Kuba Station

Wpisy od grudzień 2008

Koziołkowy wywód o krainach i języku

grudzień 21, 2008 · Dodaj komentarz

koziol

Zwyczajowo wieczorem pod blokowym sklepikiem grali w chińskie warcaby. Na mój widok rozpromienili się i zaczęli nalewać mi wódki.

- Dziękuję, dziękuję, nie piję – wydukałem po chińsku.

- Zhong xiong xiang ciang – odpowiedział mniej więcej jeden z nich.

Uśmiechnąłem się tylko, gestem ręki życząc im powodzenia w grze. Przyjrzeli mi się uważniej.

- On nie rozumie – rzekł wreszcie mężczyzna w niebieskich klapkach. Pokiwali głowami z niedowierzaniem i wrócili do gry, nie zwracając już na mnie uwagi.

….

Nasz rodzimy język wydaje nam się często naturalnie wrośnięty w nasze ciało, a umiejętność posługiwania się nim jest tak oczywista jak oddychanie czy przełykanie pokarmów. Dla kogoś, kto nigdy nie opuszczał swojej wyspy i z innymi językami nie miał styczności, obcokrajowiec, nie rozumiejący jego mowy, będzie jawił się jako ktoś niepełnosprawny. Jak bowiem traktować kogoś kto nie rozumie najprostszych zdań, jeśli nie jak osobę wymagającą specjalnej troski? Niby ubrany jest jak człowiek i na dwóch nogach się porusza, ale…


Języki zostały stworzone przez walczących ze sobą bogów, tak aby dzielić między sobą mieszkających na ziemi ludzi i przejmować nad nimi władzę. W końcu każdemu z bogów przypadł w udziale jakiś ludek z jego językiem. Ponad dwadzieścia wieków po narodzeniu Chrystusa, dwadzieścia sześć wieków po narodzinach Buddy i dwadzieścia pięć wieków po narodzinach Sokratesa, świadomość, że gdzieś tam mówi się ponoć innymi językami była już dość powszechna. Niemniej w każdej z krain była to świadomość czysto teoretyczna i nie wpływała znacząco na codzienność jej mieszkańców. O znaczeniu tego faktu zdawali sobie w pełni sprawę dopiero ci, którym dane było się znaleźć w innej rzeczywistości językowej. Nawet kilkugodzinna podróż w kierunku obcych wiosek podważała największe oczywistości światopoglądu podróżnika. Konwencjonalność i bezużyteczność jego własnego języka stawały mu się wówczas przerażające. „Co z tego, że tyle wiem, gdy potrafię to wyrazić tylko w moim rodzimym języku?!” – lamentował podróżnik, nie potrafiący porozumieć się z tubylcami. Aby nawiązać z nimi kontakt każdego dnia studiował tajniki ich dziwnego języka. W miarę zdobywania nauk, stawał się coraz większym sceptykiem. „Język jest nie tyle wyrazicielem niezmiennych prawd, co matematycznym systemem znaków, układających się w zależne od siebie logiczne ciągi znaczeń” – głosiło prawidło jednej z ważnych ksiąg. Odkrywał z wielkim zdziwieniem, że coś co w jego świecie językowym nigdy się nawet nie narodziło, w języku innym miało już od stuleci swoją nazwę. „Poza językiem także istnieje rzeczywistość!” – wydumał pewnego dnia . Wszystko to zmartwiło podróżnika, długo rozmyślał, aż przestał jeść i spać. Dziesiątego dnia, i nie wiadomo czy był to dzień czy noc, miał widzenie. Zobaczył swoją zbudowaną z buraczanych liści chatkę, swoje ziemniaczane drzewo i swój budyniowy strumyk. W cieniu ziemniaczanego drzewa drzemał kozioł ze złotym sygnetem na jednym z rogów. Z brody skapywały mu resztki budyniu. Nieopodal chatki zające wykopywały z ziemi pomarańcze. Podróżnik nagle ocknął się i roześmiał na cały głos i nie był to bynajmniej śmiech ciężki i szyderczy, lecz lekki i poczciwy. “Wszystkie wielkie teorie każdej wioski – wyrzekł wtedy podróżnik – tracą na wielkości już trzy strumyki i trzy pagórki dalej. Kiedyś moja wioska wydawała mi się centrum świata, teraz wiem, że jest jedną z tysiąca podobnych do siebie wiosek i tak naprawdę leży na obrzeżach świata. Nareszcie jestem wolny. Nic już nie muszę. Teraz już tylko mogę i chcę”.

Zobacz także:

Zen Koziołka Matołka

Teoria poznania ucznia Jana

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , ,

Ucieczka od grzeczności

grudzień 16, 2008 · Dodaj komentarz

betel-nut-beauty

Rodzą się wszędzie, niezależnie od miejsca i czasu. Stanowią margines każdej kultury, jej wyrzut sumienia i niewygodną prawdę. Jednak w chwilach jej kryzysu to właśnie oni zachowują największą spontaniczność i żywotność. W terminologii orwellowskiej noszą nazwę „proli”, w witkacowskiej „pykników”, w mrożkowskiej „Edków” lub „chamów”. Grzeczni z całego globu co pewien czas wdają się z nimi w flirt – bądź to w imię demokratycznego jednania się, bądź gdy ich własna grzeczność wydaje się już zbyt wielką obłudą. Flirt ten, choć krótkoterminowo korzystny dla obu stron, niestety kończy się zawsze rozstaniem.

Tajwańscy grzeczni się ich wstydzą, i skrycie z nich szydzą. Jednocześnie się ich boją i zamykają przed nimi w strzeżonych osiedlach. Można ich ujrzeć na przedmieściach jak leniwie rozłożeni na swych skuterach przeżuwają binlang. Od czasu do czasu szorstko spluwają czerwoną wydzieliną na chodnik. W odróżnieniu od swych grzecznych braci nie są już nieśmiali i skrępowani w stosunku do obcokrajowców. Bardziej bezpośredni, szybciej nawiązują rozmowę. Kiedy zapragną – plują. Kiedy zapragną – bekają. Wyzywająco spoglądają na przechodzące obok dziewczęta, wydobywając z siebie mruknięcia aprobaty w stosunku do tych atrakcyjniejszych. Często przemieszczają się na swych skuterach bez obowiązkowych kasków, mając za nic wypadkowe statystyki i groźby wysokich mandatów. Ubierają się praktycznie – w najtańsze, niezbyt estetyczne, acz najtrwalsze, niebieskie klapki; koszulki i bluzy wkładają w spodnie, nasunięte do poziomu pępka.

(Binlang - ang. betel nut - stanowi lokalny odpowiednik tytoniu. Uprawiany i spożywany w całej południowo-wschodniej Azji. W odróżnieniu od tytoniu nie pali się go jednak, ale żuje. Wydziela cierpki, brunatno-czerwony sok, w działaniu zbliżony do nikotyny – lekko pobudza, poprawia samopoczucie, silnie uzależnia i jest przyczyną większości nowotworów jamy ustnej i gardła. Żucie binlanga wywołuje ślinotok, efektem czego są czerwone plamy po splunięciach binlangiem na ulicach. Barwi na czerwono zęby, język i usta spożywającego, przez co wyglądają one jak umalowane czerwoną szminką. „Pokarm czerwonoustych” – kierowców, taksówkarzy, robotników. Mimo skutków rakotwórczych, szeroko uprawiany – palmy binlangowe jako podstawowy element krajobrazu Tajwanu; niektórzy mylą je z plamami kokosowymi – i sprzedany legalnie w specjalnych sklepikach. Do sprzedaży binlangu najmowane są najczęściej młode dziewczyny, zwane „binlangowymi pięknościami” ang. betel nuts beauties. „Binlangowe piękności” przypominają prostytutki z „czerwonych dzielnic” większych miast Europy Zachodniej. Siedzące za wielkimi, podświetlonymi jaskrawym neonem szybami wabią amatorów binlanga kusym odzieniem i wyzywającym makijażem).

Więcej o binlangu: Betel nut
Więcej o “binlangowych pięknościach”: Betel nut beauty

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , , ,

Wpadki i wypadki grzecznych

grudzień 14, 2008 · Dodaj komentarz

bruegel_ikar

Wypadek. Na skrzyżowaniu ulic samochód potrącił rowerzystkę. Leży nieruchomo na ulicy. Przyjeżdża policjant. Razem z kierującym ruchem przenoszą ją na chodnik. Pocą się – jest wielka i gruba. Nie rusza się. Ludzie przechodzą przez ulicę. Wydają się nie dziwić wielkim cielskiem leżącym nieruchomo na chodniku. W Europie zgromadziłby się zaraz tłum gapiów. Na tajwańskiej ulicy trudno w związku z tym o jakieś poruszenie czy emocje. Tajwańczycy co najwyżej zerkają ukradkiem z stronę ciała, szybko uciekają, lepiej się w nic nie mieszać, żeby nie było potem problemu.

Przyjechała karetka. Wsadzili do niej dziewczynę. Karetka odjechała na sygnale. Wydarzenia sprzed kilku minut nigdy się nie wydarzyły. Skutery warczą. Samochody skręcają. Ludzie stoją na światłach.

Prawdopodobnie najwłaściwszym słowem na określenie Tajwańczyków byłoby „grzeczni”. Grzecznie zbuntowana młodzież, grzeczne dreptanie po chodnikach, grzeczne przyglądanie się wypadkowi, grzeczne podróżowanie metrem, grzeczne przepychanie się, grzeczne zwracanie się do rozmówcy, nawet jeśli ten plułby im w tym momencie w twarz. Ktoś mógłby rzec: idealnie grzeczne społeczeństwo. Nic jednak w naturze nie ginie. Za wiecznie grzecznymi twarzami duszą się nie zawsze grzeczne emocje. Duszą się, nawarstwiają i mieszają na dnie głowy, aż pewnego dnia zaczynają żyć własnym życiem. O ich istnieniu świadczą krzyki grzecznych co pewien czas przebijające się przez cienkie ściany bloku. Krzyki zamknięte w czterech tonach chińskiego języka, przypominające śpiewanie.

Zobacz także:

Z kroniki starego bloku

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , ,

Polska w krześle zaklęta

grudzień 13, 2008 · 1 komentarz

drunk

Lekcja chińskiego. Dyskusja o państwach.

- Jakie państwa leżą w Europie? – pyta pani.

Padają odpowiedzi: Francja, Anglia, Włochy, Niemcy, Hiszpania, Grecja.

Japonka Zhizi spogląda na mnie z namysłem.

- Polska?

- Tak – odpowiadam. – Polska znajduje się w Europie.

- Ooo, naprawdę? – dziwi się Japonka Bubu.

“W związku ze zbliżającymi się Świętami, polscy księża i zakonnice organizują coroczne spotkanie Polaków mieszkających na Tajwanie.
Przed spożyciem kolacji istnieje możliwość spowiedzi oraz udziału we Mszy.”

Katolicyzm jest tożsamy z Polską tak samo jak judaizm tożsamy jest z Izraelem i buddyzm z Tybetem. Zawiera się w najgłębszych strukturach już nie tyle samej polskiej tradycji, ale i polskiego języka. Jedyną ucieczką przed nim mogłaby być ucieczka w inny język i tradycję. To jednak w przypadku dorosłego człowieka jest już niemożliwe.

W każdą niedzielę pod kościołem katolickim w Edynburgu gromadził się tłum wąsatych barbados ściskających czapy w dłoni. Oddaleni tysiące kilometrów od domu właśnie tam mogli przez chwilę poczuć się w tym obcym kraju jak u siebie. Obraz znajomy. Tak samo czynili ich dziadowie w XIX wieku. To samo będą czynić ich synowie, wnukowie i prawnukowie.

—-

Działo się to dawno temu i nie wiadomo czy w ogóle się działo, niemniej na jednej z polskich prywatek na Tajwanie doszło do skandalu. Po uprzednim upojeniu się alkoholem jeden z zaproszonych gości wyrzucił z piątego piętra krzesło, poturbował kota, a na wychodne, schodząc po schodach, porozrzucał równo ustawione pod drzwiami butki Tajwańczyków. Nieszczęśliwie krzesło spadło na samochód tubylca, czyniąc w nim draśnięcia i wyłamania, któreż tubylec grzecznie co do grosza wyliczył.

Tajwański tubylec prawdopodobnie odczytał krześlane wgniecenia w swym samochodzie jednowymiarowo i opierając się na nazewnictwie konfucjańskim nazwał je wandalizmem. Nasz dalekowschodni kolega nie mógł bowiem wiedzieć, że akty destrukcyjne podczas alkoholowych prywatek są częścią długiej polskiej tradycji i podobnie jak katolicyzm i narzekanie są niemal tożsame z Polską i polskością. Możemy postrzegać się jako wysublimowany zachodni lud raczący się na codzień psalmami dawidowymi i czerwonym nadreńskim winem. Prawda o nas samych leży jednak w czapie miętolonej w dłoni pod kościołem i krześle po pijaku zrzuconym z piątego piętra. Nie pierwsze to bowiem krzesło i nie ostatnie zrzucone z okna w historii polskich prywatek. Bez znaczenia czy działoby się to w Warszawie, Tokio czy Buenos Aires, sto lat temu czy też za lat pięćdziesiąt, wśród bractwa budowlanego, fryzjerskiego czy profesorskiego. Rzec można uczciwie, że tam gdzie Polak, tam i krzesło lecące z balkonu.

zobacz także:

Rozmyślania z okazji Dnia Niepodległości

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , , , ,