
Działo się to bardzo dawno temu i do końca nie wiadomo czy działo się naprawdę, niemniej pewnego dnia nasz Koziołek opuścił krainę kozłów i wyruszył na poszukiwanie Pacanowa – krainy, gdzie kozy żyły w wiecznym szczęściu i mądrości. Według starej legendy, Pacanów mieścił się po drugiej stronie niedostępnej Łysej Góry, okrytej wiecznym mrokiem i mgłą. Nie prowadził tam żaden drogowskaz ani żadna ścieżka. U podnóża góry, tam gdzie kończyła się kraina kozłów, ustawiono pale z nabitymi nań koźlimi czaszkami. Koziołek zawsze omijał to miejsce z daleka, teraz podszedł bliżej i szybko dostrzegł, że czaszki nie były prawdziwe, ale zrobione z gipsu. „Porządek świata starych kozłów ustanowiony jest na strachu. Jakie to proste – wystarczy jeden krok bym się uwolnił”, rzekł Koziołek i przecisnął głowę między palami.
Mgła opadła. Oczom Koziołka ukazały się nagie skały i wielkie wzniesienie Łysej Góry. Koziołkowi wydało się, że góra jest już na wyciągnięcie jego ręki, jednocześnie czuł, że podróż na szczyt może trwać latami. Spojrzał za siebie na pale z nabitymi nań koźlimi czaszkami z gipsu. „Co jeśli Pacanów nie istnieje?”, zawahał się Koziołek, po czym wbił wzrok w odległe skały.”Czyż nie lepiej jest zginąć na Łysej Górze niż teraz zawrócić?”, pomyślał Koziołek i raźnym krokiem zaczął wspinać się w górę.
Wspinał się tak dwa dni i dwie noce, żywiąc się po drodze robactwem skalnym i pijąc wodę z górskich, oblepionych cuchnącym kożuchem glonu, sadzawek. Trzeciego dnia przed nastaniem zmroku przystanął przy wejściu do wielkiej groty. U podnóża góry jaskrzyły się światełka krainy starych kozłów a od skał odbijało się przytłumione echo wesołych koźlich okrzyków. Koziołek odwrócił głowę i wszedł do środka jaskini. Nagle usłyszał dobywający się z ciemności szept. „Inc… inc… nic”. „Kim jesteś?! Ukaż się!”, krzyknął Koziołek. Z ciemności z latarnią w ręku wyczłapał sędziwy, zgarbiony kozioł. Przebrany był w kardynalskie, purpurowe szaty, a na jego szyi zawieszona była gruba księga, która jeszcze bardziej ciągnęła go ku ziemi. „Jestem strażnikiem ciemnej groty, kto tu raz zawita, dla tego nie będzie powrotu”. Koziołek przyjrzał się staremu kozłowi. Zamiast oczu miał cienie, a jego kardynalska szata przykrywała odsłonięte, nagie żebra. Koziołek instynktownie chwycił głowę starego kozła i uderzył nią z całej siły o głaz. Ciało starca osunęło się bezwładnie na ziemię.
Nazajutrz Koziołek obudził się kilka metrów od wejścia do groty. Było ono zasypane kamieniami. Spojrzał w dół i nie było tam nic oprócz granatowej tafli oceanu. „Takoż światła krainy starych kozłów, jak i starzec w kardynalskich purpurach, musieli mi się po prostu przyśnić”, rzekł do siebie Koziołek i ruszył w dalszą drogę. Wspinał się tak i wspinał, a robactwa, którym się żywił było coraz mniej. Wygrzebywał spod kamieni korzonki traw i spijał wodę z cuchnących na wyschniętych sadzawkach kożuchów glonu. Siły powoli go opuszczały i po przejściu paru kroków musiał przystawać na odpoczynek. Czasami wydawało mu się, że w oddali widzi swój budyniowy strumyk z krainy kozłów. Strumyk okazywał się później tylko stertą kamieni lub rzeką suchego piasku. Gdy był już u kresu sił, ujrzał wykutą w skale pod stromym zboczem chatkę. W jej oknach paliły się światła, a z komina dobywał się dym. Nie pamiętał jak długo szedł w stronę chaty, przed samymi drzwiami padł jednak z wycieńczenia i stracił przytomność.
Otworzył oczy w pokoju pełnym kwiatów, w cieplej, pachnącej pościeli. Na krześle obok łózka siedziała koźlica i spoglądała na niego z uśmiechem. Pomogła mu usiąść i podała kubek ciepłego mleka. Gdy chciał się odezwać, przyłożyła mu palec do ust i pogłaskała go czule po policzku. Położyła się obok niego i oboje zasnęli w cieple.
Koziołek przestał odróżniać dzień od nocy. Pamiętał tylko uśmiech koźlicy, a gdy chciał się odezwać, ona zawsze przykładała mu palec do ust i kładła się obok niego, oddając mu swoje ciepło. W miarę, gdy odzyskiwał siły, coraz częściej jednak zaczynał śnić o Pacanowie. Widział pełne kolorowych kwiatów doliny, po których radośnie skakały i tańczyły kozy. Widział błękitny ocean, pełen bajecznych raf, rajskie, wygrzane plaże i zachody pomarańczowego słońca. Obudził się w środku nocy. Obok drzemała kozica. Bezszelestnie wstał z łózka i opuścił chatkę.
Koziołek czuł, że jest już blisko celu. Mgła była coraz gęstsza a powietrze cięższe. Kopyta wbijały mu się w zimne kamienie, w które czasami zapadał się aż po kolana. Szczyt Łysej Góry pogrążony był w ciemnościach, rozjaśnianych co pewien czas światłem błyskawic. Wydawało mu się wówczas, że widzi tam tańczące cienie. Szedł i szedł, aż czas przestał mieć dla niego znaczenie. Wiedział, że jest już zupełnie sam i uczucie to z każdym krokiem wbijało mu się coraz głębiej w serce. Próbował rozmawiać z kamieniami i mgłą, nie uzyskując odpowiedzi, wydobywał już z siebie tylko nieartykułowane dźwięki i pomrukiwania. W pewnym momencie poczuł pod nogami stały grunt. Tak, był już na szczycie. Mimo ciemności i mgły widział wszystko jasno i wyraźnie. Niewielka równina obsypana była popiołem i szkieletami kozłów. „Nieszczęśnicy!”, pomyślał. Wolnym krokiem przeszedł na przeciwległą stronę szczytu, skąd, według legendy, można było dostrzec Pacanów. Przez chwilę zawahał się i przed spojrzeniem w dół zamknął oczy. Otworzył je i długo przecierał, nie mogąc nadziwić się widokowi. Padł w końcu na kolana i zawył, po czym wydobył z siebie dziki, koźli bek śmiechu.
To, co zobaczył było lustrzanym odbiciem jego rodzinnej krainy starych kozłów. Płynął tam ten sam budyniowy strumyk, a przy buraczanych chatach zające wykopywały z ziemi pomarańcze. W cieniu ziemniaczanych drzew drzemały stare kozły ze złotymi sygnetami wciśniętymi na czubki rogów. Z brody kapały im resztki budyniu. Ze wszystkich stron na górę wspinały się Koziolki – wierzące, że ze szczytu uda im się w końcu dojrzeć Pacanów.
Zobacz także:







