Pewnego razu – a było to bardzo dawno temu i nie wiadomo czy to w ogóle prawda – w dalekiej krainie Tajwanii, uczeń Janek postanowił zgłębić tajniki azjatyckiej kultury i wybrać się na karaoke. Oczywiście Janek jako światowiec znał ową formę rozrywki jeszcze z Europy, kilka razy uczestniczył w niej nawet aktywnie. Niemniej w Polsce, skąd wywodził się Janek, owszem lubiano śpiewać, ale bardziej w następstwie alkoholowych prywatek. Karaoke w Tajwanii było natomiast czymś więcej niż dodatkiem do alkoholu. Było narodową formą rozrywki, poważaną tak przez osoby dorosłe jak i młodzież. Było odpowiednikiem polskiego picia wódki, zagryzanej ogórkiem.
Mimo że karaoke wywodziło się z Japonii, mieszkańcy Tajwanii zaadoptowali owo obce dziecię, darząc je miłością szczerą i bezinteresowną. Karaoke uprawiano jak Tajwania długa i szeroka – w małych miasteczkach i wioskach, w miastach dużych, większych i największych. Nie było Tajwańczyka, któremu nie zaświeciłyby się oczy na wspomnienie o karaoke. Być może śpiewaliby bez przerwy, gdyby nie praca. Tak, Tajwańczycy kochali pracę i jej owoce w postaci pieniędzy równie mocno jak karaokowe śpiewy. Praca i karaoke połączone były w istocie więzami kosmicznego porządku przeciwieństw. Gdy praca stanowiła zaciemniony element Yin, karaoke stanowiło jego dopełnienie jako jasne i ciepłe Yang. Bez karaoke życie Tajwańczyków byłoby szare i nudne. Wszak już starożytni medycy zdawali sobie sprawę z terapeutycznego znaczenia śpiewów i zalecali je chorym na melancholię. Z kolei czym byłoby karaoke bez pracy? Wiecznym karnawałem, podczas którego człowiek umarłby z wycieńczenia zabawą.
Pewnego deszczowego dnia o godzinie ósmej wieczorem Janek w towarzystwie Mafanii i Rebeki przekroczył próg szklanego budynku „Party World” na placu Ximen w Tajpei – prawdopodobnie najbardziej dostojnego miejsca, jeśli chodzi o karaokowe śpiewy w całej Tajwanii. W środku czekał już na nich Wen, Tajwańczyk z dziada pradziada, miłośnik polskiego Monaru, organizator całego spotkania. Wen, na co dzień spokojny i wyważony, był teraz podekscytowany i podskakujący. Wszystko było zorganizowane perfekcyjnie. Wen zarezerwował salkę do śpiewu już dzień wcześniej, każdy znawca rzeczy wiedział bowiem, że nie sposób było dostać się do Party World z marszu. Grupka na czele z Wenem podeszła do ozdobionej marmurami recepcji. Oblegała ją już rzesza młodych, podskakujących z radości Tajwańczyków. Obsługa, ubrana w białe koszule i eleganckie kamizele miała pełne ręce roboty. Co rusz kolejna grupka młodzieży wysyłana była windą do mieszczących się na piętrach salek. Wen podał numer rezerwacji. Pani w recepcji zajrzała do komputera. Potwierdziła. Podała piętro i numer salki.
Na piętrze czekała już na nich wygarniturowana obsługa. Sprawa wyglądała poważnie. Zbyt poważnie jak na zwykłe śpiewy. Piętro przypominało luksusowy hotel. Oblane przyciemnionym światłem marmury, lśniące posadzki. Labirynt pustych, wąskich korytarzy i drzwi. Jak w nawiedzonym domu. Ze wszystkich stron dobywały się przytłumione pomruki, trudno było jednak dokładnie zlokalizować ich źródło. Pustka korytarza kontrastowała ze świadomością, że w każdym z tej setki pokoi gnieździła się setka rozwrzeszczanych Tajwańczyków. I oto w przytłumionym świetle marmurów dotarła do Janka wielka tajemnica karaoke. Mieszkańcy Tajwanii na zewnątrz zmuszeni ciągle zachowywać pokerową twarz, powściągać emocje i nie podnosić głosu, w tych tłumiących dźwięki salkach mogli rozpiąć na chwilę kulturowe kołnierze i zachowując anonimowość, pokrzyczeć sobie do woli, nie narażając się na skargi sąsiadów ani groźbę publicznej utraty twarzy z powodu podnoszenia głosu.
Pan w garniturze wprowadził drużynę Wena do salki. W środku w przytłumionym świetle stał stół otoczony skórzanymi kanapami. Naprzeciwko kanap ustawiono telewizor, obok niego monitor – centrum dowodzenia, do którego podłączane były dwa mikrofony. Wen usiadł – przy monitorze. Na stole leżały księgi ze spisem piosenek. Większość z nich była po chińsku, na końcu ksiąg znajdowały się jednak piosenki po angielsku. Janek zaczął przeglądać księgę. Zaznaczył utwory: „La Bamba”, „Knockin’ on heaven’s door”, „I just call to say I love you”.
Pan w garniturze przyniósł menu. Jak na gentlemana przystało, Janek zażyczył sobie frytki i colę. Niemniej gdy pan wyszedł, Janek – aby choć trochę nadać temu miejscu elementu swojskości – wyciągnął z plecaka piwo. Tymczasem Wen wbijał już w komputer numery piosenek. Na ekranie telewizora pojawiła się młoda blond piękność rodem z zachodniego świata. W krótkiej sukience przechadzała się po pustym molo, wokół którego cumowały małe łódki. Sceneria przypominała północną Europę – niewielkie kamieniczki, dużo przestrzeni, białe chmurki na tle błękitnego nieba. Na dole ekranu pojawiły się literki. Wen rozpoczął śpiew a włosy blond piękności rozwiewał letni wiatr. Janek udał się z tego wszystkiego do toalety. Zza ścian pomieszczenia dochodziły głosy z sąsiednich pokoi. Pan w garniturze przyniósł frytki. Wen zakończył śpiew. Następna w kolejce była piosenka zamówiona przez Janka: „Losing my religion”. Tym razem na ekranie pojawiły się łabędzie. Nad brzegiem jeziora siedział młodzieniec z gitarą i przygrywał wpatrzonej w niego dziewczynie. Przy wersie: „That’s me in the corner, that’s me in the spotlight, losing my religion” ( To ja tam na rogu, to ja na światłach ulicznych, tracę swoją religię) para zaczęła radośnie biec, trzymając się za ręce. A wiatr rozwiewał im włosy.
Piosenki wskakiwały na ekran. Blond piękności przechadzały się po molo. Janek pił kolejne piwo i robił się senny. Widział rozmarzone oczy Wena. Rozumiał jego radość. Egzotyczne europejskie obrazy towarzyszące romantycznym piosenkom były wypisz wymaluj zbiorową projekcją marzeń Tajwańczyków o dalekich, egzotycznych podróżach, o przestrzeni, o blond dziewczętach. Karaoke TV dawało im energię na następny miesiąc pracy łącznie z niedzielami.
Pan w garniturze przyniósł rachunek. 2 tysiące dolarów tajwańskich (ok. 150 zł). Janek chciał w pierwszym momencie zaprotestować, szybko się jednak sprostował. Wiedział dobrze, że nie była to cena jedynie za salkę z podkładem muzycznym do piosenek. Płaciło się tu za magiczny, bezcenny pakiet: śpiewoterapii, spotkania towarzyskiego i filmików z blondynami w krótkich sukienkach na molo.
—————–
Zobacz również:
Świat ludzi-ryb czy świat ludzi-pawi?
Party World
——————
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.