Kuba Station

Depresje młodych Chińczyków

sierpień 28, 2008 · Dodaj komentarz

Chińskie “małe cesarzątka” dorastają. Rozpieszczane i trenowane przez swoich ambitnych rodziców, odkrywają, że w rozwijających się Chinach prawdziwe życie nie pokrywa się z ich oczekiwaniami.

W latach 90-tych, w chińskiej prowincji Shandong, w mieście Taian, w klasie dorastającego wówczas Liu Daweia nie było dziecka – 95 procent z nich było jedynakami – którego nie wspieraliby rodzice. Jeden z uczniów różnił się przy tym od reszty. Każdego dnia w wędrówkach z lekcji na lekcję towarzyszyła mu jedna osoba: jego matka. Rzuciła pracę w dzień, aby nadzorować jego naukę, siedząc przy nim bez przerwy – dla pewności, że chłopak nie marnuje czasu.

- Nauczycielowi się to podobało – twierdzi Liu. – Chłopiec nie skupiałby się tak bardzo na lekcji, gdyby nie było tam jego matki.

Jak Chiny długie i szerokie, historie rodziców stających na głowie, aby ich jedynaki żyły na odpowiednim poziomie, są na porządku dziennym. Zhang Ling przez całe dzieciństwo była wysyłana przez swoich rodziców na wzbogacające jej CV cotygodniowe lekcje malarstwa. Rodzice za każdym razem czekali na nią przez dwie godziny pod szkołą – nawet w zimie. Wieczorami – w szanghajskim jednopokojowym mieszkaniu jej rodziców – podczas odrabiania zadań domowych przez pięć godzin Lin Yanming rozkoszowała się perfekcyjną ciszą. Jej matka wyłączała telewizor i bez przerwy ją nadzorowała czy odpowiednio skupia się na zadaniach.
- W gimnazjum rodzice wiedzieli, że potrafię się kontrolować i odrabiać zadania domowe – mówi Lin. – Ponieważ wiedziałam już jak wygląda cała sytuacja.

Niemowlaki przed „wysokim testem”

Sytuacja młodych ludzi z miast w Chinach, począwszy od przedszkoli wzwyż, wygląda następująco: ich przyszłość zależy od jednego testu, państwowego egzaminu wstępnego do collegu - nazywanego gao kao, czyli „wysokim testem”, ponieważ wydaje się on tak ogromny. Dobry wynik z testu oznacza miejsce na jednym z najlepszych uniwersytetów i prostą drogę do stylu życia klasy średniej. Zły wynik oznacza dla uczniów konfrontację z twardą rzeczywistością – życiem klasy robotniczej, którego doświadczyli ich rodzice. Gdy gra toczy się o tak wysoką stawkę, rodziny całkowicie poświęcają się na rzecz przygotowania dziecka do testu, począwszy od jego niemowlęctwa.

- Wiele osób wraca do domu, je obiad a potem uczy się aż do czasu położenia się do łózka – mówi Liu. – Musisz tak robić, aby dostać się na najlepszy uniwersytet i dostać dobrą pracę. Musisz to robić, aby żyć.

Dzieci wysokiej jakości

Kiedy 30 lat temu Chiny wprowadziły limit posiadania jednego dziecka dla par, głównym powodem tej polityki było przeludnienie. Niemniej nieoficjalnie przyświecał temu również inny cel – wyprodukowanie grupy młodych elit, gdzie każdy niepodzielnie mógł cieszyć się całkowitym wsparciem całej rodziny. Dzieci te nazwano „xiao huangdi” – „małymi cesarzątkami”.

- Planowano wyprodukowanie pokolenia dzieci „wysokiej jakości”, które potrafiłyby sprostać nowej roli Chin – światowego mocarstwa – tłumaczy Susan Greenhalgh, specjalista od polityki jednego dziecka. Niemniej w momencie gdy ci dobrze wykształceni i wykarmieni przyszli zwycięzcy dostali zastrzyk paliwa boomu gospodarczego, ich pokolenie stało się nowoczesne i zapatrzone w zachód.

Gospodarka Chin wciąż się rozwija i w niektórych obszarach Państwa Śródka możliwości są naprawdę ograniczone. Wystawia to miliony ambitnych małych cesarzątek na działanie zimnych temperatur. Chiny produkują w tym momencie ponad 4 miliony absolwentów uniwersytetów rocznie, a jedynie 1.6 miliona nowych miejsc pracy, które odpowiadałyby ich kwalifikacjom. Nawet ten, kto stara się ze wszystkich sił, może zostać ochroniarzem. Chiny mają możliwość stać się następnym światowym supermocarstwem, wcześniej jednak będą musiały stawić czoło problemowi miliona zestresowanych, hiperwyedukowanych jedynaków, którzy wejdą w dorosłość w kraju, który nie będzie potrafił spełnić ich oczekiwań.

Kultura sukcesu – stresu

Kultura stresu i frustracji stała się przyczyną pogorszenia stanu zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi w Chinach. Wielu z nich popada w depresje i woli być bezrobotnymi niż podejmować pracę, którą uważa za niegodną siebie. Miliony, bojąc się stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, uciekają w świat gier video – co rząd uznał już za narodową epidemię. Niepokojąca liczba decyduje się na skończenie ze wszystkim – samobójstwo w Chinach jest w tym momencie główną przyczyną śmierci osób w wieku od 20 do 35 lat.

- Ludzie w Chinach – w szczególności rodzice i studenci college’ów – stanęli nagle przed problemem depresji i lęków – mówi 23-letni Zeng Yu z prowincji Sichuan.

- Media bez przerwy donoszą o nowych samobójstwach w miasteczkach studenckich.

- W tym pokoleniu każde dziecko jest wychowywane, aby być na szczycie – mówi Vanessa Fong, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvardzkim, autorka książki „Jedyna nadzieja: Wejście w dorosłość w czasach polityki jednego dziecka w Chinach”.

- Pracowali ciężko na swój sukces, poświęcili się temu także ich rodzice. Problem w tym, że państwo nie potrafi zapewnić im poziomu życia, na który czują, że zasłużyli. Tylko niewielu to osiąga.

Znakomite młode elity Chin są celebrowane na bilbordach jako straż przednia narodu. Większość z nich staje się jednak ofiarami własnych wygórowanych oczekiwań.

Sukces dziecka lekiem na zmarnowane lata rodziców

W zatłoczonych i ubogich miastach takich jak Hohhot, stolicy autonomicznego regionu Wewnętrznej Mongolii, rodzice czasami muszą być naprawdę pomysłowi, aby wychować swe wymagające „szczególnej opieki” dziecko. W momencie gdy rząd ustanowił wydawanie ograniczonych racji mleka, rodzice Wang Yu kupili owcę i oddali ją do krewnych na wieś. Każdego dnia ojciec Wanga pedałował 40 minut za miasto, aby dostarczyć synowi świeżego mleka. Ze skąpych zarobków jego rodziców, wynoszących 45 yuanów, 35 szło na edukacje Wanga – wliczając w to pakiet lekcji fortepianu, malarstwa, gitary i tańca.

Nacisk na sukces dziecka jest tym większy, im więcej własnych marzeń rodziców zostało zduszonych podczas Kulturalnej Rewolucji, kiedy to Mao Zedong pozamykał szkoły i wysłał intelektualistów na „reedukację” w polu. W ten sposób ojciec Wanga spędził 8 lat pasąc kozy.

- Z powodu Kulturalnej Rewolucji moi rodzice zmarnowali 10 lat swojego życia - tłumaczy 29-letni dziś Wang, który należy do pokolenia pierwszych dzieci urodzonych po wprowadzeniu polityki jednego-dziecka.

- Dawali mi jasno do zrozumienia, że stracili tyle swojego życia, więc chcą, żebym teraz ja im je zwrócił.

W ostatnich latach rodzice często przekraczają granicę między poświęceniem a niewolnictwem, pomagając swemu dziecku w osiągnięciu sukcesu: matka nosi tornister dziecku, rodzice odmawiają sobie jedzenia, aby ich dziecko mogło wybierać w przysmakach i kupić sobie nowe buty Nike. Vanessa Fong przywołuje tutaj historię pewnej matki, która odmówiła pozostania w szpitalu z powodu choroby serca i kłopotów z nerką, ponieważ bała się, że może to wpłynąć na przygotowania jej córki do egzaminu gao kao. Kiedy Fong dała tej kobiecie pieniądze na leki, ta w większości wydała je na drogie jedzenie dla córki.

Polityka jednego dziecka i rodziny ryzykowne

Rodzice tak dalece zatracają się dla swych dzieci po części dlatego, że chińska kultura zawsze akcentowała sukces, po części zaś z ważniejszego powodu: według tradycji dzieci wspierają swoich rodziców na starość. Przyszłość i fortuna rodziców uzależnione są od jedynego dziecka. Rodzice traktują zatem swe maleństwa stosownie do ich znaczenia – popychając je do przodu i rozpieszczając zarazem.

- W Chinach rodzinę z jednym dzieckiem określa się terminem ‘rodziny ryzykownej’ – wyjaśnia Gu Baochang, profesor demografii na Uniwersytecie Renmin w Pekinie, będący doradcą rządowym ws. polityki jednego dziecka. – Jeśli dziecku coś by się stało, byłaby to dla rodziców katastrofa. Dlatego z punktu widzenia rodziców chuchanie na dziecko jest koniecznością.

Od samego początku wprowadzenia polityki jednego dziecka władze w Pekinie obawiały się, że ekstremalna kombinacja dyscypliny i pobłażania spowoduje wykształcenie dzieci nieprzystosowanych społecznie – skupionych na sobie zarozumialców, którzy nie uznają krytyki ani nie potrafią dzielić się z innymi. Zapytany czy chciałby mieć rodzeństwo 22-latek z prowincji Sichuan odpowiedział:

- Miałoby to oznaczać, że wszystko, co mam, musiałbym dzielić po połowie? Nie, nie chciałbym.

Samolubni jedynacy?

Mimo stereotypu, badania nie wykazują, żeby jedynacy mieli więcej negatywnych cech niż ich rówieśnicy z rodzeństwem – tak w Chinach jak gdziekolwiek indziej.

- Jedynacy różnią się od innych jedynie wyższymi wynikami w osiągnięciach akademickich – wyjaśnia Toni Falbo, profesor psychologii na Uniwersytecie w Teksasie w USA, który przebadał 4 tys. jedynaków w Chinach. Oczywiście - niektórzy z małych cesarzątek są zarozumialcami, tyle samo zarozumialców jest jednak wśród dzieci z rodzeństwem.

Nie oznacza to jednak, że chińscy jedynacy są okazami zdrowia psychicznego – ich psychologiczne problemy nie wynikają jednak z braku rodzeństwa, ale z ostrego akademickiego współzawodnictwa i rodzicielskich szturchnięć, które dominują nad ich życiem. Susan Newman, psycholog z New Jersey i specjalista od jedynaków, twierdzi, iż pogląd, że jedynacy są władczymi, egocentrycznymi zarozumialcami jest jedynie częścią większego mitu jedynaków jako towaru uszkodzonego. - Twierdzenie, że ich problemem jest brak rodzeństwa jest w istocie czynieniem z nich kozłów ofiarnych – twierdzi. - Bycie jedynakiem nie stanowi problemu.

Chińscy rodzice użalają się, że jedynym pragnieniem ich dzieci jest bycie bezustannie zaspokajanymi, konsumowanie i życie wolne od wysiłku. Wszystkie te skargi są jednak dowodem na to jak działa polityka jednego dziecka.

- Te dzieciaki mają te same marzenia jak dzieci zachodnie wywodzące się z klasy średniej: pójść do college’u, dostać pracę w biurze, kupić dom, chodzić w Nike’ach i otaczać się znanymi markami – twierdzi Fong. - Oczekują rzeczy, które są normalne w krajach rozwiniętych. Niemniej jak na standardy chińskie są one nieosiągalne.

Zła ocena to samobójstwo

Zeng pamięta pierwsze samobójstwo w jego szkole w 2005 roku, kiedy był jeszcze studentem trzeciego roku na Uniwersytecie w Sichuan. Przez następny rok następnych trzech studentów targnęło się na swoje życie, skacząc z budynku akademika, po czym rozpoczęła się cała fala nowych wiadomości o samobójstwach. Wszystkie z nich były popełnianie z podobnego powodu.

- Działo się to po tym, gdy dostawali złe oceny z egzaminów - mówi Zeng. – Uważali, że lepiej jest umrzeć niż mieć namieszane w papierach.

W akademickim świecie Chin każde niepowodzenie może skończyć się śmiertelnie. W styczniu bieżącego roku 17-letnia dziewczyna z Pekinu próbowała się zabić, po tym, gdy dowiedziała się, że przez pomyłkę w papierach może zostać nie dopuszczona do zarejestrowania się do egzaminu gao kao. Samobójstwo jest piątą przyczyną śmierci w Chinach, z największym ryzykiem wśród młodych uczących się mieszkańców miast. Z ostatnich badań przeprowadzonych przez chiński Instytut Badań Społecznych wynika, że więcej niż 25 procent chińskich studentów miewa myśli samobójcze – w porównaniu do 6 procent w USA.

Absolwenci bez pracy

Liczba absolwentów college’ów w jednym roku w Chinach w przeciągu ostatnich pięciu lat prawie potroiła się – z 1.5 miliona w 2002 roku do 4.1 miliona w 2007 roku – co oznacza, że rocznie więcej niż 2 miliony absolwentów kończy studia z drogimi dyplomami w kieszeni, ale bez możliwości podjęcia pracy.

Z tak małą liczbą dostępnych wysokich stanowisk pracy i z tyloma chętnymi, jedynacy muszą bezustannie uczyć się, aby nie wypaść z gry. Lin po pięciu godzinach dodatkowych wieczornych zajęć pozalekcyjnych cztery godziny spędzał odrabiając „wolontariackie” zadania domowe, które miały zwiększyć jego szansę na lepszą ocenę z egzaminu.

- Ocena z egzaminu jest jedynym sposobem, aby ocenić cię jako osobę – mówi Zeng. – Jeśli masz ciekawą osobowość albo gdy jesteś dobry z matematyki, ale nie z chińskiego, wszystko to świadczy na twoją zgubę, ponieważ liczy się całościowa ocena z egzaminu.

Dodatkowe zadania domowe nie są wymagane przez nauczyciela, tłumaczy Lin. „Niemniej wszyscy inni uczniowie odrabiają dodatkowe zadania domowe, więc jeśli nie zrobisz tego i ty, pozostaniesz w tyle.”. W jednym z najbardziej prestiżowych przedszkoli w Pekinie dzieci muszą znać wartość liczby pi do stu cyfr po przecinku – w wieku trzech lat.

Ucieczka w świat wirtualny

Wielu młodych jedynaków wybiera ucieczkę od rzeczywistości w świat gier internetowych. Każdego dnia 113 tysięcy chińskich kawiarenek internetowych zapełnia się nerwowymi, samotnymi graczami – uczniami i studentami – wyrzutkami społecznymi i bezrobotnymi absolwentami - wśród nich alarmująca grupa nie opuszcza komputera przez kilka dni, nie jedząc i nie śpiąc. Oficjalnie przyjmuje się, że liczba osób uzależnionych od internetu w Chinach wynosi 2 miliony. Rząd próbuje przeciwdziałać temu zjawisku, wysyłając na ulice wielkich miast wolontariackie grupy, których zadaniem jest patrolowanie ulic i niedopuszczenie nastolatków do wchodzenia do kawiarenek internetowych.

Większość nastoletnich chłopców znajduje w wirtualnym świecie miejsce, gdzie może spełnić własne ambicje. W realnym świecie są one źródłem frustracji, wyjaśnia Kimberly Young, amerykańska psycholog, specjalista od uzależnień internetowych, doradzająca chińskim terapeutom.

- Po naciśnięciu klawisza, przenoszą się ze swojego 19-letniego, pozbawionego kontaktów towarzyskich, życia, do świata, gdzie stają się wielkimi wojownikami gry World of Warcraft – tłumaczy Young. - Po co przejmować się realnym światem, gdy mogą spełnić się w grze?

Wypaleni i przeciążeni, nawet ci, którym dobrze poszło na egzaminie gao kao uciekają w świat wirtualny, wybierając odpoczynek gier komputerowych nad miejsce na uniwersytecie, dla wygrania którego poświecili tak wiele pracy. Bez nadzoru rodziców wielu przestaje chodzić na zajęcia. - Na chińskich uniwersytetach wielu po prostu rezygnuje – mówi Howe , student college’u z Chengu w Sichuanie.

Elitarni jedynacy często nie potrafią stawić czoła rzeczywistości, po tym, gdy uświadamiają sobie brak szerszych perspektyw w Państwie Środka – wychowywani byli przecież dla jednej rzeczy: sukcesu. W ankiecie na temat stresu przeprowadzonej ostatniego roku przez chiński portal internetowy sina.com większość badanych – 56 procent – swój zły stan psychiczny upatrywała w przepaści między rzeczywistością rozwijającego się państwa a ich własnymi wysokimi oczekiwaniami.

- Mają problem z pogodzeniem się z tym, że staną się przedstawicielami klasy-robotniczej – mówi Fong.

Nowy termin: depresja

Dla sfrustrowanych, cierpiących na depresję i lęki, narażonych na ciągłą presję młodych ludzi – agencja medialna Xinhua szacuje, że w Chinach 30 milionów osób poniżej 17 roku życia cierpi na poważne problemy psychiczne – znalezienie kogoś do porozmawiania może być trudne. Od najmłodszych lat nauczeni walczyć i zdobywać, nigdy nie mieli czasu na rozmowy od serca.

- To nie jest tak jak na amerykańskich uniwersytetach, gdzie masz wielu znajomych – mówi Zeng. – Na chińskich uniwersytetach rywalizujesz o limitowane stanowiska i każdy jest skupiony na sobie samym. A jeśli chcesz porozmawiać z rodzicami, nie zrozumieją. Gdy byli w twoim wieku, czytali „Czerwoną Książeczkę” Mao.

Dodatkowo rozmowa będzie napięta, nawet jeśli znajdziesz życzliwe ucho.

- W dwudziestym wieku w Chinach nie istniał jeszcze terminu ‘depresja’ – mówi Falbo. – Nie można było o tym porozmawiać, ponieważ nie było no to nawet słownictwa.

Profesjonalna pomoc także nie jest łatwo dostępna. Kiedy podczas Kulturalnej Rewolucji Mao obłożył inteligencję sankcjami, zdziesiątkował i tak już ubogie środowisko psychologiczne.

- W tamtych czasach każdy problem psychiczny uważany był za antysocjalistyczny – tłumaczy Peng Kaiping, profesor Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii, należący do pierwszego pokolenia chińskich psychologów, który przeszli formalny kliniczny trening pod koniec lat 70-tych. – Jeśli miałeś depresję, uważali cię za nieczystego politycznie i wysyłali do obozu pracy.

Przez dekady psychiatrzy rozwiązywali wszystkie problemy jedynie za pomocą tabletek i elektrowstrząsów, co zarzucono dopiero całkiem niedawno. Dziś w Chinach istnieje jedynie garstka programów psychologicznych na uniwersytetach – według Penga na 1.3 bilionowe społeczeństwo przypada jedynie 2 tys. wykwalifikowanych terapeutów.

Gorące linie dla przygnębionych

- Mimo wszystko uniwersytety pracującą nad masowym wyprodukowaniem wykwalifikowanych psychologów a nastolatki i dwudziestolatki powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że ich problemem są nierealistyczne oczekiwania a nie oceny – stwierdza Peng.

- Ludzie w Chinach mają dziś o wiele większą wiedzę na temat zdrowia psychicznego. Pojawiły się książki i popularne magazyny na ten temat a środowisko terapeutyczne ma się coraz lepiej – podsumowuje optymistycznie.

W dużych miastach eksperymentalnie otworzono także kryzysowe gorące linie. Pierwszą w Chinach linię przeciwdziałającą samobójstwom otworzono w 2003 roku - w pierwszych dwóch latach jej działalności odebrano ponad 220 tys. telefonów.

Tymczasem władze czynią kroki mające na celu złagodzenie stresu, któremu poddawani są uczniowie. Szkoły nie ogłaszają już publicznie wyników egzaminów ani miejsca w rankingu klasowym każdego ucznia. Dodatkowo rząd zwraca się do rodziców z prośbą, aby od czasu do czasu pozwolili pobawić się swoim cennym „małym cesarzątkom”.

—————————————————————-
artykuł jest tłumaczeniem tekstu Taylora Clarka pt. “Generation stress”, który ukazał się 10 sierpnia 2008 roku w hongkońskim wydaniu “Post Magazine”. Śródtytuły zastały dodane przeze mnie.
—————————————————————-

Więcej o polityce jednego dziecka: Polityka jednego dziecka w Chinach

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , , , , , , , , ,

0 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.

Dodaj komentarz