
No i przyszedł ten ich cały nowy rok. Niby symbol nadejścia wiosny, a na zewnątrz coś na kształt polskiego listopada i w pozbawionych ogrzewania mieszkaniach prawdziwa zimowa plucha i ziąb. Tajwańczycy postrzelali pod blokiem i poszli spać. Kilka dni wcześniej szkoła wyludniła się. Japończycy i Wietnamczycy zrobili sobie święta i wystrzelili się samolotami do domu. Biali siedzieli osamotnieni w bibliotece, robiąc mądrą minę do gry, która w tym momencie przelatywała im właśnie gdzieś koło nosa. W istocie, mimo że przeczytali o tym świecie setki ksiąg, nic z niego nie rozumieli. Mieszkaliśmy w dwóch różnych, nieprzetłumaczalnych dla siebie światach. Mur był nie do przebicia. Uczyliśmy się form, ze świadomością, że nigdy nie będzie nam dane dotknąć treści. Na ulicach czuć było ekscytację podobną do tej, która towarzyszy świętom Bożego Narodzenia w Polsce.
—
W pierwszy dzień nowego roku ulice opustoszały jak podczas dni wolnych od pracy podczas tajfunu. Zostaliśmy zaproszeni do świątyni tybetańskiej na noworoczny obiad. Przyjęto nas w niewielkiej salce ukrytej między blokowiskami. Na wielkim krześle siedział mnich tybetański przebrany w czerwone szaty. Poczęstowano nas wegetariańską zupą, która gotowała się na stole w wielkim kotle.
- Jesteś przystojny a ja brzydki – zagadał mnich.
- Ty jesteś mądry, a ja głupi – odpowiedziałem.
Mnich nazywał się Zengjin. Mieszkał na Tajwanie od 8 lat. Około czterdziestki. Niski, krępy, uśmiechnięty, z kępką zapuszczonych starannie włosów na podbródku. Jego chiński pozostawiał wiele do życzenia. Byl jednak postacią szanowaną i lubianą, znaną z poczucia humoru i dużej wiedzy. Kierował międzyblokową świątynią, codziennie wieczorem prowadził tam wykłady i lekcje medytacji. Tajwańczycy żywili do Tybetańczyków cieple uczucia. Sami wyznawali chiński buddyzm chan, niemniej wielu z nim praktykowało religię Tybetańczyków, utożsamiając się przy tym z Tybetem jako krainą okupowaną przez Chiny podobnie jak Tajwan. Wspierali Tybetańczyków finansowo, dzięki czemu międzyblokowa świątynia mnicha Zengjin była wyposażona w najnowsze sprzęty.
Na piętrze znajdowała się sala wykładowo-medytacyjna. W jej centrum mieścił się ołtarz ze złotą figurą Buddy w środku. Zaprojektował go sam Zengjin. Budda otoczony był przez mniejsze figury bodhisattwów – buddyjskich odpowiedników świętych lub bóstw. Na ścianie wisiał portret Dalajlamy i dwóch innych tybetańskich osobistości.
- Dlaczego wieszacie w świątyniach portrety Dalajlamy? Modlicie się do niego jak do boga? – spytałem.
- Dlaczego wieszacie w waszych świątyniach portrety papieża? Modlicie się do niego jak do boga? – odpowiedział Zengjin.
Przyjrzałem się figurze Buddy. Jego twarz miała wyraźne rysy Azjaty. Jego boska świta przebrana była przy tym w szaty krojone według mód wschodnich. Dodatkowo co niektórzy z nich dzierżyli w dłoni azjatyckie dzidy lub szable. Przed oczami stanęły mi wizerunki boga chrześcijan, jego wcieleń i świętych. Podobnie nieruchomi, obojętni i poważni jak tybetańscy bodhisattwowie. Niemniej o rysach typowo europejskich, bez domieszki Azji czy Afryki. Pamiętam jednak uderzające podobieństwo jednego z bóstw taoistycznych, które zobaczyłem w tajpejskiej Świątyni Smoka, do obrazu polskiej Czarnej Madonny. Polscy katolicy ni mniej ni więcej modlili się do tego samego bóstwa co taoiści z Tajwanu, nadając mu jedynie inne imiona. Innym razem na jednym z górskich szlaków nieopodal Tajpej ujrzałem wielką figurę bogini z niemowlęciem w ręku, przypominającą Maryję z Jezusem. Tajwański posąg przedstawiał w istocie Guanyin, jedną z najważniejszych bóstw w religiach Chin, uważaną za matkę rodzaju ludzkiego.
—
Pod wielkim kolorowym namiotem ustawionym na brzegu ulicy w tajpejskiej dzielnicy Luzhou zastawiono stoły, przebrane owocami i kwiatami. W centrum na kwiatowym ołtarzu obok figurek brodatych bóstw stal portret starszego mężczyzny. Przed portretem grupka ludzi przebrana w białe szaty z kapturem składała z kadzidłami w ręku pokłony. Ludzie płakali.
–
Mnich Zengjin ofiarował mi na odchodne książkę Dalajlamy po chińsku. Tłumaczyłem, że nie znam chińskiego. Mnich uśmiechnął się i napisał coś w książce po tybetańsku.


