Kuba Station

Opowieści tajwańskie. cz.26. Jak teacher Jeff pojął tajemnicę nauczania początkowego.

sierpień 22, 2008 · Skomentuj

Ot dotarło do mnie: nie szarpać się z rzeczywistością, ale wczuć się w jej rytm i dopiero w tym harmonijnym zespoleniu nadawać jej kierunek. Według nauczycieli zen, aby zrozumieć daną czynność, należy wykonać ją dziesięć tysięcy razy. Sprawa była prosta – niezależnie od dziedziny praktyka czyniła mistrzem nawet tych najbardziej opornych. W ten właśnie sposób – po półrocznych regularnych akrobacjach przez małymi Tajwańczykami – chcąc nie chcąc stałem się specjalistą od nauczania początkowego.

——--
- Nauczycielu, czy mogę wyjść do ubikacji?
- Tak, możesz.
- A czy ja też mogę?
- Zaczekaj aż on wróci.

———
- Hank, dlaczego płaczesz?
- A bo Jeremy zabrał mu batonika.
- Jeremy, oddaj mu batonika.

———-
Gdy w klasie nagle zapanowała martwa cisza, wiedziałem, że za drzwiami stoi nauczyciel Terry – Tajwańczyk z przedziałkiem na czubku głowy, brat dyrektorki Tiffany, postrach szkoły. Terry, widząc nieporządek w klasie, wchodził do środka i wyciągał na zewnątrz losowo wybraną grupkę uczniów. Wracali po żołniersku wyprostowani i przez następne pięć minut siedzieli bez ruchu, wpatrzeni w martwy punkt w ścianie. Dziecięca pamięć była jednak krótka. Gdy wspomnienie nauczyciela Terrego rozrzedzało się, znowu zaczynali wylewać się z form posłusznych maszyn, stając się na powrót nadpobudliwymi małpkami. Wiedziałem, że zostało im niewiele małpiego czasu. Pozwalałem im więc w granicach rozsądku skakać i pełzać. Jak nauczali mistrzowie zen – po dziesięciu tysiącach spotkań z nauczycielem Terrym, raz na zawsze przestawało się skakać, i osiągając wiek dojrzały, pełzało się już tylko w pijackim amoku.

———–
Pewnego dnia spytałem dyrektorkę Tiffany, który z krajów na świecie chciałaby zwiedzić.

- Japonię i Amerykę. Kalifornię – odpowiedziała.

——–
Szkoła, w której pracowałem, była biznesem rodzinnym. Jej logo, program i materiały do nauczania były wydzierżawione, jak w przypadku McDonald’sów czy KFC. W tym, że „Happy Miriam” była biznesem rodzinnym nie było nic nadzwyczajnego. Rodzina i praca były filarami chińskiej kultury. Na małych, rodzinnych interesach opierała się sprawność tajwańskiej gospodarki. Szkoła angielskiego z dobrą nazwą i białymi nauczycielami była bardziej dochodowa niż bar z kultowym serkiem tofu.

—–
Panem „złota rączka” był w „Happy Miriam” ojciec Tiffany. Panem „dyscyplina” jej brat Terry. Zastępcą Tiffany – jej kuzynka. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że nawet jedna z dziewczynek, którą uczę – Annie - jest córką Tiffany. Annie nie należała do prymusów, często spała na lekcji, przynosiła do klasy najnowsze zabawki, które wzbudzały podziw innych dzieci. Pewnego razu podczas ćwiczenia form „lubić” w języku angielskim, spytałem Annie, co lubi jej mama.

– Moja mama lubi pieniądze i spanie.

—————
Zobacz także:

Jak teacher Jeff uczył pozdrowień

Jak teacher Jeff nauczał o łazience

—————

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

0 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.

Skomentuj