Kuba Station

Wpisy od marzec 2009

Koziołkowa wyprawa na Łysą Górę

marzec 31, 2009 · Dodaj komentarz

images7

Działo się to bardzo dawno temu i do końca nie wiadomo czy działo się naprawdę, niemniej pewnego dnia nasz Koziołek opuścił krainę kozłów i  wyruszył na poszukiwanie Pacanowa – krainy, gdzie kozy żyły w wiecznym szczęściu i mądrości. Według starej legendy, Pacanów mieścił się po drugiej stronie niedostępnej Łysej Góry, okrytej wiecznym mrokiem i mgłą. Nie prowadził tam żaden drogowskaz ani żadna ścieżka. U podnóża góry, tam gdzie kończyła się kraina kozłów, ustawiono pale z nabitymi nań koźlimi czaszkami. Koziołek zawsze omijał to miejsce z daleka, teraz podszedł bliżej i szybko dostrzegł, że czaszki nie były prawdziwe, ale zrobione z gipsu. „Porządek świata starych kozłów ustanowiony jest na strachu. Jakie to proste – wystarczy jeden krok bym się uwolnił”, rzekł Koziołek i przecisnął głowę między palami.

Mgła opadła. Oczom Koziołka ukazały się nagie skały i wielkie wzniesienie Łysej Góry. Koziołkowi wydało się, że góra jest już na wyciągnięcie jego ręki, jednocześnie czuł, że podróż na szczyt może trwać latami. Spojrzał za siebie na pale z nabitymi nań koźlimi czaszkami z gipsu. „Co jeśli Pacanów nie istnieje?”, zawahał się Koziołek, po czym wbił wzrok w odległe skały.”Czyż nie lepiej jest zginąć na Łysej Górze niż teraz zawrócić?”, pomyślał Koziołek i raźnym krokiem zaczął wspinać się w górę.

Wspinał się tak dwa dni i dwie noce, żywiąc się po drodze robactwem skalnym i pijąc wodę z górskich, oblepionych cuchnącym kożuchem glonu, sadzawek. Trzeciego dnia przed nastaniem zmroku przystanął przy wejściu do wielkiej groty. U podnóża góry jaskrzyły się światełka krainy starych kozłów a od skał odbijało się przytłumione echo wesołych koźlich okrzyków. Koziołek odwrócił głowę i wszedł do środka jaskini. Nagle usłyszał dobywający się z ciemności szept. „Inc… inc… nic”. „Kim jesteś?! Ukaż się!”, krzyknął Koziołek. Z ciemności z latarnią w ręku wyczłapał sędziwy, zgarbiony kozioł. Przebrany był w kardynalskie, purpurowe szaty, a na jego szyi zawieszona była gruba księga, która jeszcze bardziej ciągnęła go ku ziemi. „Jestem strażnikiem ciemnej groty, kto tu raz zawita, dla tego nie będzie powrotu”. Koziołek przyjrzał się staremu kozłowi. Zamiast oczu miał cienie, a jego kardynalska szata przykrywała odsłonięte, nagie żebra.  Koziołek instynktownie chwycił głowę starego kozła i uderzył nią z całej siły o głaz. Ciało starca osunęło się bezwładnie na ziemię.

Nazajutrz Koziołek obudził się kilka metrów od wejścia do groty. Było ono zasypane kamieniami. Spojrzał w dół i nie było tam nic oprócz granatowej tafli oceanu. „Takoż światła krainy starych kozłów, jak i starzec w kardynalskich purpurach, musieli mi się po prostu przyśnić”, rzekł do siebie Koziołek i ruszył w dalszą drogę. Wspinał się tak i wspinał, a robactwa, którym się żywił było coraz mniej. Wygrzebywał spod kamieni korzonki traw i spijał wodę z cuchnących na wyschniętych sadzawkach kożuchów glonu. Siły powoli go opuszczały i po przejściu paru kroków musiał przystawać na odpoczynek. Czasami wydawało mu się, że w oddali widzi swój budyniowy strumyk z krainy kozłów. Strumyk okazywał się później tylko stertą kamieni lub rzeką suchego piasku. Gdy był już u kresu sił, ujrzał wykutą w skale pod stromym zboczem chatkę. W jej oknach paliły się światła, a z komina dobywał się dym. Nie pamiętał jak długo szedł w stronę chaty, przed samymi drzwiami padł jednak z wycieńczenia i stracił przytomność.

Otworzył oczy w pokoju pełnym kwiatów, w cieplej, pachnącej pościeli. Na krześle obok łózka siedziała koźlica i spoglądała na niego z uśmiechem. Pomogła mu usiąść i podała kubek ciepłego mleka. Gdy chciał się odezwać, przyłożyła mu palec do ust i pogłaskała go czule po policzku. Położyła się obok niego i oboje zasnęli w cieple.

Koziołek przestał odróżniać dzień od nocy. Pamiętał tylko uśmiech koźlicy, a gdy chciał się odezwać, ona zawsze przykładała mu palec do ust i kładła się obok niego, oddając mu swoje ciepło. W miarę, gdy odzyskiwał siły, coraz częściej jednak zaczynał śnić o Pacanowie. Widział pełne kolorowych kwiatów doliny, po których radośnie skakały i tańczyły kozy. Widział błękitny ocean, pełen bajecznych raf, rajskie, wygrzane plaże i zachody pomarańczowego słońca. Obudził się w środku nocy. Obok drzemała kozica. Bezszelestnie wstał z łózka i opuścił chatkę.

Koziołek czuł, że jest już blisko celu. Mgła była coraz gęstsza a powietrze cięższe. Kopyta wbijały mu się w zimne kamienie, w które czasami zapadał się aż po kolana. Szczyt Łysej Góry pogrążony był w ciemnościach, rozjaśnianych co pewien czas światłem błyskawic. Wydawało mu się wówczas, że widzi tam tańczące cienie. Szedł i szedł, aż czas przestał mieć dla niego znaczenie. Wiedział, że jest już zupełnie sam i uczucie to z każdym krokiem wbijało mu się coraz głębiej w serce. Próbował rozmawiać z kamieniami i mgłą, nie uzyskując odpowiedzi, wydobywał już z siebie tylko nieartykułowane dźwięki i pomrukiwania. W pewnym momencie poczuł pod nogami stały grunt. Tak, był już na szczycie. Mimo ciemności i mgły widział wszystko jasno i wyraźnie. Niewielka równina obsypana była popiołem i szkieletami kozłów. „Nieszczęśnicy!”, pomyślał. Wolnym krokiem przeszedł na przeciwległą stronę szczytu, skąd, według legendy, można było dostrzec Pacanów. Przez chwilę zawahał się i przed spojrzeniem w dół zamknął oczy. Otworzył je i długo przecierał, nie mogąc nadziwić się widokowi. Padł w końcu na kolana i zawył, po czym wydobył z siebie dziki, koźli bek śmiechu.

To, co zobaczył było lustrzanym odbiciem jego rodzinnej krainy starych kozłów. Płynął tam ten sam budyniowy strumyk, a przy buraczanych chatach zające wykopywały z ziemi pomarańcze. W cieniu ziemniaczanych drzew drzemały stare kozły ze złotymi sygnetami wciśniętymi na czubki rogów. Z brody kapały im resztki budyniu. Ze wszystkich stron na górę wspinały się Koziolki – wierzące, że ze szczytu uda im się w końcu dojrzeć Pacanów.

Zobacz także:

Koziołkowy wywód o grymasach

Koziołkowy wywód o krainach i języku

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: ,

Spotkanie z piosenką: DJ Shandel “Disko boy”

marzec 29, 2009 · Dodaj komentarz

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: ,

Krótka opowieść o McDonald’sie z metafizyką w tle

marzec 24, 2009 · Dodaj komentarz

images4

Właśnie tak. Cenię sobie tajwańskie McDonald’sy. Nie tyle za menu, koszulki, czapeczki, co tutejszą – głęboko duchową w istocie – politykę marketingową firmy. Bułce, frytce i Coca-Coli przygrywa tu bowiem nie tyle kompatybilna z całością Britney Spears, co muzyka klasyczna. Zaprawdę McDonald’sowa tłusta frytka przy Mozarcie przystojnieje w oczach, wykrzykując niedowiarkom prosto w twarz: „Może i jestem brzydsza od kawioru i homara, aczkolwiek na pewno nie głupsza”.

Filharmonie w McDonaldzie to na pewno pomysł przedni, zwłaszcza że Tajwańczykom McDonald’s kojarzy się z ukochaną Ameryką, i wstępując tu, nie tyle liczy się sam smak bułki, co obcowanie z inną, egzotyczną kulturą. Młodzież masowo odrabia tu zadania domowe z angielskiego, robiąc sobie w międzyczasie przerwę na drzemkę. Starsi, wolno sącząc Coca-Colę, czytają godzinami książki. Jeszcze inni studiują algorytmy newsów na przyniesionych przez siebie laptopach. Atmosfera niczym w czytelni uniwersyteckiej. W klubie angielskich dżentelmenów. Siedzę w tym wszystkim i z sześcioma Mcnuggetsami w tle doznaje witkacowskiego przeżycia metafizycznego. Czuję, że osiągam stan optymistycznego pesymizmu – wesołego smutku, równowagi między yin i yang – melodią a linią basową w kompozycji dzisiejszego dnia. Czyż istnieje lepszy symbol współczesności niż bułka z serem i Beethovenem? Czyż jestem kimś więcej?

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , ,

Krótka opowieść z Francuzem w tle

marzec 21, 2009 · Dodaj komentarz

images3

Pewnego razu był sobie pewien Francuz. Francuz mieszkał na Tajwanie i był gejem. W tym miejscu, gdy opowiadałem tę historię jakiś czas temu przypadkowym słuchaczom, jeden z nich zaprotestował. „Cóż z tego, że był gejem? Czy to aż tak istotne? Po co od razu to wywlekać? Najważniejsze, iż był człowiekiem – był kimś i dokądś zmierzał”. Oczywiście przyznałem mu rację. „Francuz był jak najbardziej człowiekiem” wytłumaczyłem. „Niemniej to, że był przy okazji gejem stanowi niejako zabawną puentę opowiadanej przeze mnie historii”. Przypadkowy słuchacz był jednak uparty„Dziś już wiemy na pewno, że historie ludzkie nie mają żadnej puenty” – stwierdził. „To prawda” – i tym razem przyznałem mu rację. “Niemniej tak często historie ludzkie nie mają dziś żadnej puenty, że warto te puentę zawierające traktować z większą uwagą i szacunkiem”. Przypadkowy słuchacz dal w końcu za wygraną, machnął ręką i pozwolili mi opowiedzieć mą historię do końca.

A było to tak…

Historia ta miała miejsce jakiś czas temu i wydarzyła się mniej więcej naprawdę. Pewnego razu był sobie pewien Francuz. Francuz mieszkał na Tajwanie i był gejem. We Francji studiował malarstwo, na Tajwan przyjechał – ja większość Europejczyków – przez przypadek. Francuz jako artysta nosił się wysokoartystycznie, przy tym powściągliwie i bardzo na serio. Po ulicach Tajpej jeździł na ekstrawaganckim, starej daty rowerze, do którego przytwierdzone były elementy motoru wyścigowego. Dumnie zasiadając swe dwukołowe cacko, rozpuszczał długie, proste blond włosy, które delikatnie falowały pod wpływem prędkości. Czarnowłosi Tajwańczycy spoglądali na to zjawisko z podziwem.

Francuza poznałem przez ogłoszenie w internecie. Sprzedawał pralkę, ja pralkę kupowałem. Szybko okazało się, że zna tego i tą, których ja znalem, był również tu i tam, gdzie ja bywałem. Rozstaliśmy się w pokoju i przyjaźni, widując się potem tu i tam. Być może zostało by mi po Francuzie jedynie mgliste wspomnienie, gdyby nie pralka, której kremowa biel na zawsze miała mi się już kojarzyć z jego złocistymi włosami. Gdyby nie pralka a przede wszystkim pewna bezsenna noc. Pewna bezsenna noc, podczas której zająłem się przerzucaniem telewizyjnych kanałów – od pierwszego do setnego i z powrotem, poświęcając przy tym jednemu programowi nie więcej niż dziesięć sekund. Przerzucałem tak i przerzucałem, hipnotyzując się nie tyle treścią kanałów, co samym światłem dobywającym się z odbiornika, gdy nagle zdało mi się, że na jednym z programów mignęły mi złote włosy Francuza. Leciałem przez kanały tak szybko, iż trudno mi było określić potem, na którym z nich doznałem halucynacji z Francuzem. Zmieniłem kolejność przerzucania kanałów – tym razem od setnego do pierwszego, aż w końcu odnalazłem go. Tak, był to ten sam złotowłosy Francuz, od którego kupiłem pralkę. Zadziwiający był jednak telewizyjny kontekst, w którym wysokoartystyczny, złotowłosy Francuz się znajdował. Byl to jeden z młodzieżowych tajwańskich programów, gdzie grupa chichoczących Azjatek wybierała chłopaka na randkę. Dziewczęta siedziały w szkolnych ławkach i ubrane były w krótkie, uczniowskie spódniczki. Naprzeciwko nim wystawiono trzech chłopców: Amerykanina, Anglika i złotowłosego Francuza. Chłopcy wykonywali specjalne zadania, dziewczęta je oceniały i wypowiadały się, co szczególnie urzekło je w prezentowanych chłopcach. Amerykanin jako „Amerykanin” był specjalistą od sportów. Zaprezentował kilka koszykarskich trików, za co zebrał największe brawa dziewczęcej publiczności. Anglik jako „Anglik” grał w golfa, brawa były tu już mniejsze, jednak kilka dziewcząt przyznało mu najwyższe noty. Francuz natomiast jako „Francuz” zaśpiewał piosenkę. W krótkim wstępie wyjaśnił, że piosenkę skomponował dawno temu we Francji dla swej byłej dziewczyny. Zarzucił do tylu swe długie, złote włosy i zaczął wygrywać na gitarze kilka molowych akordów, za którymi wszedł romantyczny wokal w języku angielskim. Piosenka nie była specjalnie skomplikowana i zamykała się w wersach „I love you, I miss you, yeyeye”. Występ nie był już tak spektakularny jak koszykarskie triki Amerykanina czy dolkowe trafienia Anglika, jedna z dziewcząt wyznała jednak, że to właśnie romantyczny Francuz zrobił na niej największe wrażenie i to właśnie z nim, i z nikim innym, pragnęłaby udać się na randkę. Wszystko zakończyło się więc szczęśliwie – zwycięzcą programu został “wysportowany” Amerykanin, srebrny medal otrzymał “intelektualista” Anglik, brąz zaś przypadł “artyście” Francuzowi. W finale dziewczęta wbiegły radośnie na scenę, wszyscy złapali się za ręce i odśpiewano piosenkę.

I być może tu opowieść ta by się kończyła, gdyby nie to, że jakiś czas potem spotkałem Francuza, gdy wyprostowany dumnie, mknął swym ekstrawaganckim rowerem po tajpejskiej ulicy. Wspomniałem, że widziałem go w telewizyjnym programie o randkach i że śpiewał miłosną piosenkę. Francuz uśmiechnął się ironicznie. Do tajwańskiego programu trafił z ulicy, wytłumaczył. Przy jednym z barów zagadała go babka z telewizji. Za osiem godzin nagrań otrzymał piętnaście tysięcy tajwańskich dolarów. Nie musiał właściwie nic robić ani dodawać od siebie. Wszystko napisane było w scenariuszu. „Nie wziąłbyś takiej pracy?” – zapytał, zarzucił do tylu swe złote włosy i pomknął na swym ekstrawaganckim rowerze w dal.

Zobacz także:

Krótka opowieść o współczesnej bezdomności

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , ,

Trzy (de)konstrukcje jednego protestu

marzec 20, 2009 · Dodaj komentarz

zamieszki1

Wstęp:

Na początku marca pod tajwańskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych w Tajpej odbył się kolejny z rzędu protest przeciwko prochińskiej polityce prezydenta Ma Ying-jeou.

Treść:

Protestujący domagali się zerwania stosunków polityczno-gospodarczych z Chinami kontynentalnymi, które nabrały tempa po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w marcu 2008 r prochińskiego Ma Ying-jeou. Nad pokojowym przebiegiem protestu czuwały siły policyjne.

Dekonstrukcja pierwsza:

W proteście brało udział mniej więcej 30 osób. Naprzeciwko nich ustawiono ok. 60 policjantów.

Dekonstrukacja druga:

Zajście rejestrowało ok. 10 ekip telewizyjnych i radiowych.

Dekonstrukcja trzecia:

Średnia wieku protestujących wynosiła ok. 50 lat. Nie było wśród nich ani jednej osoby w wieku 20-30 lat. 20-latkowie tajwańscy nad udział w rozruchach wybierają radość zakupów nowych Nike’ów.

Zobacz także:

Bogaci i grzeczni

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

Koziołkowy wywód o grymasach

marzec 17, 2009 · Dodaj komentarz

images2

Jadąc dwukonnym powozem w ciepły marcowy wieczór, obserwował krzątaninę mieszkańców obcej krainy. Za wielkim oknem restauracji dwóch mężczyzn toczyło ożywioną dyskusję. Ich ruchy i gesty, ba, charakteryzacja, dobór strojów, a nawet cala scenografia miejsca, wydawały mu się wyjątkowo nienaturalne i sztuczne. „Tak – wydumał – myśl to stara i z pozoru banalna, ale czymże więcej jest świat jakże nie teatrem, a my w tym wszystkim lepszymi lub gorszymi aktorami?”. „Po cóż mi chodzić do teatrów, gdy sceną teatralną był każdy róg ulicy, sklep czy powóz?”. Istniały ściśle określone scenariusze zachowań w urzędach, na spotkaniach towarzyskich, a nawet na pogrzebach. Latami wrastały one w najskrytsze zakamarki naszych dusz, tak że w pewnym momencie stawały się dla nas przeźroczyste i niezauważalne. Jemu jednak ów spokój patrzenia został z urodzenia a teraz na własne życzenie odebrany. W obcej krainie z natury rzeczy społeczne scenariusze i role były tak odmienne od tych, które zwykł grywać w swojej wiosce, iż potrafił gołym okiem wyodrębnić ich detale. Dostrzegał dwadzieścia pięć powtarzających się kombinacji ułożenia rąk podczas kawiarnianych rozmów. Dziesięć ustnych grymasów w odpowiedzi na komplement, dziesięć w odpowiedzi na atak, czternaście jako wyraz rozpaczy. „Gdzie w tym wszystkim jest pojedynczy człowiek – myślał – gdy nawet najskrytsze pragnienia i myśli oparte były na dziesięciu z góry nadanych grymasach?”. „Kim będziemy, gdy dotrzemy do ostatniego z grymasów i strojów? Czy wiele różnili będziemy się wówczas od dżdżownicy czy psa?”. Rozmyślania przerwał mu nagły strzał z bicza woźnicy. Konie parsknęły i przyspieszyły tempa. Niespodziewania przed pędzącym powozem wyłoniła się dziewczyna z torbą pełną owoców. Konie stanęły dęba, dziewczyna zasłoniła twarz rękami, straciła równowagę i upadla. Owoce wysypały się z torby na ulicę.

Zobacz także:

Koziołkowy wywód o krainach i języku

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , ,

Krótka opowieść o Hitler Cafe

marzec 10, 2009 · 1 komentarz

buddist-temple

Nieistniejąca już Hitler Café w popularnej dzielnicy turystycznej Danshui w Tajpej na Tajwanie (kliknij, aby zobaczyć zdjęcie: Hitler Cafe). Zamknięta z powodu protestów obcokrajowców. Tajwańscy właściciele kawiarni nie rozumieli prawdopodobnie o co tyle krzyku. O historii Niemiec i Drugiej Wojny Światowej mieli, jak większości Tajwańczyków, takie pojęcie jak przeciętny mieszkaniec Europy o wojnie domowej w Chinach pomiędzy Kuomintangiem a Partią Komunistyczną. Wiedzieli, że był ktoś taki jak Hitler, postać na kształt Juliusza Cezara czy Chingis-hana. Co prawda słyszeli, że budził jakieś kontrowersje na Zachodzie, tym lepiej jednak dla biznesu – czyż kontrowersji nie budzili również  Che Guevara i Mao Tse-Tung, których podobizny widniały wszem i wobec na kubkach i koszulkach? Po pierwsze wiadomo, że Hitler był biały, co już czyniło zeń atut marketingowy. Po drugie nazwa kojarzyła się z Zachodem, podobnie jak McDonald’s, KFC czy Ford – czymś modnym i stylowym. Po trzecie Hitler był przypuszczalnie Niemcem, a jak wszystkim Tajwańczykom wiadomo, niemieckie produkty, szczególnie samochody, piwo i wyroby gastronomiczne, słyną na świecie z dobrej jakości. Co się zaś tyczy swastyki – złowrogiego faszystowskiego loga dumnie dekorującego Hitler Cafe, kojarzyła się pozytywnie – można ją było przecież spotkać prawie na co drugim rogu tajpejskiej ulicy – swastyka była bowiem od wieków symbolem buddyzmu i ozdabiała liczne tajwańskie świątynie buddyjskie.

Zobacz również tajwański sklep z odzieżą hip-hopową „Niggar King.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , ,

kubastation.com radzi

marzec 8, 2009 · Dodaj komentarz

images1

Drogie kubastation.com!

Nazywam się Łucja, mieszkam z mężem na Tajwanie i bardzo chciałabym podzielić się z Tobą tym, co niedawno mnie spotkało.

Jakiś czas temu wraz z mężem przeprowadziliśmy się do nowego, strzeżonego wieżowca na obrzeżach Tajpej. Nie tyle zafascynował nas sam strzeżony budynek, co tutejsze czyste powietrze i ładne widoki. Po miesiącu od przeprowadzki rzadko widywaliśmy sąsiadów, mimo że w samej klatce musiało mieszkać ponad sto osób.  Mój kontakt z nimi ograniczał się do rzadkich wspólnych porannych przejażdżek windą, kiedy to milcząco wpatrzeni  w ścianę, zjeżdżaliśmy w dól. Wszystko do czasu pewnej soboty, gdy zaprosiliśmy do naszego mieszkania kilku znajomych…

Zapadał wieczór, za oknem kropił deszcz, czas upływał nam na milej pogawędce, słuchaliśmy muzyki, piliśmy wino (pragnę zaznaczyć, że podczas całej prywatki byliśmy w posiadaniu tylko jednej butelki). Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się bardzo, gdyż nie spodziewaliśmy już więcej żadnych gości. Mąż otworzył drzwi i stal w nich sąsiad – Tajwańczyk w wieku mniej więcej trzydziestu lat, który grzecznie ogłosił, że jeśli zaraz nie zaprzestaniemy prywatki, zadzwoni na policję. Mąż przeprosił a goście rozeszli się szybko do domów. Przyznam, że sytuacja ta mnie zdenerwowała. Nie zachowywaliśmy się głośno, chodziliśmy wręcz na palcach.  Czy oznacza to, że mój tajwański sąsiad jest wyjątkowo nietolerancyjnym człowiekiem? A może dla Tajwańczyków już samo zaproszenie gości do domu wiąże się z zakłóceniem porządku publicznego? Kubastation.com proszę pomóż!

Kubastation.com radzi:

Droga Łucjo!

Niestety Twoje drugie przypuszczenie jest prawdziwe – samo zapraszanie gości do domu może wydać się Tajwańczykom czymś podejrzanym. Musisz zrozumieć, że w chińskiej kulturze dom jest miejscem, gdzie nie zaprasza się znajomych ani nie organizuje prywatek. Tajwański dom nie należy do sfery publicznej, lecz ściśle prywatnej i rodzinnej – śpi się w nim i odpoczywa po ciężkim dniu pracy. Jeśli masz bliskich tajwańskich znajomych, zdążyłaś zapewne zauważyć, że nigdy nie zapraszają Cię do siebie do domu, lecz zawsze spotykacie się w miejscach publicznych – kawiarniach, restauracjach, barach, nocnych marketach. Twój tajwański sąsiad poczuł zaniepokojenie tym, że tyle osób gromadzi się u Ciebie w domu. Jego niepokój mógl być tym większy, jeśli nigdy wcześniej nie mial kontaktu z obcokrajowcami, którzy wielu mieszkańcom Tajwanu kojarzą się przede wszystkim z tym, co dziwne. Było późno, sąsiad chciał odpocząć po pracy a szmery zza ściany widocznie mu w tym przeszkadzały. Jego reakcja była więc całkowicie naturalna. Spróbuj zrozumieć jego punkt widzenia i uszanuj zwyczaje kraju, w którym przebywasz, jakkolwiek nienaturalne by Ci się one wydawały.  Następnym razem, gdy przypadkowo spotkasz swego tajwańskiego sąsiada w windzie, grzecznie go przeproś.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

Tę do izmu, czyli rzy ary

marzec 3, 2009 · Dodaj komentarz

maski

W niniejszej pracy badawczej pragniemy skupić się na wyodrębnieniu najważniejszych aspektów kultury ańskiej, wg Moora (Collective Consciousness and freedom”, New York, 2006)  składających się na świadomość zbiorową narodów i grup społecznych. Za Lin Fong („Ese dark side of the moon”, Cambridge, 2008) za najważniejsze aspekty ańskiej kultury uznamy kolejno: rodzinę, pieniądze i zachowanie twarzy.

1. Rodzina

Wg Andrersa najważniejszy element kolektywny w strukturze społecznej Anu. (Philips w pracy „Ocean of bills” na pierwszym miejscu stawia pieniądze). Szeroko pojęta rodzina nie ogranicza się do małżonków, lecz składa się również z dziadków i dzieci, mieszkających wspólnie w jednym gospodarstwie domowym (Kronberg „Structure of traditional Anese family”: „Dzieci mieszkają z rodzicami najczęściej do czasu założenia własnej rodziny, tj do ok. 30 roku życia, z kolei rodzice po osiągnięciu sędziwego wieku przeprowadzają się do dzieci, aby opiekować się wnukami”). Rodzina stanowi równocześnie elementarną jednostkę ekonomiczną Anu. Podstawą ańskiej gospodarki jest drobna przedsiębiorczość o strukturze rodzinnej – drobne firmy są najczęściej interesami rodzinnymi, kierowanymi przez wszystkich członków rodziny – od dziadków po wnuków i innych krewnych (Guiseppe w pracy „Bailando hasta muerte” zauważa odchodzenie młodszych pokoleń od tego modelu). Wokół rodziny skupia się również życie religijne Ańczyków. Szeroko rozpowszechnioną formą praktyk religijnych na Anie jest kult przodków. Według lokalnych wierzeń przodkowie są stale obecni w życiu codziennym. W wielu domach znajdują się ołtarze, w których oddaje się cześć bliskim zmarłym, powierzając ich opiece dobrobyt całej rodziny.

2. Pieniądze i biznes

Pieniądze decydują o przetrwaniu rodziny. Stanowią o prestiżu i uznaniu społecznym. Tradycyjne, wywodzące się w In, religie ańskie oparte są na materializmie filozoficznym, przyjmującym przenikanie się świata nadprzyrodzonego i ludzkiego w każdym wymiarze, również w wymiarze ekonomicznym. Tym samym powszechną praktyką na Anie jest składanie duchom w ofierze sztucznych pieniądze, mających na celu wykupienie wsparcia duchów w ziemskich interesach. Papierowe pieniądze pali się w specjalnych metalowych piecykach ustawianych przed domem lub zakładem pracy (parter domu jest bardzo często miejscem pracy). Ku błogosławieństwu i zjednaniu duchów przed sklepami (nawet w prestiżowych dzielnicach handlowych) wystawia się również na stolach i w świątyniach pożywienie (podobny rytuał występuje raz w roku w polskiej tradycji katolickiej podczas świąt wielkanocnych, kiedy święci się koszyczki z jedzeniem).

3. Zachowanie twarzy

Termin często mylnie interpretowany przez mieszkańców Odu, tymczasem jego właściwe rozkodowanie stanowi klucz do zrozumienia stosunków spolecznych Anu i In. Wg Allwaro (“Psychology of avoiding”) „zachowanie twarzy” stanowi pewną formę konwencji kulturowej zakladającej, z punktu widzenia czlowieka Odu, przesadną grzeczność, powściągliwość i niewyrażanie emocji , zwlaszcza tych negatywnych, w sytuacjach społecznych. Termin ten jednak ma znaczenie szersze i, jak zauważa Hans Krug (“Faces of culture”), kryje się za nim również publiczne unikanie otwartych konfliktów, wyrażania  zlej opinii o innych, komunikowania innym zlych wiadomości. „Utrata twarzy”, czyli złamanie zasad publicznej powściągliwości, wiąże się ze wstydem a nawet hańbą. Ańczyk będzie również unikał sytuacji, prowadzących do „utraty twarzy” przez inne osoby, czyli obnażających cudze slabości lub porażki. Tym samym prywatne antypatie w systemie „zachowywania twarzy” potrafią być doskonale latami ukrywane za maską obojętności (zob. Rebecca Dolan “Why do I smile to you while I hate you?”).  Tym samym ański szef zwalniając pracownika, czyli komunikując mu sytuację nieprzyjemną, nie dokona tego wprost, ale pośrednio, powołując się przykladowo na fikcyjny brak nabywców i konieczność cięcia etatów lub też spychając odpowiedzialność na decyzję nieistniejącego nadszefa (zob. Lars von Trier „Szef mojego szefa”).

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka

Szczęśliwomaryjny traktat o sprzeczności

marzec 1, 2009 · Dodaj komentarz

images

Na zakończenie semestru w szkole Szczęśliwej Maryi zorganizowano uczniom wielki test. Jako że test był nie tyle sprawdzianem umiejętności nabytych przez dziatki podczas ostatnich miesięcy, co weryfikacją zdolności pedagogicznych samego nauczyciela, ticzer Jeff uposażył się przed testem w dobrej jakości gumkę, która skrycie wymazała wszelkie niedociągnięcia testowanych. Tym samym test wypadł wyśmienicie. Jak nakazywała odgórna niepisana dyrektywa, wszyscy zdali. Nauczyciel dostał wysoką notę. Dzieci w nagrodę od rodziców nowe elektroniczne gadżety. Do szkoły Szczęśliwej Maryi zapisano nowych uczniów.

Po zwycięskim teście nastąpiło party, podczas którego klasa podzieliła się na grupki skupione wokół nowo nabytych gier komputerowych i gadżetów. Ticzer Jeff początkowo próbował przejąć inicjatywę i zorganizować wyścigi łódek z papieru. Tajwańskie dziatki należały już do innego pokolenia, żeby tego typu zabawy wydały im się godne uwagi. Rozsiadły się na podłodze i zanurzyły w świat walk z wirtualnymi potworami. Największą atrakcją wieczoru okazał się mini odtwarzacz dvd, przyniesiony przez jednego z chłopców. Dziatki obsiadły mini ekran i z wypiekami na twarzy chłonęły najnowszą produkcję sensacyjną Hollywood z bombardowaniami i wyrywaniem rąk. Ticzer Jeff posortował w tym czasie długopisy i kartki. Wypił kawę. Zajął się szkicami w zeszycie. Rozbolały go głowy. W ludziach i sytuacjach szukał przede wszystkim sprzeczności. Dlatego lubił wesołe melodie do smutnych tekstów. Równowagę między linią melodyczną a basową piosenek. Nazywał to optymistycznym pesymizmem. Tym razem dopadło go uczucie jednoznaczności danej chwili, jakby w piosence pt. “Party w szkole Szczęśliwej Maryi”  nie było żadnych melodii, a jedynie ciężkie linie basu. Należało jak najszybciej odnaleźć tutaj lekką melodię. Bas sam w sobie pozbawiony był przecież lekkości, tak samo jak melodia sama w sobie pozbawiona była głębi.

Ticzer Jeff zasiadl z przodu autobusu i z niewidocznym uśmiechem obserwowal migocące w szybie światelka wielkiego azjatyckiego miasta.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie