Kuba Station

Wpisy od październik 2008

Z kroniki starego bloku

październik 21, 2008 · Dodaj komentarz

Na początku nowe miejsca jawią nam się w perspektywie ogólnych przewodnikowych prawd: atrakcji turystycznych, statystyk, map. Co prawda niezbyt nakładają się one jeszcze na prawdziwe ulice i ludzi, dają jednak niezbędne poczucie bezpieczeństwa, którego tak brakuje, gdy gubimy się w labiryncie nowych, nieznanych skrzyżowań i gestów. Z czasem widzenie nowego świata wyostrza się. Zaczynamy dostrzegać szczegóły. Wielkie ulice zaczynają się łączyć z małymi i docierać do ich najmniejszych zakamarków. Na twarzach mijanych dzień w dzień ludzi widoczne stają się nieznane dotąd detale i zabrudzenia. Dzień po dniu, budynek po budynku nasze teoretyczne wyobrażenie świata zostaje zastąpiony obrazem realnym. Porowo-blokowym.

—-
Spotykałem go codziennie rano w drodze do szkoły jak z teczką w ręku maszerował ulicą w stronę stacji metra. Na pozór niczym nie różnił od innych obywateli miasta. Na oko z czterdzieści lat, wysoki, postawny, o ładnej, zawsze poważnej twarzy. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się dawało się dostrzec zabrudzenia na kołnierzu jego firmowej koszuli. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jego teczka była w istocie nic nie znaczącym rekwizytem. On nigdzie nie szedł, ale zataczał absurdalne kolo: wychodził z domu, dochodził do głównej ulicy i wracał. Już pod blokiem zapalał papierosa i rozpoczynał spór z niewidzialnymi postaciami. Prawdopodobnie robili mu na złość, gdyż w pewnym momencie tracił zupełnie cierpliwość i zaczynał wydobywać z siebie gruźlicze pomruki i złorzeczenia. Dochodziło w końcu do tego, że w gniewie gonił swoich niewidzialnych dyskutantów i zadawać im w powietrzu ciosy pięściami. Charczał wtedy i podskakiwał jak mały chłopiec grający w klasy.


Mieszkali w mojej klatce na trzecim piętrze: dziadek, upośledzona dziewczyna i kot. Kot miał połamane ucho i był chudy jak szkapa. Rozkładał się na samym środku korytarza trzeciego piętra i leżakował w najlepsze, tak, że schodząc na dól, trzeba go było ostrożnie omijać. Dziadek spędzał dni na balkonie. Przyglądał się nieruchomemu życiu ulicy. Byl łysy, drobny i wyschnięty. W godzinie wyrzucania śmieci, nigdy nie wychodził na ulicę, aby pogawędzić z sąsiadkami, ale ze swoim wiadrem kryl się w półmroku klatki i ruszał dopiero wtedy, gdy nadjeżdżała śmieciarka. W swym śmieciowym ukrywaniu się nie był zresztą odosobniony. Przed przyjazdem śmieciarki, klatki oblepiały się wieloma podobnymi postaciami, które wybierały ciszę nad spotkania z gaworzącymi na ulicy kobietami. Gdy dla jednych zbiorowe wyrzucanie śmieci stanowiło nudny obowiązek, dla innych było okazją do spotkań towarzyskich. Jedna z towarzyskich babć specjalizowała się przy tym w desancie na plastikowe butelki, ukryte w śmieciach sąsiadów. Bez pardonu atakowała cudze worki, chciwie rozrywała je i wysysała z nich wszystko to, co dało by się później w punktach skupu zamienić na pieniądze.


Zaraz obok wejścia do klatki znajdowała się firma produkująca bułki na parze z nadzieniem porowym. Czasami można było odnieść wrażenie, że w firmie pracowali wszyscy mieszkańcy bloku. W dzień jak pszczoły uwijali się wokół porów i bułek. W nocy urządzali pod klatką zawody w badmintona. Do krojenia porów zaangażowana została również upośledzona dziewczyna z trzeciego i trzeba przyznać, że kroiła rzetelnie i z przejęciem. Co pewien czas w jej głowie zaczynało dziać się jednak coś niedobrego. Z ulicy dobiegał wówczas przeraźliwy krzyk zarzynanej zwierzyny. Dziewczyna darła się i przed czymś uciekała. Pracujący w bułkach sąsiedzi próbowali ją uspokoić. W końcu pod klatką zjawiał się dziadek i stanowczo, acz łagodnie kazał dziewczynie wracać do domu. Wracała ze spuszczoną głową, ściskając w ręku różowy, zabawkowy telefon komórkowy.

Zobacz także:

Budynek-blues

Jak teacher Jeff uczył się wyrzucać śmieci

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

Komedia ludzka, czyli tajwańska drabina bytów

październik 20, 2008 · 1 komentarz

W szkole wprowadzono nowy przepis, według którego dodatkowe 20.godzin chińskiego miesięcznie, uprawniające do przedłużenia wizy na Tajwanie, należy rozłożyć równomiernie na każdy tydzień.

- Niektóre osoby zamiast uczęszczać do biblioteki regularnie, udały się do niej dopiero w ostatni tydzień przed przedłużeniem wizy i biuro emigracyjne im tych godzin nie uznało – wyjaśniła pani. – Wniosek z tego taki, że należy uczyć się systematycznie.

- Nie masz się czego bać – wytłumaczyła mi później znajoma z wyższej klasy. – To polowanie na Wietnamczyków.

—————-

Wietnamczycy, obok Filipińczyków, należą na Tajwanie do przedstawicieli tzw. emigracyjnej, taniej siły roboczej – odpowiednik Polaków, Rumunów i Ukraińców pracujących na Zachodzie Europy przed wejściem do UE. Filipińczycy opanowali na Tajwanie sektor opiekuńczo-pielęgniarski (opieka nad dziećmi oraz osobami starszymi i niepełnosprawnymi) i najczęściej posiadają pozwolenia na pracę. Natomiast Wietnamczycy ze specjalizacją w branży gastronomiczno-rozrywkowej (mycie naczyń w restauracjach, kelnerowanie, zabawianie panów) pozwoleń takich przeważnie nie posiadają. Zapisanie się na kurs chińskiego stanowi dla nich jeden ze sposobów otrzymania tajwańskiej wizy i przyjazdu na wyspę. I nawet jeśli przyjeżdżają na Tajwan w celu nauki chińskiego, w odróżnieniu od bogatych Japończyków czy Amerykanów, aby opłacić drogie studia i mieszkanie, zmuszeni są często dorabiać na czarno.

————————————————————–
Tajwańska drabina bytów

Biali bogowie

Białość kojarzy się Tajwańczykom z postępem, prestiżem, bogactwem, językiem angielskim. Biała skóra onieśmiela i budzi respekt. Nierzadkim zjawiskiem na Tajwanie są zabiegi wybielania skóry, operacje powiek i nosa na kształt zachodni (znawcy twierdzą, że jest to moda rodem z Japonii). Paradoksalnie tajwańska młodzież bardziej identyfikuje się z kulturą zachodnią niż chińską, z której de facto się wywodzi.

Biali Amerykanie

Najwyższy z możliwych bytów na Tajwanie. Z powodów historycznych, gospodarczych i (pop)kulturowych Amerykanie otaczani są niemal bezkrytyczną czcią przez Tajwańczyków. Określenie „amerykański” tak w telewizyjnej reklamie jak i w ulicznym barze z kluskami stanowi jeden z najbardziej pozytywnie wartościowanych epitetów. Wycieczka do USA jest elementarnym marzeniem podróżniczym Tajwańczyka. Według obiegowego stereotypu Amerykanie są biali, bogaci, wysocy, silni, pewni siebie. Ich język jest jednym z najbardziej pożądanych towarów na Tajwanie.

Biali z rodziny anglosaskiej: Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy.

Obecni na Tajwanie i w całej Azji w postaci studentów i nauczycieli. Co prawda nie aż tak wspaniali jak Amerykanie, ale niewiele im brakuje – mówią tym samym językiem, są biali i bogaci.

Biali z Europy Zachodniej

Przede wszystkim Niemcy i Francuzi. Zaraz po nich Włosi i Hiszpanie. Niemcy kojarzą się Tajwańczykom z solidnymi produktami, samochodami i bogactwem, co wystarczy na Tajwanie, aby kogoś polubić. Francuzi to artystyczny Paryż, modne i drogie marki oraz wykwintne jedzenie. Podobnie Włosi – Gucci, Armani, Dolce & Gabanna. Wg tutejszych wierzeń jako byt wyższy obok swych rodzimych języków automatycznie posługują również językiem bogów – angielskim.

Japończycy

Liderzy regionu Dalekiego Wschodu na polu gospodarczym i kulturowym. To, co „japońskie” z natury jest lepsze, bogate, modne oraz bielsze (Japończycy mają jaśniejszy odcień skóry od pozostałych Azjatów). Wpływy japońskie widoczne są w technologii, modzie młodzieżowej i popkulturze. Japonia obok USA wymieniana jest przez Tajwańczyków jako kraj, który na pewno warto odwiedzić.


Byty pośrednie, czyli prawie Tajwan


Hongkong, Singapur

Częste miejsca zakupów wybierane przez Tajwańczyków. Cenieni za bogactwo i biznes. Tajwańczycy lubią jednak czuć się od nich lepsi.

Koreańczycy

Naturalny rywal Tajwanu na Dalekim Wschodzie. Podobnie bogaci. Podobnie zapatrzeni w USA i Japonię, podobnie od nich zależni. Stosunek Tajwańczyków do Koreańczyków jest ambiwalentny – z jednej strony są partnerami handlowymi, z drugiej przypisują sobie wiele chińskich wynalazków – jak wynalezienie mleka sojowego, nad czym bardziej chińscy od Chińczyków z kontynentu Tajwańczycy ot tak nie mogą przejść do porządku dziennego.

Ameryka Łacińska

Obecna na Tajwanie najczęściej pod postacią studentów z prawicowych państw uznających niepodległość Tajwanu (Belize, Dominikana, Gwatemala, Honduras, Nikaragua, Panama, Paragwaj itd). Studenci – dobrze odżywieni i ubrani, reprezentują na pierwszy rzut oka byty wyższe. Niemniej ciemniejsza karnacja oraz ich latynoski temperament nie do końca przypadają Tajwańczykom do gustu.


Byty niższe

Chińczycy

Stosunek Tajwańczyków do Chin jest na tyle skomplikowany, że na ten temat powstało już setki książek, prac doktorskich i wierszy. W dużym skrócie Tajwańczycy czują się od Chińczyków lepsi, mimo że formalnie na arenie międzynarodowej uznawani są za Chińczyków. Chiny kontynentalne kojarzą się na Tajwanie z biedą, brudem, produktami niskiej jakości, kombinatorstwem i uciskiem.

Filipińczycy

Najbliżsi południowi sąsiedzi Tajwanu. Można ich tu rozpoznać po wielkich natrętnie wpatrujących się oczach. Filipinki na Tajwanie pchają wózki z kalekami i osobami starszymi, opiekują się dziećmi. Uznawani za biednych, nie są cenieni, mimo że w większości – w odróżnieniu od Tajwańczyków – posługują się doskonałym angielskim – językiem bogów.

Wietnamczycy

Kojarzeni na Tajwanie z biedą i tanią, nielegalną silą roboczą. Wietnamki bardzo często zatrudniane są tutaj jako panie do towarzystwa.

Czarnoskórzy

Tajwańczycy podobnie jak Chińczycy i większość Azjatów są ukrytymi rasistami. Pozostałością po czasach kolonialnych jest tutaj kult białej skóry i uprzedzenia w stosunku do ciemniejszych jej odcieni. Paradoksalnie Polakowi o jasnej skórze, mówiącemu słabo po angielsku, łatwiej jest na Tajwanie znaleźć pracę w charakterze nauczyciela języka angielskiego niż czarnoskóremu Amerykaninowi, dla którego angielski jest językiem rodzimym. Jak pisze Jan Wong w reportażach na temat Chin („China”), czarnoskórym w kulturze chińskiej przypisany jest stereotyp leniwych, nierzetelnych i nieuczciwych.

——-
Polacy

Dzięki kamuflażowi białej skóry zostają automatycznie uznani za byt wyższy. O Polsce na Tajwanie jednak niewiele wiadomo. Niektórzy sądzą, że jest to część Rosji i że mówi się tam po rosyjsku. Niektórzy widząc białe twarze automatycznie wnioskują, że w Polsce mówi się po angielsku.

———
Autor powyższego zestawienia pragnie podkreślić, że wszystkie zawarte w nim stwierdzenia mają charakter czysto subiektywny. Nie podparte są żadnymi badaniami naukowymi, ale wyłącznie i tylko osobistymi obserwacjami i spostrzeżeniami autora. Autor dopuścił się w tekście wielu generalizacji, które mogą mijać się z prawdą. Autorowi nie chodziło również o to, aby w czymkolwiek uchybiać Tajwańczykom czy komukolwiek innemu. Wartościowania, uprzedzenia i stereotypy dotyczą w końcu każdego narodu i człowieka niezależnie od szerokości geograficznej. Poza tym warto zawsze pamiętać, że nasze opinie o świecie(w tym opinie wyrażone w tym tekście) mówią więcej o nas samych niż o świecie.
——–

Zobacz także:

Krótka historia wielkiej miłości Tajwanu do Ameryki

Jak teacher Jeff został Amerykaninem

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , , , ,

Wojna światów w czterech aktach

październik 18, 2008 · Dodaj komentarz

1.

W końcu przystosowałem się, bo przystosować można się przecież do wszystkiego. Jedynym warunkiem był tutaj czas. W pierwszej fazie, gdy obraz rzeczywistości, z której się wywodziłem, tkwił na dobre w głowie, dominowało uczucie snu na jawie. Wszystko było poprzestawiane do tego stopnia, że wydawało się nierealne. W drugiej fazie, gdy okazywało się, że wszystkie dziwactwa innej kultury, są jednak prawdziwe i uznawane za normalne, pojawiały się uczucie osamotnienia, depresja i bunt. Denerwowało i przygnębiało wszystko. Miniaturowość ulic. Brzydota budynków. Powściągliwość ludzkich min i gestów. Ślamazarność ich kroków. Pewnego dnia wszystko stało się jednak naturalne i przeźroczyste. Przestałem przeliczać tutejsze ceny na złotówki. Przestałem porównywać. Szedłem wieczorem razem z tłumem Azjatów po nocnym markecie i nie starałem się już ich wyprzedzać. Zwolniłem i dopasowałem się do ich rytmu, który wcześniej wyprowadzał mnie z równowagi. Teraz widziałem dokładnie bezsens mojego buntu na tutejszy świat. W Szkocji zrozumienie tego zajęło mi trzy miesiące, w Azji pól roku.

——-
2.

Część pisemna testu poszła grupie całkiem nieźle. Gorzej było ze słuchaniem. Obcokrajowcy, którzy dopiero co przyjechali na Tajwan, nie potrafili załapać różnicy nie tyle między chińskimi tonami, co między wyrazami. Niemka, sama będąc nauczycielką w Austrii, za zły wynik grupy z części słuchowej testu obwiniła nauczycielkę. Sam ze swoim dobrym wynikiem i miesiącami spędzonymi na Tajwanie siedziałem cicho, wiedząc, że zły wynik grupy nie wynikał ze złych sposobów nauczania, ale z nieosłuchania się z nowym językiem. Zdołałem pogodzić się już również z tym, że nauka chińskiego na tajwańskim uniwersytecie była nie tyle moim ponownym powrotem do lat studenckich, co powrotem do czasów licealnych a nawet podstawówkowych. Nauczyciel w kulturze chińskiej, niezależnie na uniwersytecie, w liceum czy podstawówce, był figurą z zasady nieomylną, z którą się nie dyskutowało, zadaniem studenta na lekcji nie było zadawanie pytań, ale milczące notowanie a potem kilkugodzinna praca nad materiałem w domu czy bibliotece. Z punktu widzenia Azjaty złe wyniki studenta były spowodowane lenistwem samego studenta. Nauczyciel był tu poza jakimikolwiek podejrzeniami. Niemka mieszkała jednak na Tajwanie na tyle krótko, aby ze świętym przekonaniem forsować słuszność swojej wizji świata.

- Większość grupy nie przyszła testu ze słuchania, oznacza to, że powinno się temu poświęcić więcej uwagi na lekcji – zwróciła się do nauczycielki Niemka.

- Należy spędzać więcej czasu w laboratorium językowym – odpowiedziała nauczycielka.

- Jeśli większość robi coś źle, należy zmienić metodę – odparła Niemka.

W klasie zapanowała cisza. Wietnamki jak zawsze siedziały z otwartymi ustami sześciolatków. Japonkom nie drgnęły nawet kąciki ust. Zachodnia część klasy kiwała potakująco w stronę Niemki. Pani zaczerwieniła się.

- Widocznie musi się pani więcej uczyć – wyrzekła  nauczycielka.

Niemka zaczęła ciężko dyszeć i już wydawało się, że odpowie coś nauczycielce, ale powstrzymała się. Ułożyła w jednym rządku długopis, ołówek i gumkę, po czym na życzenie pani otworzyła książkę na stronie numer 43.

- Nie piszemy po biurku – pani zrugała Włoszkę, która na blacie stołu rysowała ołówkiem kwiaty.


Zgoda na bycie wepchniętym w tutejszy system nie przychodziła od razu. Milczenie stawało się jednak jej pierwszą oznaką.

3.

Nauczycielka stała się obsesją Niemki, przyczyną jej złego samopoczucia i zagubienia w tajwańskim świecie. W każdym jej słowie i geście doszukiwała się ukrytych aluzji.

- Mówię wam, na dyktandzie ze słówek specjalnie przekręcała wyrazy, abyśmy nie zrozumieli – tłumaczyła Niemka podczas przerw.

- Zauważyliście jak unika mojego wzroku? – dodawała Niemka.

- No rzeczywiście, zauważyłam to – potwierdziła 20-letnia Australijka.

- Cały czas mnie poprawia, aby udowodnić mi, że tylko ona ma rację – emocjonowała się Niemka.

- Jest strasznie niemiła.

- Nie tyle niemiła, co zimna i nieludzka.

—-
4.

Aby odetchnąć, wyszedłem na korytarz. Spojrzałem obojętnie na wielką świąteczną choinkę, stojącą piętro niżej naprzeciwko czytelni – choinkę wystawioną w tym miejscu przez cały boży rok – kojarząca się z zachodnią kulturą miała prawdopodobnie podkreślać międzynarodowość uczelni. Dwóch białych – jeden Amerykanin, drugi Brytyjczyk spierało się o coś przed wejściem do toalety. Nagle Amerykanin – wielki, łysy, dobrze zbudowany, typ szkolnego komandosa zafascynowanego nożami chwycił Brytyjczyka za gardę. Ten mniejszy, pulchny, o dobrotliwej twarzy wiejskiego proboszcza próbował wykręcić przeciwnikowi rękę, niemniej zręcznym wrestlingowym nożnym blokiem powalony został z impetem na podłogę. Żołnierz zaklinczowal głowę proboszcza w swym wielkim bicepsie. Proboszcz poczerwieniał i zaczął wierzgać nogami. Wokół walczących zebrał się tłum gapiów. Uścisk Amerykanina stawał się coraz mocniejszy, Brytyjczyk dusił się, a z oczu płynęły mu łzy.

- Zabiję cię gnoju! – wrzeszczał Amerykanin do charczącego Brytyjczyka.

- Proszę przestać się bić! – walczących zaczęła rozdzielać mała Tajwańska nauczycielka.

Żołnierz puścił proboszcza. Stanęli naprzeciwko siebie w pozycji walczących byków.

- Następnym razem cię zabiję! – krzyczał Amerykanin.

Brytyjczyk patrzył mu prosto w twarz napuchniętymi od krwi oczami. Płakał, zaciskając pięści.

——–
Zobacz także:

Jak uczeń Janek uczył się odróżniać pierogi od spania

O Szopenie i kto wymyślil mleko sojowe

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , ,

Tajwańska przypowieść ze zdjęciem

październik 13, 2008 · Dodaj komentarz

————————————–
Zobacz również:

Zdjęcia ze starej klasy

Zdjęcie półnagiej kury w lodówce

—————————————

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: , , , , , , ,

Krótka opowieść o czterech dziewczętach

październik 5, 2008 · Dodaj komentarz

Francesca, 24 lata.

Tajwańczycy są dziwni. Przyjechała do Tajpej już miesiąc temu i dalej nie może się przyzwyczaić do ich wolnego chodzenia. I tak jest lepiej niż w Chinach. Jej koleżanka była tam miesiąc i nie poleca. I nie, żeby przesadzała. Byla już dłuższy czas za granicą. Pól roku studiowała we Francji. Ma problemy z nauką chińskiego, ponieważ podręcznik do nauki zrobiony jest dla studentów anglojęzycznych. Jej angielski nie jest najlepszy. Gdyby książka napisana była po włosku, na pewno nie miałaby większych kłopotów. Na szczęście jest internet. Dzięki niemu może codziennie rozmawiać ze swoim chłopakiem. Jego ojciec ma firmę dostawczą w Rzymie.

Katherine, 21 lat.

Tajwański współlokator dal jej w prezencie nowy telefon komórkowy. Nie wie czy go przyjąć, bo on chyba coś do niej czuje. Chce ją zabrać w weekend do klubu i się zgodziła, postawiła jednak sprawę jasno – bo lubi jasne sytuacje: przyjaźń i nic poza tym. To naprawdę fajny gość, ale ona nie chce się na razie z nikim wiązać. Na początek pojeździ sobie po świecie, potem może jakieś studia. Trochę denerwuje ją to, że wszyscy chcą rozmawiać z nią po angielsku. Przyjechała tu przecież, żeby się uczyć chińskiego. Ludzie cały czas mówią jej coś o kangurach i misiach koala, a ona mieszka w Melbourne i widziała je tylko w telewizji i w zoo. Myśli też, żeby zapisać się na Tai-chi, zajęcia są jednak zbyt wcześnie rano.

Daniela, 43 lata.

Nauczycielka chińskiego mogłaby być milsza. Wie co mówi, bo sama uczyła. Jej zajęcia nigdy nie były tak nudne. Tęskni do swoich uczniów. Kocha dzieci. Cały czas utrzymuje z nimi kontakt. Pytają kiedy wróci, bo w zastępstwie za nią fizyki uczy dyrektor, który jest alkoholikiem. Na święta z Hamburga przyjadą jej rodzice i co jeśli tego czasu nie będzie potrafiła złożyć w restauracji, gdzie ich zaprosi, zamówienia po chińsku? Gotowi pomyśleć, że jej wyjazd na Tajwan był tylko marnotrawieniem ich pieniędzy.

Talia, 29 lat.

To trochę jakby ich miesiąc miodowy. Pobrali się niecałe trzy miesiące temu. I nagle dostał stypendium na Tajwanie. Jej dziadkowie pochodzą z Jemenu, dlatego ma tak ciemną karnację. Jej mąż uczy się kung-fu. Studiował filozofię wschodu w Jerozolimie i teraz pisze magisterkę o taoizmie. Sama myśli, żeby zacząć uczyć angielskiego w Tajpej, boi się jednak, że to jest nielegalne i mogą ją złapać. Nigdy nie była w Polsce, ale jej mąż był.

Zobacz także:

Krótka opowieść o bogach, ludziach i tajfunach

Krótka opowieść o trzęsieniach ziemi

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , ,