podniósł się anielski chór dziewięciolatków.

- Drogie dzieci, powiedzcie mi proszę, co lubicie jeść? – rozpoczął pokaz ticzer Jeff.

Jeden z uczniów, który zazwyczaj miał niewiele do powiedzenia, podniósł rękę. Ticzer Jeff, mimo że spodziewał się podstępu, wspaniałomyślnie udzielił mu głosu.

- Czy mogę wyjść do ubikacji? – zapytał uczeń.

- Ależ, proszę bardzo – uśmiechnął się dobrotliwie Jeff, spoglądając kątem oka na groźnego wizytatora Georga, notującego coś w swym kajeciku.

To, co działo się potem, nie jest warte szerszego omówienia. Zaprzestańmy na tym, że ticzer Jeff tradycyjnie pytał, uczniowie tradycyjnie odpowiadali, a wizytator George tradycyjnie lub nie notował coś w swym kajecie. Pod koniec lekcji ticzer Jeff był już porządnie zmęczony, gdyż na część wizytatora naklaskał, naśpiewał i naskakał się po trzykroć. I trudno jest nawet orzec, czy przyniosło to jakieś efekty. Po lekcji wizytator szybko zniknął, ticzer Jeff chcąc się dowiedzieć jakie wywarł na nim wrażenie, zapytał o to dyrektorkę Tiffany.

- I co?

- Jak co? – zdziwiła się Tiffany.

- Co z wizytatorem?

- A z wizytatorem! Już wyszedł – odpowiedziała. – Widzę, że bierze Pan to wszystko zbytnio do siebie, a należy na to spojrzeć z szerszego, filozoficznego punktu widzenia: szkoła to nie tylko ławki, uczniowie i nauczyciele, ale także wizytatorzy, bez których żadna szkoła nie może być w pełni szkołą, czyż nie?

- No tak.

- Ludzie widzą, że szkoła wizytowana, czyli porządna i na poziomie, zapisują do niej swe pacholęta, i w ten sposób tako i Pan jak i ja codziennie mamy pełną lodówkę świeżego serka tofu z kawiorem.

- Z Pani dyrektor to jest prawdziwy lis – skwitował z podziwem ticzer Jeff.

- Ach, jedna z moich sióstr mieszka w USA – odpowiedziała Tiffany.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane:

Jak serce i głowa Koziołka na różne tematy się spierały

kwiecień 25, 2009 · Dodaj komentarz

images3

Działo się to dawno temu i w ogóle nie wiadomo czy było prawdą, niemniej pewnego razu Koziołek został badaczem. Badaczem gazetowo-internetowych opisów podróży i dalekich krain. Wszystko pod sztandarem zdrowego pragmatyzmu – po pierwsze: odnaleźć tegoż wzór, po drugie: skopiować , po trzecie: stać się poczytnym i bogatym koźlim autorem. Badał zatem, czytał i badał, aż w końcu odkrył tajemną formułę badanych opisów. Była prosta i zasadzała się na zachwytach. Zachwytach kolorowych. Przyprawionych nutką tajemniczości .

„O jakżeż przebić się do tych podróżniczo-gazetowych egzaltyzmów, by parodiami się nie stały?” – zapytywał Koziołek sam siebie, wiedząc, że z przyrodzenia pozbawiony był egzaltyzmów. „O Jakżeż się przebić, gdy przyszło mi żyć w jednej z odległych krain i trenować się tu nie tyle w rozedrganych zachwytach, co w szaro-burej codzienności?”.

Koziołek usłyszał wtedy głos dobywający się prosto z serca: „O krytykancie! Ignorancie! Świat jest pełen magii i kolorów, których nie potrafisz dostrzec”. Koziołek zadumał się, spojrzał we własne serce i przyznał mu rację. Po chwili usłyszał jednak inny głos. Tym razem dobywający się z głowy. „Dlaczegóż dostrzegamy bajeczność i czary w miejscach odległych a nie potrafimy ich dostrzec za naszym własnym oknem? Dlaczegóż zaokniasta rzeczywistość miała by być mniej zaczarowana niż mongolskie stepy, afrykańskie sawanny czy chińskie nocne markety?”. Koziołek i tym razem zadumał się, spojrzał we własną głowę i przyznał jej rację.

Serce widząc, że traci Koziołka, przyspieszyło rytm. W głowie Koziołka zawirowało od nadmiaru krwi. Serce, wykorzystując ów moment nieuwagi głowy, tak oto Koziołkowi rzekło: „Podróż stanowi wielki symbol we wszystkich koźlęcych krainach i tak jak inne zbiorowe symbole ma swój wielki cel: podtrzymuje słabe koźlęce głowy w wyprostowanej pozycji. Zaokniasta codzienność bez marzenia o dalekich, magicznych krainach byłaby dla małych koziołków nie do zniesienia. W kosmicznym cyklu codzienności: dom – pożywienie – praca, opowieści o podróżach spełniają rolę wentylatora. Muszą więc składać się z zachwytu i magii – czegoś, co tak łatwo zostaje pochłonięte przez codzienność” – zakończyło serce, po czym dodało: „Inną rzeczą jest to, czy dane miejsce jest zaczarowane naprawdę czy też nie, w ostatecznym rozrachunku nie zależy to jednak od miejsca, ale od nas samych”.

„Teraz już rozumiem – opisy podróży muszą łączyć się z zachwytem” – wybeczał Koziołek.

Powalona na łopatki wywodem serca głowa próbowała się jeszcze bronić: W takim razie nie ma różnicy między wysypiskiem a koralowymi rafami?”.

Zdezorientowany Koziołek spojrzał wyczekująco w stronę serca. To przez chwilę milczało, po czym rzekło: „Na wysypisku można być najszczęśliwszym kozłem na ziemi, a na rafach kozłem najbardziej niepocieszonym, wszystko zależy od ciebie, mały Koziołku”.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: ,

Koziołek w krainie różożowych, co wyblabladzić się chcieli

kwiecień 14, 2009 · Dodaj komentarz

images2

Koziołek wędrował i wędrował w poszukiwaniu Pacanowa aż pewnego razu trafił do krainy różożowych kozłów. W krainie tej posługiwano się różożowym językiem, panowały tu różożowe zwyczaje, pozdrawiano się na różożowo, na różożowo kłócono, na różożowo prowadzono interesy oraz oglądano różożową telewizję. Świat różożowych przypadł Koziołkowi do gustu. „Jakaż to odświeżająca odmiana po krainie blabladych kozłów! O jakimiż szczęściarzami jesteście, o różożowi!” – zabeczał Koziołek. Różożowi przypatrywali się z niedowierzaniem Koziołkowi. „Cóż pięknego jest w różużu? Wszem i wobec wiadomo, że najpiękniejszy jest blablady i nikt różożowego już nie lubi. Chcemy być blabladzi – w sztuce wybladzania szkolimy naszych doktorów i wizażystów, na blablado wycinamy nasze oczy, nosy i myśli ”.  Słysząc to Koziołek, zadumał się. „W krainie blabladych kozlów robiono wszystko by się odblabladzić, dlatego nigdy nie doceniałem mojej blabladości – nie sądziłem, że gdziekolwiek może być ona darzona podziwem”. Nagle Koziołek podskoczył w miejscu i radośnie zabeczał. „Czyż świat nie jest zabawny? Jeśli w krainie blabladych marzy się o byciu różożowym, a w różożowych o blabladym, Pacanowa należy wypatrywać w najmniej spodziewanym miejscu”.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane:

Spotkanie z piosenką: Al Bano i Romina Power

kwiecień 11, 2009 · Dodaj komentarz

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: ,

Krótka opowieść o misternych relacjach między puk puk a ko ko

kwiecień 7, 2009 · 1 komentarz

images1

Dokładnie tak. Puk puk i ko ko. Dziewczęta w tajpejskim metrze masowo malują sobie po twarzach. Masowo to oczywiście zbyt duże słowo, poprzestańmy więc na tym, że do aktów owych dochodzi wcale nierzadko. Bez skrępowania wyjmują lusterka, pudry i szminki. Powoli jak na teatralnej scenie pędzlują nosy i rzęsy. Nikt nie patrzy w ich stronę, ba, nikt nie patrzy dłużej na nikogo, bo nachalne patrzenie uchodzi w tej krainie za niegrzeczne. Publiczne malowanie się zaś uchodzi, wręcz kobiecie przystoi, bo czyni ją tym bardziej kobietą. Podobnież jak i bekanie. Wstrzymywanie się jest przecież niezdrowe, a wiadomo, gdy gdzieś wysuwany jest argument zdrowia, wszystko jest wówczas dozwolone.

Polskie „puk puk” (dźwięk będący odpowiednikiem pukania do drzwi) to po chińsku „ko ko”. Patrzę się im w metrze prosto w twarz. Jeśli im wolno wszem i wobec bekać, tudzież publicznie się malować, ja w ramach protestu będę się nachalnie patrzył. Oczywiście nikt nawet nie wie, że moje patrzeniowe „puk puk” to w istocie misterne „ko ko”. Protestuję zatem sobie a muzom. Z drugiej strony czuję się w tym wszystkim naprawdę wolny, jak małe dziecko albo wariat, mogę sobie patrzeć do woli. Jestem cudzoziemcem, na dodatek białym – wszystkie odchylenia i perwersje będą mi w ostateczności wybaczone. Mógłbym zacząć chodzić nagle na rękach. Albo zaśpiewać piosenkę. Albo pójść na całość i przed opuszczeniem wagonu złożyć namiętny pocałunek na usta siedzącego naprzeciwko pięćdziesięcioletniego Tajwańczyka z teczką.

Zobacz również:

Krótka opowieść o Hitler Cafe

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , ,

Spotkanie z piosenką: Lykke Li

kwiecień 5, 2009 · Dodaj komentarz

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: , ,

Krótka opowieść o pewnym szaleństwie

kwiecień 4, 2009 · 1 komentarz

images

Spotkałem ją przed dworcem głównym, gdzie czekałem na autobus do pracy. Ubrana była starannie i elegancko, toteż gdy pierwszy raz splunęła w moją stronę, odebrałem to jako nieznany mi zwyczaj tutejszej ludności. Po splunięciu nastąpiła jednak seria słownych ataków. Rozejrzałem się dookoła. Ludność tubylcza zwyczajowo odwróciła głowy i przyjęła postawę milcząco-wsobną, zerkając jedynie kątem oka na dalszy rozwój wypadków. W krainie publicznej powściągliwości akty tego typu bywały prawdziwą rzadkością i często stanowiły gazetowy temat dnia. Kobieta splunęła po raz drugi, krzycząc przy tym i wymachując rękami. Splunięcie nie było już jednak wymierzone we mnie a w stojącego obok faceta z teczką. Sprawa stała się jasna. Kobieta nic osobiście do mnie nie miała, ot pluła całej ludzkości w twarz i na owym pluciu zasadzało się jej szaleństwo. Cóż takiego kryło się w dworcach, że pod każdą szerokością geograficzną przyciągały jak magnes wszelkiej maści wariatów i wykolejeńców? Nie, żebym czuł do nich odrazę, wręcz odwrotnie, zawsze mnie fascynowali. Jednocześnie budzili lęk, bo wiedziałem, że utrata kontroli nad własną głową, nie jest sprawą aż tak trudną. Trudno jest potem tę kontrolę odzyskać. I nie było by może w tym nic strasznego, gdyby szaleństwa wiązało się z poczuciem szczęścia. W istocie szaleństwo to potężne cierpienie. Bezustanne zmaganie się z wrogim światem i strachem. Przyjmując, że wszystkie bodźce zewnętrzne przed powstaniem osądu przechodzą uprzednio przez filtr naszego mózgu, szaleństwo to w istocie awaria owej maszyny filtrującej, przegrzanie się któregoś z drucików.

Kobieta popluła, powrzeszczała i zniknęła. Być może nigdy jej już nie spotkam, w wielkim mieście to nawet więcej niż możliwe. Jej złowrogie splunięcia wbiły mi się jednak z miliona zdarzeń dnia w pamięć. Szaleństwo miało tysiąc twarzy, a jednym z nich, zanotowanym prawdopodobnie już dawno w podręcznikach psychiatrii, było notoryczne opluwanie ludzi.  Opluwanie było tu alternatywnym sposobem komunikowania się z ludźmi, opóźnioną odpowiedzią na ciosy, które nie zostały odparowane w odpowiednim czasie. Jakże bogata w podobne przypadki musiała być właśnie kultura Azji z jej nakazem publicznego tłumienia negatywnych emocji. Kurz zmiatany pod dywan głowy, mimo że na zewnątrz wszystko lśniło czystością, pod powierzchnią powoli nawarstwiał się, stając się siedliskiem nowych, żyjących własnym życiem robaczanych światów.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , ,