Na początku nowe miejsca jawią nam się w perspektywie ogólnych przewodnikowych prawd: atrakcji turystycznych, statystyk, map. Co prawda niezbyt nakładają się one jeszcze na prawdziwe ulice i ludzi, dają jednak niezbędne poczucie bezpieczeństwa, którego tak brakuje, gdy gubimy się w labiryncie nowych, nieznanych skrzyżowań i gestów. Z czasem widzenie nowego świata wyostrza się. Zaczynamy dostrzegać szczegóły. Wielkie ulice zaczynają się łączyć z małymi i docierać do ich najmniejszych zakamarków. Na twarzach mijanych dzień w dzień ludzi widoczne stają się nieznane dotąd detale i zabrudzenia. Dzień po dniu, budynek po budynku nasze teoretyczne wyobrażenie świata zostaje zastąpiony obrazem realnym. Porowo-blokowym.
—-
Spotykałem go codziennie rano w drodze do szkoły jak z teczką w ręku maszerował ulicą w stronę stacji metra. Na pozór niczym nie różnił od innych obywateli miasta. Na oko z czterdzieści lat, wysoki, postawny, o ładnej, zawsze poważnej twarzy. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się dawało się dostrzec zabrudzenia na kołnierzu jego firmowej koszuli. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jego teczka była w istocie nic nie znaczącym rekwizytem. On nigdzie nie szedł, ale zataczał absurdalne kolo: wychodził z domu, dochodził do głównej ulicy i wracał. Już pod blokiem zapalał papierosa i rozpoczynał spór z niewidzialnymi postaciami. Prawdopodobnie robili mu na złość, gdyż w pewnym momencie tracił zupełnie cierpliwość i zaczynał wydobywać z siebie gruźlicze pomruki i złorzeczenia. Dochodziło w końcu do tego, że w gniewie gonił swoich niewidzialnych dyskutantów i zadawać im w powietrzu ciosy pięściami. Charczał wtedy i podskakiwał jak mały chłopiec grający w klasy.
—
Mieszkali w mojej klatce na trzecim piętrze: dziadek, upośledzona dziewczyna i kot. Kot miał połamane ucho i był chudy jak szkapa. Rozkładał się na samym środku korytarza trzeciego piętra i leżakował w najlepsze, tak, że schodząc na dól, trzeba go było ostrożnie omijać. Dziadek spędzał dni na balkonie. Przyglądał się nieruchomemu życiu ulicy. Byl łysy, drobny i wyschnięty. W godzinie wyrzucania śmieci, nigdy nie wychodził na ulicę, aby pogawędzić z sąsiadkami, ale ze swoim wiadrem kryl się w półmroku klatki i ruszał dopiero wtedy, gdy nadjeżdżała śmieciarka. W swym śmieciowym ukrywaniu się nie był zresztą odosobniony. Przed przyjazdem śmieciarki, klatki oblepiały się wieloma podobnymi postaciami, które wybierały ciszę nad spotkania z gaworzącymi na ulicy kobietami. Gdy dla jednych zbiorowe wyrzucanie śmieci stanowiło nudny obowiązek, dla innych było okazją do spotkań towarzyskich. Jedna z towarzyskich babć specjalizowała się przy tym w desancie na plastikowe butelki, ukryte w śmieciach sąsiadów. Bez pardonu atakowała cudze worki, chciwie rozrywała je i wysysała z nich wszystko to, co dało by się później w punktach skupu zamienić na pieniądze.
—
Zaraz obok wejścia do klatki znajdowała się firma produkująca bułki na parze z nadzieniem porowym. Czasami można było odnieść wrażenie, że w firmie pracowali wszyscy mieszkańcy bloku. W dzień jak pszczoły uwijali się wokół porów i bułek. W nocy urządzali pod klatką zawody w badmintona. Do krojenia porów zaangażowana została również upośledzona dziewczyna z trzeciego i trzeba przyznać, że kroiła rzetelnie i z przejęciem. Co pewien czas w jej głowie zaczynało dziać się jednak coś niedobrego. Z ulicy dobiegał wówczas przeraźliwy krzyk zarzynanej zwierzyny. Dziewczyna darła się i przed czymś uciekała. Pracujący w bułkach sąsiedzi próbowali ją uspokoić. W końcu pod klatką zjawiał się dziadek i stanowczo, acz łagodnie kazał dziewczynie wracać do domu. Wracała ze spuszczoną głową, ściskając w ręku różowy, zabawkowy telefon komórkowy.
Zobacz także:








