Kuba Station

Wpisy od styczeń 2009

Opowieść o nowym roku i mnichu

styczeń 27, 2009 · Dodaj komentarz

guanyin

No i przyszedł ten ich cały nowy rok. Niby symbol nadejścia wiosny, a na zewnątrz coś na kształt polskiego listopada i w pozbawionych ogrzewania mieszkaniach prawdziwa zimowa plucha i ziąb. Tajwańczycy postrzelali pod blokiem i poszli spać. Kilka dni wcześniej szkoła wyludniła się. Japończycy i Wietnamczycy zrobili sobie święta i wystrzelili się samolotami do domu. Biali siedzieli osamotnieni w bibliotece, robiąc mądrą minę do gry, która w tym momencie przelatywała im właśnie gdzieś koło nosa. W istocie, mimo że przeczytali o tym świecie setki ksiąg, nic z niego nie rozumieli. Mieszkaliśmy w dwóch różnych, nieprzetłumaczalnych dla siebie światach. Mur był nie do przebicia. Uczyliśmy się form, ze świadomością, że nigdy nie będzie nam dane dotknąć treści. Na ulicach czuć było ekscytację podobną do tej, która towarzyszy świętom Bożego Narodzenia w Polsce.

W pierwszy dzień nowego roku ulice opustoszały jak podczas dni wolnych od pracy podczas tajfunu. Zostaliśmy zaproszeni do świątyni tybetańskiej na noworoczny obiad. Przyjęto nas w niewielkiej salce ukrytej między blokowiskami. Na wielkim krześle siedział mnich tybetański przebrany w czerwone szaty. Poczęstowano nas wegetariańską zupą, która gotowała się na stole w wielkim kotle.

- Jesteś przystojny a ja brzydki – zagadał mnich.

- Ty jesteś mądry, a ja głupi – odpowiedziałem.

Mnich nazywał się Zengjin. Mieszkał na Tajwanie od 8 lat. Około czterdziestki. Niski, krępy, uśmiechnięty, z kępką zapuszczonych starannie włosów na podbródku. Jego chiński pozostawiał wiele do życzenia. Byl jednak postacią szanowaną i lubianą, znaną z poczucia humoru i dużej wiedzy. Kierował międzyblokową świątynią, codziennie wieczorem prowadził tam wykłady i lekcje medytacji. Tajwańczycy żywili do Tybetańczyków cieple uczucia. Sami wyznawali chiński buddyzm chan, niemniej wielu z nim praktykowało religię Tybetańczyków, utożsamiając się przy tym z Tybetem jako krainą okupowaną przez Chiny podobnie jak Tajwan. Wspierali Tybetańczyków finansowo, dzięki czemu międzyblokowa świątynia mnicha Zengjin była wyposażona w najnowsze sprzęty.

Na piętrze znajdowała się sala wykładowo-medytacyjna. W jej centrum mieścił się ołtarz ze złotą figurą Buddy w środku. Zaprojektował go sam Zengjin. Budda otoczony był przez mniejsze figury bodhisattwów – buddyjskich odpowiedników świętych lub bóstw. Na ścianie wisiał portret Dalajlamy i dwóch innych tybetańskich osobistości.

- Dlaczego wieszacie w świątyniach portrety Dalajlamy? Modlicie się do niego jak do boga? – spytałem.

- Dlaczego wieszacie w waszych świątyniach portrety papieża? Modlicie się do niego jak do boga? – odpowiedział Zengjin.

Przyjrzałem się figurze Buddy. Jego twarz miała wyraźne rysy Azjaty. Jego boska świta przebrana była przy tym w szaty krojone według mód wschodnich. Dodatkowo co niektórzy z nich dzierżyli w dłoni azjatyckie dzidy lub szable. Przed oczami stanęły mi wizerunki boga chrześcijan, jego wcieleń i świętych. Podobnie nieruchomi, obojętni i poważni jak tybetańscy bodhisattwowie. Niemniej o rysach typowo europejskich, bez domieszki Azji czy Afryki. Pamiętam jednak uderzające podobieństwo jednego z bóstw taoistycznych, które zobaczyłem w tajpejskiej Świątyni Smoka, do obrazu polskiej Czarnej Madonny. Polscy katolicy ni mniej ni więcej modlili się do tego samego bóstwa co taoiści z Tajwanu, nadając mu jedynie inne imiona. Innym razem na jednym z górskich szlaków nieopodal Tajpej ujrzałem wielką figurę bogini z niemowlęciem w ręku, przypominającą Maryję z Jezusem. Tajwański posąg przedstawiał w istocie Guanyin, jedną z najważniejszych bóstw w religiach Chin, uważaną za matkę rodzaju ludzkiego.

Pod wielkim kolorowym namiotem ustawionym na brzegu ulicy w tajpejskiej  dzielnicy Luzhou zastawiono stoły, przebrane owocami i kwiatami. W centrum na kwiatowym ołtarzu obok figurek brodatych bóstw stal portret starszego mężczyzny. Przed portretem grupka ludzi przebrana w białe szaty z kapturem składała z kadzidłami w ręku pokłony. Ludzie płakali.

Mnich Zengjin ofiarował mi na odchodne książkę Dalajlamy po chińsku. Tłumaczyłem, że nie znam chińskiego.  Mnich uśmiechnął się i napisał coś w książce po tybetańsku.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , ,

Krótka opowieść o współczesnej bezdomności

styczeń 18, 2009 · Dodaj komentarz

labirynt

Zawsze zjawiał się w klasie dziesięć minut przed lekcją. Równo ogolony, elegancki, szarmancki. Azjatki spoglądały w jego stronę z zachwytem, on nie pozostawał bierny – zagadywał, żartował, flirtował. W Ameryce studiował pisanie, potem szlakiem wielkich pisarzy amerykańskich wyjechał do Francji, uczył angielskiego, zwiedzial, podziwiał zabytki, dużo czytał, poznał wielu przyjaciół. Francuzi uświadomili mu jak wielkimi ignorantami są Amerykanie, jak mało wie i jak wiele musi się jeszcze nauczyć. Zaczął na wzór postępowych Francuzów zdrowo się odżywiać i zajmować ekologią. Zaczął nosić kurtkę z Niemiecką flagą, do czego miał pełne prawo – jego prapradziad był Niemcem. Wschodnioeuropejczycy i Azjaci wpatrzeni bezkrytycznie w Amerykę wywoływali na jego twarzy jedynie ironiczny uśmiech. Sam nie widział w Ameryce niczego, czym można by się naprawdę pochwalić. Gdy przyjechał do Azji, czul, że z Ameryką ma już niewiele wspólnego. Dodatkowo na Tajwanie zaczął tańczyć tango i grać na hiszpańskiej gitarze. Gdy w szkole chińskiego przy pierwszym spotkaniu pytano go czy jest Francuzem, było to dla niego największym komplementem. Nie zdawał sobie jednak jeszcze sprawy, że, mimo kamuflażu niemieckich flag na kurtce, w swoim pozytywnym myśleniu, w ekspresyjnym śmiechu, okrzykach i oklaskach podczas zajęć chińskiego pozostawał do głębi tym, przed czym tak uciekał.

Podczas ślubu zrezygnował z judaistycznego rytuału kupowania żony za symboliczne pieniądze. Rodzina była niezadwolona, interweniowali uczeni rabini, przekonując go, że w ten sposób postępuje wbrew tradycji. On jednak stal przy swoim, ślepe trzymanie się tradycji uważał za zgubny fundamentalizm. Ostatecznie dla świętego spokoju zgodził się zaplacić za żonę, z przekory jednak sumę trzykrotnie mniejszą niż było w zwyczaju. Głęboko religijna siostra panny młodej nie potrafiła tego zrozumieć. Próbował jej to tłumaczyć, za nic jednak nie mogli dojść do porozumienia. Mimo że obydwoje pochodzili z TelAwiwu, zamieszkiwali w istocie dwie odrębne krainy. Dla niej wszystko bylo z góry określone i niepodważalne. Izraelem od wieków rządzil ten, a nie inny bóg, a jej kosmiczna rola polegala na byciu dobrą matką i żoną. Dla niego wszystko od zawsze było płynne i nieoczywiste. Dlatego lubił jidisz, przedwojenny język europejskich Żydów, w momencie powstania państwa Izrael zastąpiony starobiblijnym hebrajskim. Uważal, że hebrajski, którym na codzień posługiwano się w Izraelu, pozostawiał małe pole do manewru, był poważny i patetyczny jak stare żydowskie księgi. Jidisz iskrzył za to humorem i ironią, odsłaniając podwójne oblicze rzeczywistości. Mawiał, że jidisz musiał być językiem oświeconego Buddy, który, osiągnąwszy nirwanę, wedlug jednego z podań, zastygł w wiecznym uśmiechu – trudno dowieść czy był to uśmiech ironiczny czy też czysto dziecięcy, tak samo jak trudno dowieść czy w poważnie wypowiadanym zdaniu w jidisz nie kryje się ukryta ironia, obracająca całą powagę w pyl. Pasja do jidisz i zasady przeciwieństw pchnęła go w stronę chińskiego taoizmu, który zaczął studiować zaraz po skończeniu szkoły średniej. W filozofii Wschodu podobał mu się właśnie ów brak rozwiązań fundamentalnych, wieczne przenikanie się przeciwieństw. Mial już dość rabinów wiecznie mówiących mu, jak powinien postępować dobry Żyd. Mial już dość bezcelowych dyskusji z siostrą swojej żony, przeświadczonej o tym, że białe jest zawsze białe, a czarne tylko czarne.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , ,

Krótka opowieść o pierwszych pocałunkach

styczeń 17, 2009 · Dodaj komentarz

kiss

Podczas gdy semestr letnio-jesienny w szkole chińskiego upłynął pod znakiem markowych firm, w opowieściach o których lubowała się ówczesna nauczycielka, znakiem następnego semestru stal się temat jeszcze głębszy i bardziej pasjonujący – miłość. Prowodyrem dyskusji była pani H. – młoda, energiczna, mówiąca płynnie po hiszpańsku i postępowo używająca do jedzenia łyżki i widelca, a nie pałeczek, które uważała za niewygodne. Temat, wokół którego toczyły się zajęcia był tak obszerny, że można było podstawić go pod każdą gramatyczną regułkę – „spotkałem/am dziewczynę, chłopaka”, „spotykam się z dziewczyną chłopakiem”, „będę spotykał się, spotykała z dziewczyną, chłopakiem”. Tym razem pod motyw przewodni przypadło nam podstawiać wdzięczne formy „pierwszy raz”, „drugi, trzeci, czwarty raz”, „ile razy”.

- Kiedy „pierwszy raz” się całowaliście? – zapytała pani.

Dwudziestokilkuletnie Japonki z miejsca zachichotały, a ich twarze oblał rumieniec zawstydzenia. W przypadku młodych Azjatów w trakcie dyskusji o relacjach damsko-męskich należało stosować zasadę odejmowania im średnio pięciu- siedmiu lat od ich realnego wieku, aby otrzymać ich wiek psychiczny w rozumieniu zachodnim. W praktyce wyglądało to tak, że 20-letnia przeciętna Azjatka zachowywała się jak 13-letnia przeciętna Europejka. Nic dziwnego więc, że temat pierwszego pocałunku wywołał w grupie Japonek ekscytujące poruszenie. Pani występowała tutaj w roli podwójnego eksperta: po pierwsze była z urzędu specjalistą od chińskiej gramatyki, po drugie, o czym przypominała na każdej lekcji, posiadała narzeczonego, i nie dość, że go posiadała, to już w wieku trzydziestu kilku lat z nim mieszkała, co w kulturze chińskiej, gdzie do czasów zamążpójścia mieszkało się najczęściej z rodzicami, było oznaką wyzwolenia i nowoczesności.

- Oj, już nie pamiętam – odpowiedział Amerykanin Gabriel.

- Nie pamięta, bo się może jeszcze nie całował – zażartowała pani.

Japonki zachichotały i zakryły usta dłonią, aby ukryć postępujący rumieniec.

- Pierwszy raz nie wiedziałem ani jak całować ani gdzie – odparł sztubacko Amerykanin.

Japonki zdawały się już nie panować nad chichotem. Atmosfera wyraźnie sięgała zenitu. Aby wybawić Japonki przed śmiercią z zachichotania, pani szybko zmieniła temat i zapytała, co czuły, kiedy „pierwszy raz” czytały mangę. To je nieco uspokoiło. Chwilę się zastanowiły i odpowiedziały, że było im bardzo dobrze.

Zobacz także:

Krótka opowieść o Japonce Kayo

Oblicza niemożności przebicia

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , ,

Opowieść wigilijna

styczeń 2, 2009 · Dodaj komentarz

images

- Jeśli będziecie ładnie odpowiadali, dostaniecie aż trzy pieczątki – zwykł przemawiać teacher Jeff do swych uczniów na początku każdej lekcji.

- Po co mi te pieczątki? – zapytał pewnego razu najstarszy i największy z uczniów.

- Pieczątki pokazują jak jesteś mądry i dostaniesz potem za to nagrodę – odpowiedział teacher Jeff.

- Przecież i tak wszyscy dostają nagrodę na koniec roku, niezależnie od ilości pieczątek, bo rodzice za to płacą. Czy to oznacza, że wszyscy są tak samo mądrzy? – odrzekł najstarszy i największy z uczniów.

W niedziele umarł ojciec. Gdy przyszedłem do szkoły, dyrektor Tiffany oznajmiła, że dziś z okazji Wigilii nie będzie normalnych zajęć, ale świąteczne zabawy na boisku szkolnym.

- Co mam robić? – spytałem.

- Śpiewać i tańczyć.

Dzieciom włożono na głowy czerwone mikołajowe czapki i spędzono je na boisko. Teacher Terry, nerwowo biegający po szkole, aby zamknąć wszystko przed występami na ostatni guzik, rzuci tylko, że będę trzymał skakankę i śpiewał piosenkę „Jingle bells”. Nie znając jej tekstu, wysłałem smsa do Maffani z prośbą o jak najszybsze mi go przysłanie. Tymczasem zaczęli pojawiać się  obwieszeni kamerami i aparatami rodzice. Rozbłysły pierwsze flesze. Teacher Johnny – Tajwańczyk, zmuszony bezustannie udowadniać  wszystkim, że mimo wyglądu Chińczyka, jest Kanadyjczykiem (w ramach “Kanadyjczykowania się” Johnny farbował regularnie włosy na blond, co przy jego czarnych włosach dawało odcień rudawo-żółty, nigdy nie rozmawiał z tajwańskimi nauczycielkami po chińsku, żeby tym bardziej nie dać nikomu powodu do przypuszczeń, że jest farbowanym native-speakerem) przebrał się za mikołaja. Wyskoczył radośnie na scenę. Poskakał, potańczył, pośpiewał.  Gdy przyszła kolej na mnie, wsadzono mi na głowę gumową metrową czapę kosmity. Chwyciłem mikrofon i zacząłem do niego mruczeć. „Jingle bells, Jingle bells, Jingle all the way”. W pewnym momencie, jako że odśpiewywałem tą pieśń po angielsku pierwszy raz w życiu, miałem poważny problem ze zmieszczeniem jednego z wersów w linii melodycznej (tekst, który mi przysłano w smsie zawierał wersję: „what fun it is to ride and sing”, podczas gdy należało go śpiewać w wersji „what fun it’s to ride and sing”, skracając głoski „it is” do „it’s”). Mimo zgrzytów tonacyjno-składniowych, podobało się. Z zadań dnia zostało mi jeszcze trzymanie skakanki. Jedna z chińskich nauczycielek bardzo chciała mnie jednak w tym wyręczyć. Skończyło się na tym, że przez godzinę przybijałem małym Tajwańczykom pieczątki, będące nagrodą za najlepsze skoki przez skakankę.

Wieczorem wybraliśmy się na wigilijną kolację do restauracji hot pot, w wersji „jesz, ile chcesz”. W pierwszej kolejności ugotowalem sobie żabie udka. Potem kraby i malże.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,