Kuba Station

Wpisy od listopad 2008

Przygody teachera Jeffa. Cz. XVI. Jak teacher Jeff uczył czytania i pisania a szkoła Szczęśliwej Maryi Polakami się zapełniła.

listopad 28, 2008 · 1 komentarz

circus

Działo się to bardzo dawno temu i w zupełności jest nieprawdą, aczkolwiek zdarzyło się pewnego dnia, że dyrektorka Tiffany ze szkoły pod patronatem Szczęśliwej Maryi wezwała przed swe oblicze niejakiego teachera Jeffa, po czym rzekła:

- Teacherze Jeffe, nasza szkoła się rozrasta, w związku z czym chciałabym przydzielić ci dodatkowe dwie klasy.

Teacher Jeff zmarszczył czoło, zadumał się.

- Wielkim zaszczytem jest tak wielka oznaka przyjaźni i zaufania, którą mnie darzysz, o Pani! – rzekł teacher Jeff. – Niemniej nie mogę przyjąć tego zaszczytu, gdyż kolidowałby on z mymi studiami nad mową chińską i jej fascynującym pismem.

Dyrektorka Tiffany miast spochmurnieć, jakoż było w tej krainie w zwyczaju – grzecznie się uśmiechnęła.

- Jak to? – rzuciła.

- Tak to – odrzekł Jeff.

- Jak to tak to? – odrzuciła Tiffany.

- Tak to, tak to – odrzekł Jeff.

- Ależ teacherze Jeffie, wiele się po tobie spodziewałam, ale nie takiej niewdzięczności. Jakże teraz spojrzę w oczy rodzicom dzieci, którzy zapłacili już z góry za przyszłe zajęcia? Czy ty wiesz jak dużo pieniędzy na tym stracę?

- Oj dużo, dużo!

- Przypomnij sobie, kto cię przyjął jako pisklę nauczycielskie w swoje grono i wykarmił na jastrzębia edukacji?

- Pani Dyrektor – odpowiedział Jeff.

- Kto narażając swe dobre imię dal ci – cudzoziemcowi – wikt i opierunek na tej obcej ziemi?

- Pani Dyrektor.

- A widzisz, widzisz. W związku z powyższym prosiłabym cię uprzejmie o znalezienie nauczyciela, który zaopiekuje się klasami uczynionymi dla ciebie, zrozumiano?

- Zrozumiano, Pani Dyrektor.

W taki oto sposób do szkoły Szczęśliwej Maryi na przedmieściach Tajpej trafił kolejny Polak -niejaki N. i jako że Polak N. w jednym z wyznaczonych mu na nauczanie dni oddawał się innym zajęciom, sprowadził do Szczęśliwej Maryi kolejną Polkę – niejaką B. Tegoż czasu w tajwańskiej szkole angielskiego zaczęło uczyć troje Polaków.


Dyrektorka Tiffany ceniła lojalność i z wdzięczności za sprowadzanie do szkoły nowego nauczyciela N. (oczywiście nie miała pojęcia, że N. był Polakiem, Jeff poinformował ją bowiem, że N. pochodzi z Walii) otworzyła specjalnie dla Jeffa zajęcia relaksacyjne, podczas których zadaniem Jeffa było nauczanie czytania i pisania po angielsku. Na lekcje te zapisano jedynie dwóch uczniów, dzięki czemu było to prawdopodobnie najłatwiejsze zarabianie pieniędzy w dotychczasowych życiu Jeffa. Dwugodzinna lekcja składała się z części wstępnej, podczas której Jeff sprawdzał zadania domowe. Następnie kazał otworzyć uczniom czytanki i puszczał płytę CD, na której angielski lektor czytankę odczytywał. W ten sposób Jeff uczył się poprawnego czytania razem z dziećmi. Po czytaniu Jeff organizował zabawę w rzucaniu przyczepnymi piłeczkami do tarczy namalowanej na tablicy. Potem następowała przerwa, a po przerwie nauka pisania. Jeff rozdawał uczniom kartki i kazał im pisać. Wolno i dokładnie.

Zobacz także:

Jak teacher Jeff nauczał o łazience

Jak teacher Jeff uczył pozdrowień

Narodziny teachera Jeffa

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Oblicza niemożności przebicia

listopad 24, 2008 · Dodaj komentarz

images1

Skończyliśmy właśnie jeden z rozdziałów podręcznika i wszyscy byli wyraźnie zmęczeni. Do zakończenia lekcji zostało pięć minut. Pani Lin zamiast jednak zakończyć zajęcia, bez mrugnięcia okiem rozpoczęła rozdział nowy. Niemka spurpurowiała ze złości. Włoszka zakryła twarz rękami, nie była już w stanie skleić ani jednego poprawnego zdania po chińsku. Tymczasem Japonki Kayo i Nakamura bez słowa otworzyły zeszyty i z szybkością stenotypistek rozpoczęły notowanie nowych chińskich zdań. Wyprostowane, skromne i po wiktoriańsku grzeczne. Ich twarze nie wyrażały niczego.

Spojrzałem na Japonki i przebicie się przez wschodnią mentalność wydało mi się już zupełnie nieosiągalne. W jaki sposób wychowana w kulcie niezależności i pewności siebie Niemka miałaby zrozumieć wbitą w kulturowy gorset skromności i pokory Kayo? Jak miałaby zrozumieć jej milczącą zgodę i konformizm w stosunku do nauczycielki, szkoły, społeczeństwa, religii, władzy, rodziny? Czegoś, co w świecie Niemki funkcjonowało jako narzędzie tłumienia wolności jednostki. W jaki sposób Niemka, Włoszka i Australijka miałyby uchwycić sens tak podziwianej przez siebie filozofii Wschodu , gdy wyrastała ona z tradycji zupełnie przeciwnej Zachodowi? Tradycji antyindywidualistycznej – podkreślającej konieczność nie tyle ciągłego “samorozwoju”, co ograniczania własnego “ja”.

Niemka manifestacyjnie zebrała swoje kolorowe długopisy do piórnika, burcząc pod nosem, że nie jest robotem. Włoszka spakowała się i, nawet nie spoglądając na panią, wyszła z klasy.

Zobacz także:

Świat ludzi ryb czy świat ludzi pawi?

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , ,

Cztery dziewczęta dwa miesiące później

listopad 23, 2008 · 1 komentarz

metropostimpressionism1t

Fulan

Przebukowala bilet samolotowy do Włoch ze stycznia na początek grudnia. Jeśli pobędzie tu dłużej, umrze na anoreksję. Tajwańskie jedzenie jest ohydne. Wstaje codziennie o 6 rano, rozmawia z chłopakiem na skypie. Potem na 8 szkoła, biblioteka i dom. Chiński jest dla robotów, ani dnia odpoczynku. Ostatnio wyszła z klasy w środku lekcji. To było jak we śnie. Coś do niej mówili, nie pamięta co. Nie musi się przecież nikomu tłumaczyć. W domu biega na elektrycznej bieżni. To dobre na stres. Poznała pewnego Portugalczyka. Prawda jest taka, że jeśli zostanie tu dłużej, skończy się wszystko między nią a jej chłopakiem. Na święta pojedzie z nim posnowbordować. Kupila mu w prezencie z Tajwanu szalik tutejszej drużyny baseballowej.

Deni

Nauczycielka chińskiego jawnie wchodzi z nią w konflikt. Nie potrafi uczyć i jest niemiła. Oczywiście nie wszyscy Tajwańczycy są tacy. Kobieta, która wynajmuje jej mieszkanie, od razu po jej telefonie, wezwała fachowców, którzy naprawili dopływ gorących źródeł do wanny. W przerwie między semestrami wybiera się do Singapuru na zjazd fanów Sexy Bi – koreańskiego piosenkarza pop. Ten na jej piórniku to jednak nie Sexy Bi, ale inny tajwański piosenkarz. Jeden z jej znajomym w Niemczech sugerował, że jeśli słucha „bi”, być może jest biseksualna. Widocznie sam ma problem ze swoją tożsamością seksualną. A po koreańsku „bi” to po prostu deszcz.

Kailing

To chyba jakiś „Dzień świstaka”. Codziennie rano do szkoły chińskiego. Codziennie ta sama porcja chińskich znaków. A ona ma gdzieś już te cale chińskie znaczki. Nie jest maszyną. Przez ostatnie dwa tygodnie przestała chodzić na zajęcia. Wizę ma i tak do początku grudnia. W Australii studiuje biznes, więc chiński na nic się jej nie przyda. Przyjechała do niej siostra w odwiedziny. Przefarbowała włosy na blond, bo już miała odrosty.

Luen

Zbliżyła się jakoś pod koniec semestru do Japonki Kayo. Japonka jest najlepsza w grupie. Testy kończy po 30 minutach, podczas gdy innym zajmuje to co najmniej godzinę. Razem codziennie po zajęciach idą do czytelni. Potem o 12 tej coś zjeść. Potem znowu do czytelni. Przed nią jeszcze dużo pracy. Israel – jej mąż – czyta już starochińskie teksty w oryginale.

Zobacz także:

Krótka opowieść o czterech dziewczętach

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Wypracowanie o mieszkaniu

listopad 20, 2008 · Dodaj komentarz

dom1

Na koniec semestru pani w szkole chińskiego tak oto rzekła do swych uczniów:

- Dzieci, jesteście już duże, więc zadam wam wypracowanie. Napiszcie mi o swoim mieszkaniu.

- Hurra! – wykrzyknęły dzieci.

- A jak długie ma być to wypracowanie? – spytała jedna z dziewczynek.

- Wypracowanie musi mieć przynajmniej 40 chińskich znaków i nie więcej niż 50 – odpowiedziala pani.

Powróciwszy do domu Janek długo myślał i myślał o tym jak wypracować swe wypracowanie. W końcu wymyślił. Poniżej następuje co napisał:

我家那裡

我的家在台北市的水源路. 我的房子一共有五樓. 我住在五樓. 我家旁邊有一家商店,也有一所學校. 我家離師大不遠.

“wo jia nali”

wode jia zai taibei shi de shui yuan lu. wode fangzi yigong you wu lou. wo zhu zai wu lou. wo jia pangbian you yi jia shangdian, ye you yi suo xuexiao. wo jia li shida bu yuan.

W tłumaczeniu na mowę Janka brzmiałoby to mniej więcej tak:

„Tam, gdzie mieszkam”

Moje mieszkanie znajduje się w mieście Tajpej na ulicy Źródlanej. Mój blok ma pięć pięter. Mieszkam na piątym piętrze. Obok mojego mieszkania znajduje się sklep i szkoła podstawowa. Z mojego mieszkania jest niedaleko do szkoły językowej.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

Rozmyślania z okazji Dnia Niepodległości

listopad 15, 2008 · Dodaj komentarz

ulani

Spadł deszcz i zrobiło się chłodniej. Z okazji 11 listopada w Polsce prezydent urządzał bal z wierzbami i ułanami w tle, ja po drugiej stronie kuli ziemskiej w krótkich spodenkach pisałem test z języka chińskiego.

Można by pomyśleć, że w końcu udało mi się uciec. Nic blędniejszego. Mimo palmowych dekoracji i chińszczyzny, na drugim końcu świata wciąż ku swemu przerażeniu mówiłem wierzbami i myślałem ułanami. Dopiero w dalekiej Azji dane mi było pojąć, że na zawsze już bylem przylepiony do kraju, w którym wyrosłem, choć wcześniej ulegałem złudzeniu, że jestem od tego wolny. Na ulicach Tajpej bylem przybyszem z innej planety. Nie rozumiałem zachwytu Tajwańczyków nad zatłoczonym nocnym marketem, serkami tofu czy karaoke. Skrycie tęskniłem za młodymi ziemniakami z koperkiem i bigosem. I zrozumiałem wtedy, że jedzenie jest pierwszą rzeczą, która łączy nas z naszą kulturą i której brakuje, gdy przyjdzie nam żyć w kulturze innej. Obcokrajowiec nigdy nie zrozumie tęsknoty polskich emigrantów do batonika Prince Polo. W miłości tej nie chodzi bowiem o konkretne walory smakowe batonika, ale o jego wartość sentymentalną – Prince Polo staje się wtedy proustowską magdalenką, będącą kluczem do sekretnych bram na samym dnie głowy, prowadzących do podziemnych ogrodów zapomnianych historii i wspomnień.  Pamiętam Japończyka „Czysta Woda”, który twierdził, że sushi serwowane na Tajwanie w uwielbianej przeze mnie sieci japońskich barów „Sushi Express” jest podróbką prawdziwego japońskiego sushi. Również na twarzy Indonezyjczyka Yongsena można było dostrzec wielkie rozczarowanie, gdy wybraliśmy się pewnego razu do restauracji indonezyjskiej w Tajpej i skosztowaliśmy jednego z typowych indonezyjskich dań. Włoszka Francesca postanowiła wracać do Rzymu właśnie z powodu jedzenia. „Jeśli dłuższej zostanę na Tajwanie, umrę na anoreksję” – stwierdziła.

Test pisaliśmy dokładnie godzinę. Spędzono nas do laboratorium językowego i usadzono w tłumiących dźwięki boksach do słuchania kaset z chińskimi konwersacjami. Test był jak na Azjatów przystało zelektronizowany. Polecenia wydawał głos w słuchawce. Sprawdzenie umiejętności słuchania, mówienia i czytania odbywało się nie twarzą w twarz z egzaminatorem, ale ucho ze słuchawką i usta w usta z mikrofonem, do którego należało w pewnym momencie wygłosić kanonadę chińskich dźwięków, automatycznie nagrywaną na kasetę. Nie wiem z czym teraz kojarzyć się może polska szkoła – jej budynki, korytarze, sale lekcyjne. Mi kojarzyła się zawsze z komunistyczno-bogoojczyźnianym kiczem oraz z zapachem książek. Szkoła tajwańska była już bardziej czymś na kształt technologicznego ascetyzmu statków międzyplanetarnych ze „Star Treka”. Tajwańczycy nie tyle szczycili się portretami swych bohaterów narodowych, godłem i krzyżami, co elektroniką. Każda sala lekcyjna zaopatrzona była w najnowsze projektory. Na równi z bibliotekami sławiono laboratoria językowe i komputerowe. Pachniały sklepem komputerowym.

Elektronika była konikiem Azjatów, czymś na kształt polskiego godła i krzyża w salach lekcyjnych – wyznacznikiem ich tożsamości, wartości i siły. Azja została skolonizowana przez mocarstwa zachodnie mniej więcej w tym samym czasie, co Polska rozebrana przez trzy sąsiednie mocarstwa. Przyczyna klęski była również w obu wypadkach podobna – zacofanie cywilizacyjne. Chińczycy nie byli jednak co prawda nigdy zachodnią kolonią, niemniej w XIX wieku zostali przez tenże Zachód dzięki jego przewadze militarnej upokorzeni i wykorzystani. Uraza ta była przekazywana w Chinach z pokolenia na pokolenie, by pod koniec wieku przyjąć formę niemalże obsesji w stosunku do technologicznego prześcignięcia Zachodu. Podobną obsesję żywili liderzy dalekowschodniego regionu – Japończycy – pokonani przez najnowszą perełkę technologiczną Amerykanów – bombę atomową. I gdy Dalekiemu Wschodowi – dzięki wrodzonej pracowitości, cierpliwości i posłuszeństwie – udało się nadrobić cywilizacyjną przepaść w stosunku do najbardziej rozwiniętych krajów Zachodu, Polska jako była w tyle, w tyle pozostała. Pamiętam wrażenie, kiedy po raz pierwszy w czasie studiów wyjechałem do pracy na Zachód. Podróż ta przypominała mi przemieszczanie się w małego prowincjonalnego miasta w Polsce, z którego pochodziłem, do miasta wojewódzkiego, gdzie studiowałem. Różnice widoczne były gołym okiem, aby potem zaprzeczać ich istnieniu. Przyczyn tak widocznych różnic cywilizacyjnych między Wschodem Europy a Zachodem dopatrywano się wiele. Dla jednych była to wina PRL-u i komunizmu. Dla innych – bardziej dalekowzrocznych – polska kultura szlachecka. Dla jeszcze innych sama genetyczno-kulturowa specyfika polskich Słowian: leniwych, nieufnych w stosunku do tego, co obce i nowe – do których począwszy od czasów przyjęcia chrześcijaństwa nowinki cywilizacyjne z Zachodu docierały zawsze wolnymi kroczkami, z oporami.

Test z Dnia Niepodległości napisałem na 86 proc., sytuując się mniej więcej jak Wietnamczycy – w środku rankingu ocen – między niepokonanymi Japończykami a Niemką i Włoszką. Mogło być o wiele lepiej, nie zrozumiałem jednak dokładnie polecenia podanego mi przez elektroniczny głos ze słuchawki i za wolno cedziłem słowa chińskiej czytanki. Nie zdążyłem dobrnąć do końca. Nagrywanie wyłączyło się automatycznie.

————-
Zobacz także:

Wrzesień zamiast Polskę zobaczyć

Uczeń Janek w krainie Wielkiego Elekronika

W krainie o ustroju pozytywistycznym

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , ,

Krótka opowieść o Japonce Kayo

listopad 4, 2008 · 1 komentarz

images

Kayo staje zawsze przodem do rozmówcy. Słucha uważnie, potakuje, grzecznością i postawą przypominając stewardessę zapraszającą pasażerów do samolotu. Zawsze elegancka, modna, kobieca. Codziennie w nowych kreacjach, z iPodem w uszach, z nową porcją lakieru na paznokciach. Mieszkała rok w Malezji, pracowała w biurze British Airways. Mówi płynnie po angielsku, jest najlepsza w klasie z chińskiego. Mimo tego Kayo, jako kobiecie, nie wypada manifestować się ze swoimi zdolnościami. Na komplementy reaguje milczącym uśmiechem. Spuszcza przy tym głowę i lekko się rumieni. Nie pytana, głosu nie zabiera. W kulturze japońskiej mężczyźnie zawsze wolno było więcej. I nawet teraz japoński mężczyzna mógł sobie z duchem czasu – za przykładem mężczyzn z Zachodu – zrzucić pancerz stereotypowej męskości i spokojnie zniewieścieć. Japońskiej kobiecie, mimo zachodniego feminizmu, wyemancypować się jednak nie było dane. I nawet jeśli wyemancypowała się wewnętrznie, zewnątrz musiała pozostać wierna swej kobiecej roli – świecącego dodatku do męskich orderów. Wypudrowana i świecąca. Jak Paris Hilton. Skromna i tajemnicza. Jak gejsza. Nauczona zgadzać się i milczeć. Czyż nie przez milczenie najłatwiej zdobyć sobie sympatię mężczyzny? W milczeniu tak łatwo przecież znaleźć innym potwierdzenie własnych myśli. Dlatego też Kayo jest ulubionym kompanem pewnej siebie i dominującej Niemki.

- Kayo nie podobają się biali mężczyźni – stwierdza kategorycznie Niemka. – Kayo, tak jak ja, lubi Azjatów.

Kayo nie protestuje.

- Podobają mi się Japończycy – uśmiecha się nieśmiało w stronę Niemki. – Moi rodzice nie mieliby jednak nic przeciwko, gdybym wyszła za Amerykanina.

—-
Zobacz także:

Ładne buty Japonki

O Szopenie i kto wymyślił mleko sojowe

Krótka opowieść o muzyce: Lykke Li

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , , ,

Japończycy robią się coraz wyżsi

listopad 2, 2008 · Dodaj komentarz

Późnym wieczorem zadzwoniono do mnie ze szkoły Oxford, gdzie uczyłem angielskiego. Odebrałem z lekkim niepokojem, gdyż oznaczało to mniej więcej tyle, że pragną poinformować mnie o jakimś problemie, który im ciążył i, o którym zwyczajowo nie potrafili mi powiedzieć w cztery oczy.

- Bardzo szanujemy Pańskie metody nauczania – zaczęła tłumaczyć przez słuchawkę niejaka teacher Grace. – Aczkolwiek mamy jedno zastrzeżenie: zadaje Pan za mało zadań domowych.

- Za mało zadań domowych? – zdziwiłem się. – Przecież każę im przepisywać całą stronę z książki.

- To stanowczo za mało – odpowiedziała Grace. – Powinni przepisać stronę przynajmniej trzy razy.

W formularzu oceniającym nauczyciela na kursie chińskiego, który rozdano nam w szkole, w rubryce ocen negatywnych znajdowały się punkty o zadaniach domowych i testach: „Nauczyciel zadaje za mało zadań domowych”, „Nauczyciel robi zbyt mało testów”.

—-

W kulturze azjatyckiej zadaniem nauczyciela nie było tworzenie indywiduów czy przyjaźnienie się z uczniami. Nauczyciel w Azji musiał być przede wszystkim wymagający, gdyż produkował pokolenie przyszłych zwycięzców, mających stanąć w jednym biegu ze światowymi mocarstwami i dzięki rygorystycznemu treningowi pokonać je. Trening oparty był na konfucjanistycznych podstawach i metodyką przypominał nauczanie dalekowschodnich sztuk walki. Zadaniem ucznia była ciężka praca, dyscyplina i posłuszeństwo nauczycielskim nakazom. W ujęciu tym nie tyle już tak popularne na słowiańszczyźnie obijanie się, co jakikolwiek – nieuzasadniony racją wyższą (tajfunem, wypadkiem, tragedią rodzinną) – odpoczynek w pracy był czymś nie do pomyślenia. Nawet w przypadku grypy uczeń mógł co najwyżej opuścić jeden dzień lekcyjny (choroba była przy tym jedynym właściwym wytłumaczeniem nieobecności). Potem musiał iść do szkoły, gdzie kasłał i słaniał się na nogach i prawdopodobnie, gdyby nawet tam omdlał, nie uznano by tego za wystarczający powód, by puścić go do domu. Z tym podejściem zbyt mała ilość zadań domowych mogla budzić jedynie niepokój, gdyż zostawiała lukę wolności w grafiku dnia dziecka, co mogło negatywnie zaważyć na jego przyszłości. Mali Azjaci żyli rytmem pracy swoich rodziców – rozpoczynali naukę o 8 rano, kończyli ją natomiast o 8 wieczorem. Zaraz po zajęciach w szkołach państwowych galopowali na szkól prywatnych, gdzie czekała na nich kolejna dawka mądrości: angielskiego, matematyki czy nauki gry na instrumentach muzycznych. W najlepszym wypadku byli „przechowywani” w prywatnych szkołach i całą grupą, pod okiem nauczyciela, w milczeniu odrabiali zadania domowe. Dzieci ze zmęczenia zasypiały często na siedząco podczas lekcji, co było dość powszechną praktyką w Dalekiej Azji i nikt się tym specjalnie nie przejmował. Na zajęciach chińskiego przysypiały również Japonki. Po napisaniu testu, gdy nie wolno było im otworzyć jeszcze książki, zapadały momentalnie w legalną kilkuminutową drzemkę – od małego nauczone, że takich – nie budzących wyrzutów sumienia – chwil odpoczynku w ciągu dnia jest naprawdę niewiele.

Przed Uniwersytetem spotkałem Japonkę Kayo, czytającą z zaciekawieniem japońską gazetę.

- Co jest pierwszostronicowym tematem dnia w Japonii? – spytałem.

- Japończycy robią się coraz wyżsi – odpowiedziała.

—-
Zobacz także:

Depresja młodych Chińczyków

Dzieci na wyścigach

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,