Kuba Station

Krótka opowieść z Francuzem w tle

marzec 21, 2009 · Dodaj komentarz

images3

Pewnego razu był sobie pewien Francuz. Francuz mieszkał na Tajwanie i był gejem. W tym miejscu, gdy opowiadałem tę historię jakiś czas temu przypadkowym słuchaczom, jeden z nich zaprotestował. „Cóż z tego, że był gejem? Czy to aż tak istotne? Po co od razu to wywlekać? Najważniejsze, iż był człowiekiem – był kimś i dokądś zmierzał”. Oczywiście przyznałem mu rację. „Francuz był jak najbardziej człowiekiem” wytłumaczyłem. „Niemniej to, że był przy okazji gejem stanowi niejako zabawną puentę opowiadanej przeze mnie historii”. Przypadkowy słuchacz był jednak uparty„Dziś już wiemy na pewno, że historie ludzkie nie mają żadnej puenty” – stwierdził. „To prawda” – i tym razem przyznałem mu rację. “Niemniej tak często historie ludzkie nie mają dziś żadnej puenty, że warto te puentę zawierające traktować z większą uwagą i szacunkiem”. Przypadkowy słuchacz dal w końcu za wygraną, machnął ręką i pozwolili mi opowiedzieć mą historię do końca.

A było to tak…

Historia ta miała miejsce jakiś czas temu i wydarzyła się mniej więcej naprawdę. Pewnego razu był sobie pewien Francuz. Francuz mieszkał na Tajwanie i był gejem. We Francji studiował malarstwo, na Tajwan przyjechał – ja większość Europejczyków – przez przypadek. Francuz jako artysta nosił się wysokoartystycznie, przy tym powściągliwie i bardzo na serio. Po ulicach Tajpej jeździł na ekstrawaganckim, starej daty rowerze, do którego przytwierdzone były elementy motoru wyścigowego. Dumnie zasiadając swe dwukołowe cacko, rozpuszczał długie, proste blond włosy, które delikatnie falowały pod wpływem prędkości. Czarnowłosi Tajwańczycy spoglądali na to zjawisko z podziwem.

Francuza poznałem przez ogłoszenie w internecie. Sprzedawał pralkę, ja pralkę kupowałem. Szybko okazało się, że zna tego i tą, których ja znalem, był również tu i tam, gdzie ja bywałem. Rozstaliśmy się w pokoju i przyjaźni, widując się potem tu i tam. Być może zostało by mi po Francuzie jedynie mgliste wspomnienie, gdyby nie pralka, której kremowa biel na zawsze miała mi się już kojarzyć z jego złocistymi włosami. Gdyby nie pralka a przede wszystkim pewna bezsenna noc. Pewna bezsenna noc, podczas której zająłem się przerzucaniem telewizyjnych kanałów – od pierwszego do setnego i z powrotem, poświęcając przy tym jednemu programowi nie więcej niż dziesięć sekund. Przerzucałem tak i przerzucałem, hipnotyzując się nie tyle treścią kanałów, co samym światłem dobywającym się z odbiornika, gdy nagle zdało mi się, że na jednym z programów mignęły mi złote włosy Francuza. Leciałem przez kanały tak szybko, iż trudno mi było określić potem, na którym z nich doznałem halucynacji z Francuzem. Zmieniłem kolejność przerzucania kanałów – tym razem od setnego do pierwszego, aż w końcu odnalazłem go. Tak, był to ten sam złotowłosy Francuz, od którego kupiłem pralkę. Zadziwiający był jednak telewizyjny kontekst, w którym wysokoartystyczny, złotowłosy Francuz się znajdował. Byl to jeden z młodzieżowych tajwańskich programów, gdzie grupa chichoczących Azjatek wybierała chłopaka na randkę. Dziewczęta siedziały w szkolnych ławkach i ubrane były w krótkie, uczniowskie spódniczki. Naprzeciwko nim wystawiono trzech chłopców: Amerykanina, Anglika i złotowłosego Francuza. Chłopcy wykonywali specjalne zadania, dziewczęta je oceniały i wypowiadały się, co szczególnie urzekło je w prezentowanych chłopcach. Amerykanin jako „Amerykanin” był specjalistą od sportów. Zaprezentował kilka koszykarskich trików, za co zebrał największe brawa dziewczęcej publiczności. Anglik jako „Anglik” grał w golfa, brawa były tu już mniejsze, jednak kilka dziewcząt przyznało mu najwyższe noty. Francuz natomiast jako „Francuz” zaśpiewał piosenkę. W krótkim wstępie wyjaśnił, że piosenkę skomponował dawno temu we Francji dla swej byłej dziewczyny. Zarzucił do tylu swe długie, złote włosy i zaczął wygrywać na gitarze kilka molowych akordów, za którymi wszedł romantyczny wokal w języku angielskim. Piosenka nie była specjalnie skomplikowana i zamykała się w wersach „I love you, I miss you, yeyeye”. Występ nie był już tak spektakularny jak koszykarskie triki Amerykanina czy dolkowe trafienia Anglika, jedna z dziewcząt wyznała jednak, że to właśnie romantyczny Francuz zrobił na niej największe wrażenie i to właśnie z nim, i z nikim innym, pragnęłaby udać się na randkę. Wszystko zakończyło się więc szczęśliwie – zwycięzcą programu został “wysportowany” Amerykanin, srebrny medal otrzymał “intelektualista” Anglik, brąz zaś przypadł “artyście” Francuzowi. W finale dziewczęta wbiegły radośnie na scenę, wszyscy złapali się za ręce i odśpiewano piosenkę.

I być może tu opowieść ta by się kończyła, gdyby nie to, że jakiś czas potem spotkałem Francuza, gdy wyprostowany dumnie, mknął swym ekstrawaganckim rowerem po tajpejskiej ulicy. Wspomniałem, że widziałem go w telewizyjnym programie o randkach i że śpiewał miłosną piosenkę. Francuz uśmiechnął się ironicznie. Do tajwańskiego programu trafił z ulicy, wytłumaczył. Przy jednym z barów zagadała go babka z telewizji. Za osiem godzin nagrań otrzymał piętnaście tysięcy tajwańskich dolarów. Nie musiał właściwie nic robić ani dodawać od siebie. Wszystko napisane było w scenariuszu. „Nie wziąłbyś takiej pracy?” – zapytał, zarzucił do tylu swe złote włosy i pomknął na swym ekstrawaganckim rowerze w dal.

Zobacz także:

Krótka opowieść o współczesnej bezdomności

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , ,

0 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.

Dodaj komentarz