Kuba Station

Wpisy od sierpień 2008

Akademia Teachera Jeffa

sierpień 30, 2008 · Dodaj komentarz

———————————–
Zobacz także:

Narodziny teachera Jeffa

Jak teacher Jeff uczył się wyrzucać śmieci

———————————–

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: , , , , , , , , ,

Depresje młodych Chińczyków

sierpień 28, 2008 · Dodaj komentarz

Chińskie “małe cesarzątka” dorastają. Rozpieszczane i trenowane przez swoich ambitnych rodziców, odkrywają, że w rozwijających się Chinach prawdziwe życie nie pokrywa się z ich oczekiwaniami.

W latach 90-tych, w chińskiej prowincji Shandong, w mieście Taian, w klasie dorastającego wówczas Liu Daweia nie było dziecka – 95 procent z nich było jedynakami – którego nie wspieraliby rodzice. Jeden z uczniów różnił się przy tym od reszty. Każdego dnia w wędrówkach z lekcji na lekcję towarzyszyła mu jedna osoba: jego matka. Rzuciła pracę w dzień, aby nadzorować jego naukę, siedząc przy nim bez przerwy – dla pewności, że chłopak nie marnuje czasu.

- Nauczycielowi się to podobało – twierdzi Liu. – Chłopiec nie skupiałby się tak bardzo na lekcji, gdyby nie było tam jego matki.

Jak Chiny długie i szerokie, historie rodziców stających na głowie, aby ich jedynaki żyły na odpowiednim poziomie, są na porządku dziennym. Zhang Ling przez całe dzieciństwo była wysyłana przez swoich rodziców na wzbogacające jej CV cotygodniowe lekcje malarstwa. Rodzice za każdym razem czekali na nią przez dwie godziny pod szkołą – nawet w zimie. Wieczorami – w szanghajskim jednopokojowym mieszkaniu jej rodziców – podczas odrabiania zadań domowych przez pięć godzin Lin Yanming rozkoszowała się perfekcyjną ciszą. Jej matka wyłączała telewizor i bez przerwy ją nadzorowała czy odpowiednio skupia się na zadaniach.
- W gimnazjum rodzice wiedzieli, że potrafię się kontrolować i odrabiać zadania domowe – mówi Lin. – Ponieważ wiedziałam już jak wygląda cała sytuacja.

Niemowlaki przed „wysokim testem”

Sytuacja młodych ludzi z miast w Chinach, począwszy od przedszkoli wzwyż, wygląda następująco: ich przyszłość zależy od jednego testu, państwowego egzaminu wstępnego do collegu - nazywanego gao kao, czyli „wysokim testem”, ponieważ wydaje się on tak ogromny. Dobry wynik z testu oznacza miejsce na jednym z najlepszych uniwersytetów i prostą drogę do stylu życia klasy średniej. Zły wynik oznacza dla uczniów konfrontację z twardą rzeczywistością – życiem klasy robotniczej, którego doświadczyli ich rodzice. Gdy gra toczy się o tak wysoką stawkę, rodziny całkowicie poświęcają się na rzecz przygotowania dziecka do testu, począwszy od jego niemowlęctwa.

- Wiele osób wraca do domu, je obiad a potem uczy się aż do czasu położenia się do łózka – mówi Liu. – Musisz tak robić, aby dostać się na najlepszy uniwersytet i dostać dobrą pracę. Musisz to robić, aby żyć.

Dzieci wysokiej jakości

Kiedy 30 lat temu Chiny wprowadziły limit posiadania jednego dziecka dla par, głównym powodem tej polityki było przeludnienie. Niemniej nieoficjalnie przyświecał temu również inny cel – wyprodukowanie grupy młodych elit, gdzie każdy niepodzielnie mógł cieszyć się całkowitym wsparciem całej rodziny. Dzieci te nazwano „xiao huangdi” – „małymi cesarzątkami”.

- Planowano wyprodukowanie pokolenia dzieci „wysokiej jakości”, które potrafiłyby sprostać nowej roli Chin – światowego mocarstwa – tłumaczy Susan Greenhalgh, specjalista od polityki jednego dziecka. Niemniej w momencie gdy ci dobrze wykształceni i wykarmieni przyszli zwycięzcy dostali zastrzyk paliwa boomu gospodarczego, ich pokolenie stało się nowoczesne i zapatrzone w zachód.

Gospodarka Chin wciąż się rozwija i w niektórych obszarach Państwa Śródka możliwości są naprawdę ograniczone. Wystawia to miliony ambitnych małych cesarzątek na działanie zimnych temperatur. Chiny produkują w tym momencie ponad 4 miliony absolwentów uniwersytetów rocznie, a jedynie 1.6 miliona nowych miejsc pracy, które odpowiadałyby ich kwalifikacjom. Nawet ten, kto stara się ze wszystkich sił, może zostać ochroniarzem. Chiny mają możliwość stać się następnym światowym supermocarstwem, wcześniej jednak będą musiały stawić czoło problemowi miliona zestresowanych, hiperwyedukowanych jedynaków, którzy wejdą w dorosłość w kraju, który nie będzie potrafił spełnić ich oczekiwań.

Kultura sukcesu – stresu

Kultura stresu i frustracji stała się przyczyną pogorszenia stanu zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi w Chinach. Wielu z nich popada w depresje i woli być bezrobotnymi niż podejmować pracę, którą uważa za niegodną siebie. Miliony, bojąc się stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, uciekają w świat gier video – co rząd uznał już za narodową epidemię. Niepokojąca liczba decyduje się na skończenie ze wszystkim – samobójstwo w Chinach jest w tym momencie główną przyczyną śmierci osób w wieku od 20 do 35 lat.

- Ludzie w Chinach – w szczególności rodzice i studenci college’ów – stanęli nagle przed problemem depresji i lęków – mówi 23-letni Zeng Yu z prowincji Sichuan.

- Media bez przerwy donoszą o nowych samobójstwach w miasteczkach studenckich.

- W tym pokoleniu każde dziecko jest wychowywane, aby być na szczycie – mówi Vanessa Fong, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvardzkim, autorka książki „Jedyna nadzieja: Wejście w dorosłość w czasach polityki jednego dziecka w Chinach”.

- Pracowali ciężko na swój sukces, poświęcili się temu także ich rodzice. Problem w tym, że państwo nie potrafi zapewnić im poziomu życia, na który czują, że zasłużyli. Tylko niewielu to osiąga.

Znakomite młode elity Chin są celebrowane na bilbordach jako straż przednia narodu. Większość z nich staje się jednak ofiarami własnych wygórowanych oczekiwań.

Sukces dziecka lekiem na zmarnowane lata rodziców

W zatłoczonych i ubogich miastach takich jak Hohhot, stolicy autonomicznego regionu Wewnętrznej Mongolii, rodzice czasami muszą być naprawdę pomysłowi, aby wychować swe wymagające „szczególnej opieki” dziecko. W momencie gdy rząd ustanowił wydawanie ograniczonych racji mleka, rodzice Wang Yu kupili owcę i oddali ją do krewnych na wieś. Każdego dnia ojciec Wanga pedałował 40 minut za miasto, aby dostarczyć synowi świeżego mleka. Ze skąpych zarobków jego rodziców, wynoszących 45 yuanów, 35 szło na edukacje Wanga – wliczając w to pakiet lekcji fortepianu, malarstwa, gitary i tańca.

Nacisk na sukces dziecka jest tym większy, im więcej własnych marzeń rodziców zostało zduszonych podczas Kulturalnej Rewolucji, kiedy to Mao Zedong pozamykał szkoły i wysłał intelektualistów na „reedukację” w polu. W ten sposób ojciec Wanga spędził 8 lat pasąc kozy.

- Z powodu Kulturalnej Rewolucji moi rodzice zmarnowali 10 lat swojego życia - tłumaczy 29-letni dziś Wang, który należy do pokolenia pierwszych dzieci urodzonych po wprowadzeniu polityki jednego-dziecka.

- Dawali mi jasno do zrozumienia, że stracili tyle swojego życia, więc chcą, żebym teraz ja im je zwrócił.

W ostatnich latach rodzice często przekraczają granicę między poświęceniem a niewolnictwem, pomagając swemu dziecku w osiągnięciu sukcesu: matka nosi tornister dziecku, rodzice odmawiają sobie jedzenia, aby ich dziecko mogło wybierać w przysmakach i kupić sobie nowe buty Nike. Vanessa Fong przywołuje tutaj historię pewnej matki, która odmówiła pozostania w szpitalu z powodu choroby serca i kłopotów z nerką, ponieważ bała się, że może to wpłynąć na przygotowania jej córki do egzaminu gao kao. Kiedy Fong dała tej kobiecie pieniądze na leki, ta w większości wydała je na drogie jedzenie dla córki.

Polityka jednego dziecka i rodziny ryzykowne

Rodzice tak dalece zatracają się dla swych dzieci po części dlatego, że chińska kultura zawsze akcentowała sukces, po części zaś z ważniejszego powodu: według tradycji dzieci wspierają swoich rodziców na starość. Przyszłość i fortuna rodziców uzależnione są od jedynego dziecka. Rodzice traktują zatem swe maleństwa stosownie do ich znaczenia – popychając je do przodu i rozpieszczając zarazem.

- W Chinach rodzinę z jednym dzieckiem określa się terminem ‘rodziny ryzykownej’ – wyjaśnia Gu Baochang, profesor demografii na Uniwersytecie Renmin w Pekinie, będący doradcą rządowym ws. polityki jednego dziecka. – Jeśli dziecku coś by się stało, byłaby to dla rodziców katastrofa. Dlatego z punktu widzenia rodziców chuchanie na dziecko jest koniecznością.

Od samego początku wprowadzenia polityki jednego dziecka władze w Pekinie obawiały się, że ekstremalna kombinacja dyscypliny i pobłażania spowoduje wykształcenie dzieci nieprzystosowanych społecznie – skupionych na sobie zarozumialców, którzy nie uznają krytyki ani nie potrafią dzielić się z innymi. Zapytany czy chciałby mieć rodzeństwo 22-latek z prowincji Sichuan odpowiedział:

- Miałoby to oznaczać, że wszystko, co mam, musiałbym dzielić po połowie? Nie, nie chciałbym.

Samolubni jedynacy?

Mimo stereotypu, badania nie wykazują, żeby jedynacy mieli więcej negatywnych cech niż ich rówieśnicy z rodzeństwem – tak w Chinach jak gdziekolwiek indziej.

- Jedynacy różnią się od innych jedynie wyższymi wynikami w osiągnięciach akademickich – wyjaśnia Toni Falbo, profesor psychologii na Uniwersytecie w Teksasie w USA, który przebadał 4 tys. jedynaków w Chinach. Oczywiście - niektórzy z małych cesarzątek są zarozumialcami, tyle samo zarozumialców jest jednak wśród dzieci z rodzeństwem.

Nie oznacza to jednak, że chińscy jedynacy są okazami zdrowia psychicznego – ich psychologiczne problemy nie wynikają jednak z braku rodzeństwa, ale z ostrego akademickiego współzawodnictwa i rodzicielskich szturchnięć, które dominują nad ich życiem. Susan Newman, psycholog z New Jersey i specjalista od jedynaków, twierdzi, iż pogląd, że jedynacy są władczymi, egocentrycznymi zarozumialcami jest jedynie częścią większego mitu jedynaków jako towaru uszkodzonego. - Twierdzenie, że ich problemem jest brak rodzeństwa jest w istocie czynieniem z nich kozłów ofiarnych – twierdzi. - Bycie jedynakiem nie stanowi problemu.

Chińscy rodzice użalają się, że jedynym pragnieniem ich dzieci jest bycie bezustannie zaspokajanymi, konsumowanie i życie wolne od wysiłku. Wszystkie te skargi są jednak dowodem na to jak działa polityka jednego dziecka.

- Te dzieciaki mają te same marzenia jak dzieci zachodnie wywodzące się z klasy średniej: pójść do college’u, dostać pracę w biurze, kupić dom, chodzić w Nike’ach i otaczać się znanymi markami – twierdzi Fong. - Oczekują rzeczy, które są normalne w krajach rozwiniętych. Niemniej jak na standardy chińskie są one nieosiągalne.

Zła ocena to samobójstwo

Zeng pamięta pierwsze samobójstwo w jego szkole w 2005 roku, kiedy był jeszcze studentem trzeciego roku na Uniwersytecie w Sichuan. Przez następny rok następnych trzech studentów targnęło się na swoje życie, skacząc z budynku akademika, po czym rozpoczęła się cała fala nowych wiadomości o samobójstwach. Wszystkie z nich były popełnianie z podobnego powodu.

- Działo się to po tym, gdy dostawali złe oceny z egzaminów - mówi Zeng. – Uważali, że lepiej jest umrzeć niż mieć namieszane w papierach.

W akademickim świecie Chin każde niepowodzenie może skończyć się śmiertelnie. W styczniu bieżącego roku 17-letnia dziewczyna z Pekinu próbowała się zabić, po tym, gdy dowiedziała się, że przez pomyłkę w papierach może zostać nie dopuszczona do zarejestrowania się do egzaminu gao kao. Samobójstwo jest piątą przyczyną śmierci w Chinach, z największym ryzykiem wśród młodych uczących się mieszkańców miast. Z ostatnich badań przeprowadzonych przez chiński Instytut Badań Społecznych wynika, że więcej niż 25 procent chińskich studentów miewa myśli samobójcze – w porównaniu do 6 procent w USA.

Absolwenci bez pracy

Liczba absolwentów college’ów w jednym roku w Chinach w przeciągu ostatnich pięciu lat prawie potroiła się – z 1.5 miliona w 2002 roku do 4.1 miliona w 2007 roku – co oznacza, że rocznie więcej niż 2 miliony absolwentów kończy studia z drogimi dyplomami w kieszeni, ale bez możliwości podjęcia pracy.

Z tak małą liczbą dostępnych wysokich stanowisk pracy i z tyloma chętnymi, jedynacy muszą bezustannie uczyć się, aby nie wypaść z gry. Lin po pięciu godzinach dodatkowych wieczornych zajęć pozalekcyjnych cztery godziny spędzał odrabiając „wolontariackie” zadania domowe, które miały zwiększyć jego szansę na lepszą ocenę z egzaminu.

- Ocena z egzaminu jest jedynym sposobem, aby ocenić cię jako osobę – mówi Zeng. – Jeśli masz ciekawą osobowość albo gdy jesteś dobry z matematyki, ale nie z chińskiego, wszystko to świadczy na twoją zgubę, ponieważ liczy się całościowa ocena z egzaminu.

Dodatkowe zadania domowe nie są wymagane przez nauczyciela, tłumaczy Lin. „Niemniej wszyscy inni uczniowie odrabiają dodatkowe zadania domowe, więc jeśli nie zrobisz tego i ty, pozostaniesz w tyle.”. W jednym z najbardziej prestiżowych przedszkoli w Pekinie dzieci muszą znać wartość liczby pi do stu cyfr po przecinku – w wieku trzech lat.

Ucieczka w świat wirtualny

Wielu młodych jedynaków wybiera ucieczkę od rzeczywistości w świat gier internetowych. Każdego dnia 113 tysięcy chińskich kawiarenek internetowych zapełnia się nerwowymi, samotnymi graczami – uczniami i studentami – wyrzutkami społecznymi i bezrobotnymi absolwentami - wśród nich alarmująca grupa nie opuszcza komputera przez kilka dni, nie jedząc i nie śpiąc. Oficjalnie przyjmuje się, że liczba osób uzależnionych od internetu w Chinach wynosi 2 miliony. Rząd próbuje przeciwdziałać temu zjawisku, wysyłając na ulice wielkich miast wolontariackie grupy, których zadaniem jest patrolowanie ulic i niedopuszczenie nastolatków do wchodzenia do kawiarenek internetowych.

Większość nastoletnich chłopców znajduje w wirtualnym świecie miejsce, gdzie może spełnić własne ambicje. W realnym świecie są one źródłem frustracji, wyjaśnia Kimberly Young, amerykańska psycholog, specjalista od uzależnień internetowych, doradzająca chińskim terapeutom.

- Po naciśnięciu klawisza, przenoszą się ze swojego 19-letniego, pozbawionego kontaktów towarzyskich, życia, do świata, gdzie stają się wielkimi wojownikami gry World of Warcraft – tłumaczy Young. - Po co przejmować się realnym światem, gdy mogą spełnić się w grze?

Wypaleni i przeciążeni, nawet ci, którym dobrze poszło na egzaminie gao kao uciekają w świat wirtualny, wybierając odpoczynek gier komputerowych nad miejsce na uniwersytecie, dla wygrania którego poświecili tak wiele pracy. Bez nadzoru rodziców wielu przestaje chodzić na zajęcia. - Na chińskich uniwersytetach wielu po prostu rezygnuje – mówi Howe , student college’u z Chengu w Sichuanie.

Elitarni jedynacy często nie potrafią stawić czoła rzeczywistości, po tym, gdy uświadamiają sobie brak szerszych perspektyw w Państwie Środka – wychowywani byli przecież dla jednej rzeczy: sukcesu. W ankiecie na temat stresu przeprowadzonej ostatniego roku przez chiński portal internetowy sina.com większość badanych – 56 procent – swój zły stan psychiczny upatrywała w przepaści między rzeczywistością rozwijającego się państwa a ich własnymi wysokimi oczekiwaniami.

- Mają problem z pogodzeniem się z tym, że staną się przedstawicielami klasy-robotniczej – mówi Fong.

Nowy termin: depresja

Dla sfrustrowanych, cierpiących na depresję i lęki, narażonych na ciągłą presję młodych ludzi – agencja medialna Xinhua szacuje, że w Chinach 30 milionów osób poniżej 17 roku życia cierpi na poważne problemy psychiczne – znalezienie kogoś do porozmawiania może być trudne. Od najmłodszych lat nauczeni walczyć i zdobywać, nigdy nie mieli czasu na rozmowy od serca.

- To nie jest tak jak na amerykańskich uniwersytetach, gdzie masz wielu znajomych – mówi Zeng. – Na chińskich uniwersytetach rywalizujesz o limitowane stanowiska i każdy jest skupiony na sobie samym. A jeśli chcesz porozmawiać z rodzicami, nie zrozumieją. Gdy byli w twoim wieku, czytali „Czerwoną Książeczkę” Mao.

Dodatkowo rozmowa będzie napięta, nawet jeśli znajdziesz życzliwe ucho.

- W dwudziestym wieku w Chinach nie istniał jeszcze terminu ‘depresja’ – mówi Falbo. – Nie można było o tym porozmawiać, ponieważ nie było no to nawet słownictwa.

Profesjonalna pomoc także nie jest łatwo dostępna. Kiedy podczas Kulturalnej Rewolucji Mao obłożył inteligencję sankcjami, zdziesiątkował i tak już ubogie środowisko psychologiczne.

- W tamtych czasach każdy problem psychiczny uważany był za antysocjalistyczny – tłumaczy Peng Kaiping, profesor Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii, należący do pierwszego pokolenia chińskich psychologów, który przeszli formalny kliniczny trening pod koniec lat 70-tych. – Jeśli miałeś depresję, uważali cię za nieczystego politycznie i wysyłali do obozu pracy.

Przez dekady psychiatrzy rozwiązywali wszystkie problemy jedynie za pomocą tabletek i elektrowstrząsów, co zarzucono dopiero całkiem niedawno. Dziś w Chinach istnieje jedynie garstka programów psychologicznych na uniwersytetach – według Penga na 1.3 bilionowe społeczeństwo przypada jedynie 2 tys. wykwalifikowanych terapeutów.

Gorące linie dla przygnębionych

- Mimo wszystko uniwersytety pracującą nad masowym wyprodukowaniem wykwalifikowanych psychologów a nastolatki i dwudziestolatki powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że ich problemem są nierealistyczne oczekiwania a nie oceny – stwierdza Peng.

- Ludzie w Chinach mają dziś o wiele większą wiedzę na temat zdrowia psychicznego. Pojawiły się książki i popularne magazyny na ten temat a środowisko terapeutyczne ma się coraz lepiej – podsumowuje optymistycznie.

W dużych miastach eksperymentalnie otworzono także kryzysowe gorące linie. Pierwszą w Chinach linię przeciwdziałającą samobójstwom otworzono w 2003 roku - w pierwszych dwóch latach jej działalności odebrano ponad 220 tys. telefonów.

Tymczasem władze czynią kroki mające na celu złagodzenie stresu, któremu poddawani są uczniowie. Szkoły nie ogłaszają już publicznie wyników egzaminów ani miejsca w rankingu klasowym każdego ucznia. Dodatkowo rząd zwraca się do rodziców z prośbą, aby od czasu do czasu pozwolili pobawić się swoim cennym „małym cesarzątkom”.

—————————————————————-
artykuł jest tłumaczeniem tekstu Taylora Clarka pt. “Generation stress”, który ukazał się 10 sierpnia 2008 roku w hongkońskim wydaniu “Post Magazine”. Śródtytuły zastały dodane przeze mnie.
—————————————————————-

Więcej o polityce jednego dziecka: Polityka jednego dziecka w Chinach

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , , , , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. cz.26. Jak teacher Jeff pojął tajemnicę nauczania początkowego.

sierpień 22, 2008 · Dodaj komentarz

Ot dotarło do mnie: nie szarpać się z rzeczywistością, ale wczuć się w jej rytm i dopiero w tym harmonijnym zespoleniu nadawać jej kierunek. Według nauczycieli zen, aby zrozumieć daną czynność, należy wykonać ją dziesięć tysięcy razy. Sprawa była prosta – niezależnie od dziedziny praktyka czyniła mistrzem nawet tych najbardziej opornych. W ten właśnie sposób – po półrocznych regularnych akrobacjach przez małymi Tajwańczykami – chcąc nie chcąc stałem się specjalistą od nauczania początkowego.

——--
- Nauczycielu, czy mogę wyjść do ubikacji?
- Tak, możesz.
- A czy ja też mogę?
- Zaczekaj aż on wróci.

———
- Hank, dlaczego płaczesz?
- A bo Jeremy zabrał mu batonika.
- Jeremy, oddaj mu batonika.

———-
Gdy w klasie nagle zapanowała martwa cisza, wiedziałem, że za drzwiami stoi nauczyciel Terry – Tajwańczyk z przedziałkiem na czubku głowy, brat dyrektorki Tiffany, postrach szkoły. Terry, widząc nieporządek w klasie, wchodził do środka i wyciągał na zewnątrz losowo wybraną grupkę uczniów. Wracali po żołniersku wyprostowani i przez następne pięć minut siedzieli bez ruchu, wpatrzeni w martwy punkt w ścianie. Dziecięca pamięć była jednak krótka. Gdy wspomnienie nauczyciela Terrego rozrzedzało się, znowu zaczynali wylewać się z form posłusznych maszyn, stając się na powrót nadpobudliwymi małpkami. Wiedziałem, że zostało im niewiele małpiego czasu. Pozwalałem im więc w granicach rozsądku skakać i pełzać. Jak nauczali mistrzowie zen – po dziesięciu tysiącach spotkań z nauczycielem Terrym, raz na zawsze przestawało się skakać, i osiągając wiek dojrzały, pełzało się już tylko w pijackim amoku.

———–
Pewnego dnia spytałem dyrektorkę Tiffany, który z krajów na świecie chciałaby zwiedzić.

- Japonię i Amerykę. Kalifornię – odpowiedziała.

——–
Szkoła, w której pracowałem, była biznesem rodzinnym. Jej logo, program i materiały do nauczania były wydzierżawione, jak w przypadku McDonald’sów czy KFC. W tym, że „Happy Miriam” była biznesem rodzinnym nie było nic nadzwyczajnego. Rodzina i praca były filarami chińskiej kultury. Na małych, rodzinnych interesach opierała się sprawność tajwańskiej gospodarki. Szkoła angielskiego z dobrą nazwą i białymi nauczycielami była bardziej dochodowa niż bar z kultowym serkiem tofu.

—–
Panem „złota rączka” był w „Happy Miriam” ojciec Tiffany. Panem „dyscyplina” jej brat Terry. Zastępcą Tiffany – jej kuzynka. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że nawet jedna z dziewczynek, którą uczę – Annie - jest córką Tiffany. Annie nie należała do prymusów, często spała na lekcji, przynosiła do klasy najnowsze zabawki, które wzbudzały podziw innych dzieci. Pewnego razu podczas ćwiczenia form „lubić” w języku angielskim, spytałem Annie, co lubi jej mama.

– Moja mama lubi pieniądze i spanie.

—————
Zobacz także:

Jak teacher Jeff uczył pozdrowień

Jak teacher Jeff nauczał o łazience

—————

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 25. Jak Janek zgłębiał tajniki karaoke.

sierpień 19, 2008 · Dodaj komentarz

Pewnego razu – a było to bardzo dawno temu i nie wiadomo czy to w ogóle prawda – w dalekiej krainie Tajwanii, uczeń Janek postanowił zgłębić tajniki azjatyckiej kultury i wybrać się na karaoke. Oczywiście Janek jako światowiec znał ową formę rozrywki jeszcze z Europy, kilka razy uczestniczył w niej nawet aktywnie. Niemniej w Polsce, skąd wywodził się Janek, owszem lubiano śpiewać, ale bardziej w następstwie alkoholowych prywatek. Karaoke w Tajwanii było natomiast czymś więcej niż dodatkiem do alkoholu. Było narodową formą rozrywki, poważaną tak przez osoby dorosłe jak i młodzież. Było odpowiednikiem polskiego picia wódki, zagryzanej ogórkiem.

Mimo że karaoke wywodziło się z Japonii, mieszkańcy Tajwanii zaadoptowali owo obce dziecię, darząc je miłością szczerą i bezinteresowną. Karaoke uprawiano jak Tajwania długa i szeroka – w małych miasteczkach i wioskach, w miastach dużych, większych i największych. Nie było Tajwańczyka, któremu nie zaświeciłyby się oczy na wspomnienie o karaoke. Być może śpiewaliby bez przerwy, gdyby nie praca. Tak, Tajwańczycy kochali pracę i jej owoce w postaci pieniędzy równie mocno jak karaokowe śpiewy. Praca i karaoke połączone były w istocie więzami kosmicznego porządku przeciwieństw. Gdy praca stanowiła zaciemniony element Yin, karaoke stanowiło jego dopełnienie jako jasne i ciepłe Yang. Bez karaoke życie Tajwańczyków byłoby szare i nudne. Wszak już starożytni medycy zdawali sobie sprawę z terapeutycznego znaczenia śpiewów i zalecali je chorym na melancholię. Z kolei czym byłoby karaoke bez pracy? Wiecznym karnawałem, podczas którego człowiek umarłby z wycieńczenia zabawą.

Pewnego deszczowego dnia o godzinie ósmej wieczorem Janek w towarzystwie Mafanii i Rebeki przekroczył próg szklanego budynku „Party World” na placu Ximen w Tajpei – prawdopodobnie najbardziej dostojnego miejsca, jeśli chodzi o karaokowe śpiewy w całej Tajwanii. W środku czekał już na nich Wen, Tajwańczyk z dziada pradziada, miłośnik polskiego Monaru, organizator całego spotkania. Wen, na co dzień spokojny i wyważony, był teraz podekscytowany i podskakujący. Wszystko było zorganizowane perfekcyjnie. Wen zarezerwował salkę do śpiewu już dzień wcześniej, każdy znawca rzeczy wiedział bowiem, że nie sposób było dostać się do Party World z marszu. Grupka na czele z Wenem podeszła do ozdobionej marmurami recepcji. Oblegała ją już rzesza młodych, podskakujących z radości Tajwańczyków. Obsługa, ubrana w białe koszule i eleganckie kamizele miała pełne ręce roboty. Co rusz kolejna grupka młodzieży wysyłana była windą do mieszczących się na piętrach salek. Wen podał numer rezerwacji. Pani w recepcji zajrzała do komputera. Potwierdziła. Podała piętro i numer salki.

Na piętrze czekała już na nich wygarniturowana obsługa. Sprawa wyglądała poważnie. Zbyt poważnie jak na zwykłe śpiewy. Piętro przypominało luksusowy hotel. Oblane przyciemnionym światłem marmury, lśniące posadzki. Labirynt pustych, wąskich korytarzy i drzwi. Jak w nawiedzonym domu. Ze wszystkich stron dobywały się przytłumione pomruki, trudno było jednak dokładnie zlokalizować ich źródło. Pustka korytarza kontrastowała ze świadomością, że w każdym z tej setki pokoi gnieździła się setka rozwrzeszczanych Tajwańczyków. I oto w przytłumionym świetle marmurów dotarła do Janka wielka tajemnica karaoke. Mieszkańcy Tajwanii na zewnątrz zmuszeni ciągle zachowywać pokerową twarz, powściągać emocje i nie podnosić głosu, w tych tłumiących dźwięki salkach mogli rozpiąć na chwilę kulturowe kołnierze i zachowując anonimowość, pokrzyczeć sobie do woli, nie narażając się na skargi sąsiadów ani groźbę publicznej utraty twarzy z powodu podnoszenia głosu.

Pan w garniturze wprowadził drużynę Wena do salki. W środku w przytłumionym świetle stał stół otoczony skórzanymi kanapami. Naprzeciwko kanap ustawiono telewizor, obok niego monitor – centrum dowodzenia, do którego podłączane były dwa mikrofony. Wen usiadł – przy monitorze. Na stole leżały księgi ze spisem piosenek. Większość z nich była po chińsku, na końcu ksiąg znajdowały się jednak piosenki po angielsku. Janek zaczął przeglądać księgę. Zaznaczył utwory: „La Bamba”, „Knockin’ on heaven’s door”, „I just call to say I love you”.

Pan w garniturze przyniósł menu. Jak na gentlemana przystało, Janek zażyczył sobie frytki i colę. Niemniej gdy pan wyszedł, Janek – aby choć trochę nadać temu miejscu elementu swojskości – wyciągnął z plecaka piwo. Tymczasem Wen wbijał już w komputer numery piosenek. Na ekranie telewizora pojawiła się młoda blond piękność rodem z zachodniego świata. W krótkiej sukience przechadzała się po pustym molo, wokół którego cumowały małe łódki. Sceneria przypominała północną Europę – niewielkie kamieniczki, dużo przestrzeni, białe chmurki na tle błękitnego nieba. Na dole ekranu pojawiły się literki. Wen rozpoczął śpiew a włosy blond piękności rozwiewał letni wiatr. Janek udał się z tego wszystkiego do toalety. Zza ścian pomieszczenia dochodziły głosy z sąsiednich pokoi. Pan w garniturze przyniósł frytki. Wen zakończył śpiew. Następna w kolejce była piosenka zamówiona przez Janka: „Losing my religion”. Tym razem na ekranie pojawiły się łabędzie. Nad brzegiem jeziora siedział młodzieniec z gitarą i przygrywał wpatrzonej w niego dziewczynie. Przy wersie: „That’s me in the corner, that’s me in the spotlight, losing my religion” ( To ja tam na rogu, to ja na światłach ulicznych, tracę swoją religię) para zaczęła radośnie biec, trzymając się za ręce. A wiatr rozwiewał im włosy.

Piosenki wskakiwały na ekran. Blond piękności przechadzały się po molo. Janek pił kolejne piwo i robił się senny. Widział rozmarzone oczy Wena. Rozumiał jego radość. Egzotyczne europejskie obrazy towarzyszące romantycznym piosenkom były wypisz wymaluj zbiorową projekcją marzeń Tajwańczyków o dalekich, egzotycznych podróżach, o przestrzeni, o blond dziewczętach. Karaoke TV dawało im energię na następny miesiąc pracy łącznie z niedzielami.

Pan w garniturze przyniósł rachunek. 2 tysiące dolarów tajwańskich (ok. 150 zł). Janek chciał w pierwszym momencie zaprotestować, szybko się jednak sprostował. Wiedział dobrze, że nie była to cena jedynie za salkę z podkładem muzycznym do piosenek. Płaciło się tu za magiczny, bezcenny pakiet: śpiewoterapii, spotkania towarzyskiego i filmików z blondynami w krótkich sukienkach na molo.

—————–
Zobacz również:

Świat ludzi-ryb czy świat ludzi-pawi?

Party World
——————

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , , ,

Teacher Jeff kontra Hongkong

sierpień 18, 2008 · 1 komentarz

Poniedziałek. Godz. 8.30.

Samolot linii Thai Airways do Hongkongu. Tanio i przyjemnie. Stewardessy podały sałatkę łososiowo-krewetkową. Nad Hongkongiem chmury.

—-

Godz. 10.30.

Lotnisko w Hongkongu. Potężne i hipernowoczesne. Z samolotu do hali przylotów odwozi nas metro. Potem ruchome schody. Bilbordy informujące, że Hongkong jest współgospodarzem igrzysk olimpijskich. W kolejce do wiz Arabowie. Ciemny facet z bródką, za nim kobiety z pozakrywanymi twarzami. Zamieszanie. Wycieczka uczniów z Chin. Na jej czele nauczycielka z harcerską flagą. Na szyjach młodzieży pionierskie chusty. Policjant wyprowadza ich innym wyjściem. Facet w okienku wbija mi w paszport pieczątkę z dziewięćdziesięciodniową wizą. Sięgam po cukierka miętowego z napisem „Welcome to Hongkong”.

——

Godz. 11.30.

Miałem jechać do centrum autobusem. Stanie w kolejce po wizę zajęło jednak zbyt dużo czasu. Wsiadam w Airport Express za sto tutejszych dolarów (ok. 50 zł) – jak głosi ulotka: 24 minuty do stacji głównej w Hongkongu.

———

Godz. 12.

40 piętro nowoczesnego biurowca Lippo Centre. Chung Hwa Travel Service – oficjalnie tajwańskie biuro podróży w Hongkongu, w istocie miejsce wydawania wiz na Tajwan dla obcokrajowców. W sali kilku białych – jeden z nich leciał ze mną samolotem. Okienka jak w banku. Podchodzę do jednego z nich – mówię dzień dobry, wyciągam papiery: przyjęcie do szkoły językowej, dwa paszportowe zdjęcia, wniosek wizowy, wyciąg z banku. Pani pyta kiedy chcę odebrać wizę. Odpowiadam, że jutro. Płacę 800 HKD. Pani zabiera mi paszport. Dziękuję. Przed windą Chińczycy w garniturach kłaniają się innym Chińczykom w garniturach. Na 37 piętrze zatykają mi się uszy.

———-

Godz. 13.

Wyjście A ze stacji metra Causeway Bay okazuje się być podzielone na kolejnych dziesięć podliterek. Wybieram G. Na mapie wszystko wydaje się prostsze. Najważniejsze to nie poddać się uczuciu nieporządku w sobie. Przychodzi przecież w każdym nowym miejscu, a zwłaszcza w zatłoczonych miastach Azji. Wychodzę na plac z zegarem pod wielkim centrum handlowym. Pada deszcz. Schronieni pod parasolami przechodnie patrzą na ogromny telebim z relacją z mistrzostw. Hotel znajduje się gdzieś w promieniu 500 metrów. Problem w tym, że każda uliczka wygląda tak samo. Każdy budynek jest tym samym budynkiem.

———–

Causeway Bay Guest House polecany przez przewodnik Lonely Planet. Wejście skryte w wąskiej uliczce między blokami. Dzwonię przez domofon.

- Halo – odzywa się głos.

- Dzień dobry, rezerwowałem przez internet pokój na dzisiejszą noc.

- Nie ma miejsc – głos w słuchawce urywa. Odkłada słuchawkę.

Dzwonię jeszcze raz.

- Halo.

- Dzień dobry, proszę mnie wpuścić.

Tym razem drzwi otwierają się. Wchodzę na pierwsze piętro. W Guest Housie babcia i dziadek. Obydwoje około 70-tki.

- Dzień dobry – uśmiecham się szeroko. – Rezerwowałem pokój na dziś.

Babcia wydaje się być zdziwiona.

- Rezerwował pan pokój?

- Rezerwowałem w internecie. Napisałem na adres z waszej strony internetowej i odpowiedziano mi, że moja rezerwacja została potwierdzona.

- Tak?? – babcia spogląda na dziadka. Dziadek na babcię.

Sprawdzam jeszcze raz adres. Zgadza się. Podsuwam babci kartkę z wydrukiem rezerwacji.

Babcia patrzy przez chwilę ze zdziwieniem na wydruk, w końcu daje za wygraną. Wąskim korytarzykiem prowadzi mnie do pokoju. Mikroskopijny jak cela mnicha. Czysty. Łóżko. Szafka. Telewizor. W dziurze w ścianie łazienka. Luksus jak na standardy tanich hoteli azjatyckich.

- 280 HKD i 50 depozytu za klucz. Płatne z góry – informuje babcia. Płacę. Babcia przelicza. Mlaska z zadowolenia. Robi się miła. Mówi, że w korytarzu mogę zagotować sobie wodę na herbatę.

——–

W przewodniku piszą, że Hongkong to połączenie stu pięćdziesięciu lat brytyjskich rządów i chińskiej pracowitości. Piszą, że to Nowy Jork Wschodu. Odpowiednikiem Manhattanu jest tutaj wyspa Hongkong. Twór wyjęty z opowieści science-fiction. Jeśli wylakierować by polskie blokowiska, połączyć je systemem podziemnych przejść i dobudować do dziesięciopiętrowych bloków dodatkowych trzydzieści pięter otrzymamy Hongkong. Przyroda wydaje się tutaj dodatkiem do lasu biurowców. Tak jak w gęstym lesie, trudno tu odnaleźć odrobinę przestrzeni czy dostrzec niebo. Prototypem zabudowy wyspy wydaje się być płyta główna komputera. Wszystko jest połączone. Nadziemne przejścia. Podziemne tunele. Z biurowca do centrum handlowego i z powrotem.

———–

Chronię się w McDonald’sie. Ten zapakowany do ostatniego miejsca. Na stolikach śpią faceci w garniturach.

- Mc Nuggets menu proszę.

- W ramach ochrony środowiska dzisiaj mamy dzień bez rurek – informuje dziewczyna w czapeczce z daszkiem w proporczykami Olimpiady w Pekinie. – Czy chce Pan rurkę?

- Chcę – odpowiadam.

———

Dziadek pilnujący wejścia zwinął się w kłębek i zasnął przy wyścigach pływackich. Przemknąłem się niezauważalnie do swojego pokoju. Rozpakowałem krewetki z ryżem z 7/11. W TV film z Jackie Chanem. Przerwa na wiadomości. Chińczycy na czele rankingu złotych medali. Wojna w Osetii. Oskarżony o korupcję były premier Tajlandii uciekł do Wielkiej Brytanii. Pogoda. Deszcze i burze. W centrum mapy Hongkong. Na jej obrzeżach Wietnam, Filipiny, Tajwan, Chiny. Wyłączyłem telewizor. Otworzyłem okno. Metr za oknem ściana drugiego budynku.

———-

Dzień drugi.

Godz. 11.

W TV wciąż pływają. Plan dnia. Przeczekać do godz. 16-tej. Odebrać wizę i wyjechać na lotnisko. Dziadek przypomina, że doba hotelowa kończy się o 12-tej. Wychodzę. Dziękuję. Wsiadam w metro.

———-

Niby ci sami grzeczni Chińczycy co w Tajpej, ale inni. Nie spuszczają już nieśmiało głowy ani nie rumienią się na widok cudzoziemca. Mieli ich tu aż do 1997 roku pod dostatkiem. Płynnie mówiący po angielsku. Będący bardziej pod wpływem kultury zachodniej niż rozdarci między Chinami, Japonią i USA Tajwańczycy.

———-

Idę w kierunku Parku Wiktorii. Przebijam się przez strumień ludzi, coś co w Europie doświadcza się jedynie podczas imprez masowych – koncertów, pielgrzymek, pochodów. Tutaj – w Hongkongu, w Pekinie, Singapurze, Tajpej, Tokio, Manili – to standard. Nie spodziewam się wiele. Mieszkając już jakiś czas w Azji wiem, że park europejski i azjatycki to dwa odrębne pojęcia. Park azjatycki, jak wszystko w Azji, kurczy się do mikroskopijnych rozmiarów i zamyka na stu metrach kwadratowych przestrzeni z drzewami i ławkami, otoczonymi przez wielkie budynki. Siadam na trybunach przy boisku. Przede mną sto metrów wolnej przestrzeni i kilka drzew. Dziwne uczucie. Czuję się jak małpa w zoo, którą wpuszczono nagle do większej klatki.

————

Kawiarnia Starbucks. Rzucam się na wolny fotel. Jestem szybszy od drobnego Chińczyka w garniturze. Przegrawszy wyścig, odchodzi bez słowa ze swoją tacką i siada przy barze. Azjaci w Starbucksie przyjmują dystyngowane, kulturalne miny angielskich gentlemanów. Zachód to kawa. Zachód to wysoka kultura. Picie kawy to kultura. W Tajpej Starbucks to swego rodzaju studencka czytelnia, zapełniona po brzegi uczącą się młodzieżą. W Europie natomiast Starbucks oskarżany jest o skupowanie kawy od rolników z Afryki czy Ameryki Pd. po zaniżonych cenach i sprzedawanie jej z kilkakrotnym przebiciem. W Wielkiej Brytanii chodzą tam tylko turyści. Mimo tego udziela mi się kulturalna atmosfera miejsca. Mam do wyboru siedzieć tutejszym fotelu albo krążyć po betonowych labiryntach miasta. Wyciągam książkę. Sięgam po kawę. Facet obok zasnął wtulony w fotel.

Jan Wong “China” – zbiór reportaży o Chinach. Strona 14:

Protesty na Placu Tiananmen w 1989 roku zaskoczyły każdego. Tej wiosny niewielu potrafiło przewidzieć do czego doprowadzą demonstracje. Gospodarka rozpędzała się. Niemniej gdy nie musisz już liczyć każdego ziarenka ryżu w swojej misce, stajesz się mniej zwierzęciem a bardziej istotą ludzką. A kiedy czujesz się się bardziej istotą ludzką, chcesz być bardziej traktowany jak człowiek. Pierwsze posmakowanie Zachodu jedynie wzmogło apetyty Chińczyków. Dwie godziny po tym jak zjedli kanapki w McDonald’sie, znowu poczuli głód – tym razem wolności.

—————————
Zobacz takze:

Zdjęcia z pierwszej wyprawy teachera Jeffa do Hongkongu

Jak Teacher Jeff zwiedzał Hongkong
—————————-

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , , , ,

Kim są współcześni Chińczycy?

sierpień 5, 2008 · 2 komentarzy

1. Nowa klasa średnia

W wieku czterech lat Zhou Jiaying została zapisana do dwóch szkół języka angielskiego – mówionego amerykańskiego i angielskich konwersacji. Nadano jej również nowe, angielskie imię – Bella. Rodzice wierzyli, że w przyszłości będzie studiowała za granicą. Rok późnej zapisali ją na kurs aktorstwa. Kiedy skończyła osiem lat, rozpoczęła naukę gry na fortepianie, co miało nauczyć ją dyscypliny i rozwinąć jej mózg. W lecie chodziła na lekcje pływania. Pływanie – jak twierdzili rodzice – miało uczynić ją wyższą. Bella chciala zostać prawnikiem, a żeby zostać prawnikiem, trzeba być wysokim.

Gdy Bella skończyła dziesięć lat, jej życie obfitowało w możliwości, dyscypliną bardziej przypominało jednak życie wojskowego sierżanta niż małej dziewczynki. Po szkole odrabiała zadania domowe, potem jadła obiad, kąpała się i ćwiczyła grę na fortepianie. Od czasu do czasu pozwalano jej oglądać telewizję, niemniej tylko wiadomości. W soboty uczęszczała na lekcje pisania wypracowań, a zaraz po nich na korepetycje z matematyki. W niedziele brała lekcje fortepianu i chodziła na kursy przygotowawcze do egzaminów wstępnych do gimnazjum. Najlepszym momentem w tygodniu były dla niej piątkowe popołudnia, kiedy szkoła kończyła się wcześniej. Bella mogła wtedy odetchnąć i rozejrzeć się dookoła, jak więzień, który nagle dostrzega kawałek błękitnego nieba przez kraty swojej celi.

——–
Dla nowej klasy średniej w Chinach nadszedł czas realizacji własnych ambicji, ale także czas niepokoju. Możliwości zwielokrotniły się, lecz wraz z nimi zwiększył się stres, aby je odpowiednio wykorzystać i ich nie zmarnować. Każdy nowy nabytek niesie przecież ze sobą niepokój, że nie będzie najnowszy i najlepszy. Mieszkanie, które było odnowione kilka lat temu, dziś wygląda na przestarzałe. Telefon komórkowy bez kamery i kolorowego ekranu to wstyd. W Szanghaju lekcje potocznego angielskiego dla dzieci są owszem modne, lecz wszystko to kosztuje.

Dla ludzi, którzy dorastali w czasach socjalizmu, wolność nie zawsze oznacza swobodę. Czasami jest bardziej niekończącą się walką o to, żeby ni zostać w tyle za innymi. Badania pokazują, że 45 procent mieszkańców chińskich miast narażonych jest na utratę zdrowia z powodu stresu. Najbardziej zagrożoną grupą są w tym uczniowie szkół średnich.

—-
Piąta klasa szkoły podstawowej była dla Belli jak dotąd najcięższa. Na jej zakończenie miały odbyć się egzaminy wstępne do gimnazjum. Każdy uczeń wiedział jak wysoko w rankingu stoją jego koledzy. Kiedy nauczyciele oddawali testy, kazali uczniom ustawiać się w rzędzie zależnie od wyniku: od najlepszego do najgorszego. Bella usytuowała się w środku – na 12-tym miejscu w 25-osobowej klasie.

Nienawidziła Japonii. Podręcznik uczył ją, że japońska armia zabiła w 300 tys. Chińczyków podczas Masakry w Nanjing w 1937 roku. Nienawidziła również Ameryki, ponieważ ta zawsze wtrącała się w sprawy innych krajów. Mówiła z niezłym angielskim: „Mężczyźni lubią palić papierosy, pić piwo, wino i whiski”. Jej ulubioną restauracją była Pizza Hut, lubiła także pikantne skrzydełka z KFC. Jej rekord w hula hop wynosił 2 tys. okręceń wokół bioder.

Najlepszym miejscem na świecie było dla Belli centrum handlowe przy ulicy Nanjing w Szanghaju. W jego ogromnych pawilonach Bella mogła uzupełniać swą kolekcję gumek do mazania. Posiadała 30 gumek – przechowywanych w domu w pudełku po ciastkach – niektóre były w kształcie lizaków i hamburgerów, inne postaci z bajek; żadna nie była większa od paznokcia i wszystkie leżały w swych oryginalnych plastikowych opakowaniach. Kiedy dziadkowie zabierali ją do tego samego centrum handlowego przy ulicy Nanjing, Bella od razu goniła do działu z zabawkami, nigdy jednak nie robiła tego z rodzicami – twierdzili, że jest za duża na zabawki.

Kiedy Bella dostawała dobre stopnie z testów, rodzice kupowali jej prezenty, złe stopnie oznaczały z kolei uziemienie w domu. Jej ulubionym przedmiotem był chiński, w którym była mistrzem pisania wypracowań: potrafiła opisywać zwyczajne rzeczy w podniosły moralnie sposób.

Ostatniej zimy babcia zostawiła swój pajęczy kwiat na zewnątrz i zapomniała o nim…. Na wiosnę kwiat jednak żłl. Niektórzy ludzie mówią, że kwiat mało znaczy, ale pajęczy kwiat nie słucha przypadkowych poleceń, nie boi się trudności i w obliczu przeciwności kontynuuje swą walkę. Jego duch jest godny pochwały.

Miała problemy z matematyką. Korepetycje z matematyki były więc w jej przypadku konieczne aż do czasu egzaminów wstępnych do collegu, co miało nastąpić dopiero za siedem lat. Byłaś tak dobra, jak twój najgorszy przedmiot. Jeśli nie dostałabyś się do czołówki najlepszych gimnazjów w Szanghaju, twoim przeznaczeniem byliby przeciętni koledzy i nauczyciele, którzy uczą jedynie tego, co jest w podręcznikach. Twoje szanse na dostanie się do dobrego liceum, nie mówiąc już o dobrym collegu, byłoby zaprzepaszczone.

Musiałaś się ruszyć, ponieważ stanie w miejscu oznaczało zostawanie w tyle. W taki sposób skonstruowany był świat, nawet jeśli miałaś tylko 10 lat.

—————
2. Nowe niepokoje

W ostatniej dekadzie rozwinęło się coś, co przewodniczący Mao chciał wyplenić raz na zawsze: klasa średnia. Jej liczba wynosi w tym momencie w Chinach od 100 do 150 milionów ludzi. Z dochodem domowym w wysokości przynajmniej 10 tys. dolarów rocznie rodziny z klasy średniej pretendują do posiadania własnego mieszkania i samochodu, jedzenia w restauracjach i urlopów oraz do bycia za pan brat z zagranicznymi firmami i ideami. Za przyczynę swojej dobrej pozycji uznają politykę ekonomiczną rządu, prywatnie potrafią być jednak bardzo krytyczni na temat społeczeństwa, którego są częścią.

Wycofanie się państwa ze sfery życia prywatnego pozwoliło ludziom na wolność wyboru, co do miejsca zamieszkania, pracy i podróżowania, a możliwości materialne zwiększają się z roku na rok. Dziesięć lat wcześniej większość samochodów należała jedynie do urzędników państwowych, teraz posiada je wiele zwykłych rodzin. W 1998 roku, kiedy rząd rozpoczynał reformę prywatyzacji rynku mieszkaniowego, bardzo mało osób posiadało własne mieszkanie. Dziś posiadanie domu jest powszechne i wiele młodych par jest w stanie znieść nawet podnoszące się gwałtownie ceny.

Wystarczy sięgnąć jednak po pierwszą lepszą chińską gazetę, by dostrzec poczucie niepokoju z powodu tempa zmian społecznych. Przez kilka miesięcy w 2006 roku do trendów Xinmin Evening News, popularnej gazety codziennej ukazującej się w Szanghaju, należały takie oto pierwszostronicowe tematy: licealne dziewczęta cierpią na anoreksję i bulimię. Rodzice zmagają się nad właściwym angielskim imieniem dla swojego dziecka. Nastoletni chłopcy czytają książki o tematyce homoseksualnej. Poszukujący pracy oblegają buddyjskie świątynie, ponieważ słowo określające „leżącego Buddę” wofo brzmi jak angielskie offer - „dam pracę”. Studenci collegu żyją razem bez ślubu.

Rodzice starają się uczyć dzieci, lecz czują jednocześnie, że ich wiedza jest przestarzała. To właśnie dzieci – bardziej dostosowane do społecznych trendów – przeprowadzają rodziców przez labirynt współczesnego życia.

- Społeczeństwo całkowicie zmieniło kierunek – mówi Zhou Xiaohong, socjolog z Uniwersytetu Nanjing. Sam spostrzegł to zjawisko, kiedy jego własny ojciec, emerytowany wojskowy oficer, poprosił go o pomoc w zawiązaniu krawata w stylu zachodnim.

- Dawniej ojcowie wydawali rozkazy, dziś słuchają swoich synów.

Ponieważ rodzice żywią w stosunku do dzieci tak wielkie nadzieje, należą one do grupy najbardziej narażonej na stres. Zamieszkują świat łączący to, co stare i nowe, będąc narażonym na najgorsze kary obu tych światów. Tradycyjny chiński system egzaminacyjny, który wyznaczał do wyższej edukacji tylko kilku wybrańców, nie zmienił się: jedynie 11 procent absolwentów szkół średnich dostaje się w danym roku do collegu, podczas gdy w USA do collegu przystępuje aż 64 procent młodzieży. Mimo tego pragnienie rodziców, aby wyniańczyć swe dzieci na przyszłych studentów, wciąż przejawia się w narzuceniu im tysiąca aktywności – lekcji muzyki, angielskiego, rysunku, sztuk walki – i wystawienie każdego z nich na arenę rywalizacji.

Tak wielka gonitwa przynosi mało przyjemności. Do czasu wstąpienia do collegu dzieci przechodzą przez pięć poziomów języka angielskiego. Rodzice zmuszają je do zdawania egzaminów przed terminem. Lekcje fortepianu dzielą się z kolei na dziesięć poziomów. Jak wynika z badań, więcej niż połowa uczniów szkół podstawowych zapisywana jest na zajęcia pozaszkolne, czego głównym powodem ma być „podniesienie przyszłej konkurencyjności dziecka”.

Rodzice podążają za trendami na ślepo, wierząc w to, co mówi się dookoła. Przeszłość to obce państwo, tak samo teraźniejszość.

——————–

3. W chińskiej szkole podstawowej

„Jesteśmy rodziną tradycyjną” – w ten sposób mama Belli, Qi Xiayun, przedstawiła się, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy w 2003 roku. Była 33-letnią kobietą o wyblakłej twarzy dziewczynki. Wydobywała z siebie nieprzerwany potok narzekań o trudnościach wychowywania dziecka. Uczyła informatyki na wakacyjnych kursach w collegu. Jej mąż pracował w państwowej firmie zajmującej się kontrolą jakości w Baosteel. Pracę przydzielono im zaraz po collegu, w ramach socjalistycznych brygad pracy, które wraz z ich pokoleniem przestały istnieć.

Rodzice Belli zostali wychowani przez własnych rodziców w tradycyjny sposób. Niemniej od momentu, gdy w 1993 roku urodziła się Bella, diametralnie zmienili swój punkt widzenia. Przestali jadać każdego wieczoru z dziadkami i odrzucili stare metody wychowywania dziecka, aby go nie rozpieszczać.

Gdy Bella nie miała jeszcze dwóch lat, babcia zaoferowała się jako pomoc w opiece nad dzieckiem, matka martwiła się jednak, że dziadkowie mogą je popsuć. Dlatego wysłano ją do żłobka. Kiedy rozpoczęła trzecią klasę szkoły podstawowej, matka przestała odbierać ją ze szkoły, zmuszając ją do zmieniania autobusów i przechodzenia samemu przez ulicę.

- Wcześniej czy później musi nauczyć się niezależności – tłumaczyła matka.

Bella wyrosła na rozgadaną dziewczynkę z warkoczykami Pippi i mnóstwem poglądów – których ilośc nie pasowała do chińskiej szkoły. W drugiej klasie podstawówki z kilkoma kolegami z klasy udała się do gabinetu dyrektora, by żądać więcej czasu do zabawy. Protest nie przyniósł efektu. Nauczyciele krytykowali jej temperament i tendencję do tyranizowania innych dzieci. „Masz wiele zdolności”, pisano w jej raporcie z pierwszej klasy. „Jednak aby się rozwijać, musimy uczyć się również od innych”. Z kolei raport z drugiej klasy mówił: „Mam nadzieję, że nauczysz się więcej słuchać opinii innych osób”.

Sposób wychowywania Belli jest sprzeczny z chińską tradycją. Rodzice popierają jej niezależność, bojąc się jednocześnie, że w szkole i pracy będzie za to karana. Sprawują pieczę nad jej zadaniami domowymi, aby mogła skupić się bardziej na większej ilości zadań w szkole.

- Nie chcemy być wobec niej brutalni – twierdzi tata Belli, Zhou Jiliang. – Ale w Chinach otoczenie zmusza nas do tego.

Bella uczy swoich rodziców młodzieżowego slangu i pokazuje im najfajniejsze strony internetowe. Kiedy kupili nowy telewizor, Bella wybierała markę. Kiedy wychodzą na miasto, aby zjeść, Bella wybiera Pizzę Hut. Kiedy Bella była młodsza, rodzice zaczęli odłączać klawiaturę i myszkę od komputera, aby odciągnąć ja od internetu. Wiedzieli jednak, że ten sposób nie wystarczy na długo.

Niedawno ojciec Belli wraz z siostrą i kuzynami wysłał swojego ojca do domu opieki. Była to dla niego bolesna decyzja. W tradycyjnych Chinach opieka nad starszymi należała do żelaznych zasad i rodzice Belli mieli nawet w swoim mieszkaniu dodatkowy pokój, do którego mieli wprowadzić się pewnego dnia dziadkowie. Bella oznajmiła jednak, że w przyszłości wyśle swoich rodziców do najlepszego domu opieki.

- W chwili, gdy to powiedziała, pomyślałem: To prawda, nie chcemy być dla niej ciężarem – wyznał ojciec Belli. - Gdy się zestarzejemy, sprzedamy dom i wyruszymy w podróż, aby zobaczyć świat. Potem zamieszkamy w domu starości i będziemy tam żyli w spokoju aż do końca naszych dni. To nauka, którą dała mi moja córka.

—–
Pewnego razu udałam się z Bellą do jej szkoły. Była wówczas w piątej klasie. Piątek. Pobudka o 6:25 rano, wciągnęła spodnie, włożyła pomarańczową koszulę i na szyi zawiązała chustę Młodych Pionierów. Jej rodzice biegali po mieszkaniu, szykując się do pracy. Zapomnieli przy tym wszystkim o śniadaniu. Mama Belli odprowadziła ją za róg bloku, Bella pożegnała się i ruszyła samotnie w stronę przystanku autobusowego.

-To najbardziej luźny moment w ciągu całego dnia – przyznała.

Dziś miały odbyć się wybory na przewodniczących klasy, odzwierciedlające podobne stanowiska w Partii Komunistycznej.

- Mama powiedziała, że bycie przewodniczącym w piątej klasie jest bardzo ważne – zwierzyła się Bella.

Autobus zawiózł nas pod gmach Elitarnej Szkoły Podstawowej Yangpu, kosztującej 1200 dolarów amerykańskich rocznie i odrzucającej 80 proc. wniosków o przyjęcie w jej szeregi. Sala lekcyjna Belli była jasna i głośna od ryku znajdujących się w środku dzieci. Znajdowało się w niej kilka komputerów i gablotka z napisanymi przez uczniów recenzjami filmów: Narodziny nowych Chin , Gdzie jest Nemo?

O 8:30 uczniowie zasiedli w swych ławkach i rozpoczęli wybory. Piękna, młoda nauczycielka poprosiła o zgłaszanie kandydatów. Każdy był chętny.

- W tym semestrze chcę skończyć z moim złym zwyczajem obgryzania paznokci, aby ludzie nie nazywali mnie Królem Obrgyzania Paznokci – powiedział chłopiec startujący na stanowisko oficera propagandy.

- Nie będę przeszkadzała w klasie – powiedziała dziewczynka w swetrze w paski starająca się o stanowisko oficera do spraw dzieci. – Proszę, aby każdy głosował na mnie.

Przemowy ułożyły się w następujący schemat: imię, wada, przyrzeczenie poprawy i prośba o głosy. Samokrytycyzm był główną strategią tej kampanii.

Tym, którzy odbiegali od scenariusza, od razu zwracano uwagę.

- Nie mam dobrych ocen, ponieważ mam problemy z pisaniem wyrazów – powiedziała dziewczynka kandydująca na stanowisko oficera ds. Akademii. – Proszę, aby każdy głosował na mnie.

- Masz problemy z pisaniem wyrazów i proszę, aby na mnie głosowano? – przedrzeźniała ją nauczycielka. – O czym zapomniałaś?

Dziewczynka spróbowała jeszcze raz.

- Chcę pracować, aby to naprawić. Proszę, aby każdy głosował na mnie.

Belli przypadła kandydatura na oficera ds. Sportu.

- Jestem odpowiedzialna i mam dobre zdolności kierownicze – powiedziała na jednym wdechu. – Czasami wchodzę w konflikty z innymi uczniami. Jeśli zagłosujecie na mnie, pomoże mi to zmienić mój zły zwyczaj. Proszę, aby każdy oddał na mnie swój głos.

Po trzech turach głosowania, Bella minimalnie zwyciężyła jednym głosem. Dzień wyborów, jak wszystko w szkole , zakończył się morałem.
- Jeśli tym razem przegraliście, to nie powód, aby czuć się źle – rzekła nauczycielka. – Jest to po prostu znak, że musicie więcej pracować. Nie możecie spocząć na laurach, tylko dlatego, że przegraliście.

—-

4. Dzieci na wyścigach

Język edukacyjny w Chinach wyrasta z ponurego darwinizmu.

- Wybory uczą dzieci jak być twardym – stwierdziła nauczycielka Belli, Lu Yan podczas obiadu w nauczycielskiej kawiarni. – W przyszłości będą musieli stanąć oko w oko ze stresem i rywalizacją. Muszą poznać smak porażki.

Niektóre ze szkół łączą zarobki nauczycieli z wynikami testów uczniów - również nauczyciele są więc w tym wszystkim narażeni na duży stres. W klasie Belli nastąpił ostatnio spadek w stopniach, nauczycielka poprosiła rodziców o pomoc w znalezieniu przyczyny tego stanu rzeczy. Lu Yan skończyła właśnie czteroletni wieczorowy college i w następnej kolejności planowała studiować język angielski. Wszyscy jej koledzy uczęszczają na kursy dokształcające. Nawet wice-dyrektor studiuje w weekendy w szkole technologicznej. Nauczycielka matematyki została wyrzucona ze szkoły, ponieważ rodzice skarżyli się, że korzystała z niewystarczającej ilości materiałów podczas lekcji.

Życie nie będzie wyglądało tak zawsze. Następne pokolenie rodziców, wychowane w świecie wolnych wyborów i rywalizacji, nie będzie już przerzucało na własne dzieci własnych ambicji.
- Właśnie teraz przyszły najcięższe czasy – mówi socjolog Wang Jie, która sama jest matką jednego dziecka. - W moim pokoleniu świat tradycji zderzył się z nowymi ideami. Wewnątrz nas toczą one ze sobą wojnę.

Dzień później pięcioklasiści przeszli na lekcji matematyki przez chłostę dzielenia dziesiętnego. Użyto do tego metod olimpiady matematycznej, które trenują dzieci jak używać skrótów myślowych.

Na lekcji wuefu urządzono wyścigi przez boisko. Ostatnia osoba z każdej grupy za karę musiała przebiec dodatkowe okrążenie. W piątek zajęcia skończyły się o 13:30. Autobus odwiózł Bellę pod sam blok. Kupiła Popsicle i weszła do klatki. Sobotę i niedzielę miała zapełnioną prywatnymi zajęciami, piątek był więc najlepszym momentem na zrobienie zadań domowych.

Powiedziałam jej, że żaden amerykańscy dziesięciolatkowie nie odrabiają w piątek zadań domowych.
- Muszą być bardzo szczęśliwi – odpowiedziała Bella.

—–

5. Pokolenie indywidualistów

Przez pięć lat odkąd poznałam Bellę i jej rodzinę, ich życie zmieniło się. Przeprowadzili się do nowego mieszkania z trzema sypialniami – jest prawie dwa razy większe od poprzedniego (które teraz wynajmują) a jego wystrój i umeblowanie składa się z samych zagranicznych marek. Kupili swój pierwszy samochód, Volkswagen Bora i zamiast telepania się autobusami, jeżdżą teraz gdzie tylko im się spodoba. Jedzą na mieście kilka razy w tygodniu a klimatyzacja w ich domu jest włączona przez całe lato. W wieku 12 lat Bella dostała swój pierwszy telefon komórkowy – kosztujący 250 dolarów Panasonic z klapą w kolorze róż-Barbie. Roczne przychody jej rodziców wynoszą teraz 18 tys. dolarów – 40 procent więcej od czasu, gdy spotkaliśmy sie po raz pierwszy.

Materialne warunki życia rodziny Belli poprawiły się, niemniej świat stał się dla nich miejscem bardziej niebezpiecznym. Sprzątaczka okradła ich i zniknęła. Kilku przyjaciół prawie zginęło w wypadkach samochodowych. Pewnego dnia ojciec zauważył jak Bella dostaje list od mężczyzny, którego poznała w internecie. Rodzice Belli zmienili zamki i numer telefonu w mieszkaniu. Ojciec zawozi ją i odwozi ze szkoły, ponieważ uważa, że okolica nie należy do bezpiecznych.

Matka Belli awansowała w pracy na bardziej odpowiedzialne stanowisko, jednocześnie zapisała się na weekendowy kurs przygotowawczy do studiów magisterskich. Ojciec Belli mówi o zmienieniu samochodu na nowszy, większy model – z lepszym przyspieszeniem. Często mówią o sobie jak o telefonach komórkowych będących na granicy zużycia.
- Jeśli nie będziesz się dokształcać i ładować od nowa – stwierdził ojciec Belli.
- Zostaniesz wyeliminowany.

—-
Rozwój społeczny przybrał w Chinach dwa kierunki. Przyjaciel matki Belli przestał zjawiać się na spotkaniach z dawną szkolną klasą, ponieważ wstydził się tego, że był ochroniarzem. Firma przyjcielela rodziny zbankrutowała i jego córka, będąca w wieku Belli, zaczęła kupować ubrania na przecenach. Społeczeństwo rozwarstwiało się na małych różnicach. Członkowie rodziny, młodsi od rodziców Belli tylko jedną dekadę, zamieszkiwali w innym świecie. Jedna kuzynka jadała na zewnątrz każdego wieczoru i zostawiła dziecko pod opieką dziadków, aby skupić się na własnej karierze. Młodsza siostra ojca Belli, nie mając dzieci, kupowała bez namysłu najdroższe bilety samolotowe, aby tylko wyrwać się gdzieś na weekend. Przyjaciele, będący prywatnymi tłumaczami, mieli drugie dziecko, za które płacili państwową karę. Rodzice Belli byliby prawdopodobnie wyrzuceni ze swych państwowych posad, gdyby zrobili tak samo.

—-
Bella zdawała egzaminy do jednego z najlepszych gimnazjum w Szanghaju - nauczyciele zwykli tam przytrzymywać uczniów wieczorami po lekcjach, podczas gdy ich rodzice czekają na zewnątrz w samochodach. Dotarła do trzeciego poziomu w języku angielskim i do ósmego w grze na fortepianie. Wciąż w klasowym rankingu sytuuje się pośrodku, niemniej nie wierzy już w świat dorosłych.

Teraz pogardza już wyborami w klasie.
- To wymaga mnóstwo pracy – tłumaczy . – Nauczyciel zawsze traktuje cię jako przykład dla innych. Jednak gdy masz problemy lub zostaniesz zdegradowany, wpadasz w tarapaty.

Uwielbia filmy z Hollywood – szczególnie „Gwiezdne wojny” i filmy katastroficzne – spędza godziny w internecie, dyskutując z przyjaciółmi o detektywie Conanie, bohaterze japońskiego komiksu. W przyszłości chciałaby poślubić obcokrajowca, ponieważ obcokrajowcy są bogatsi i bardziej wiarygodni.

Rodzice nie pomagają jej już w zadaniach domowych. W mówionym angielskim dawno ich prześcignęła. Prawią jej, aby była mniej rozrzutna.

- Gdy była mała, robiła wszystko co jej kazałam. Teraz siedzi tam i nic nie mówi, chociaż wiem, że się ze mną nie zgadza – wyznała jej matka, gdy siedzieliśmy w ich nowym mieszkaniu a Bella wpatrywała się w nią bez słowa ze wściekłością w oczach. – Wychowanie naszego dziecka okazało się porażką.
W Chinach nie istnieje pojęcie zbuntowanego nastolatka.

—–
Chińscy rodzice mają dziś prawdziwy mętlik w głowie, jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Gazety prowadzą działy porad, gdzie często można przeczytać: „Nie planuj na siłę przyszłości dziecka”. Niektóre ze szkół organizują klasy dla rodziców, gdzie matki, a rzadziej ojcowie, mogą podzielić się swoimi frustracjami i radami wychowawczymi.

Czasami wychowawcy uciekają się do skrajności: W Szkole Podstawowej Zhongguancun nr 2 w Pekinie wice-dyrektorka Lu Suqin ostatnio zabierała chłopców z drugiej klasy do swojego domu.

- Rodzice nie potrafili sobie z nimi poradzić, więc poprosili, abym wzięła ich do siebie – tłumaczy. – Kiedy nauczą się dyscypliny, wyślę ich z powrotem.

—————-

6. Tradycjonaliści w amerykańskich ciuchach

Bella miała jeden wolny dzień podczas trwającego cały weekend Dnia Narodowego w 2006 roku. Jej rodzina – siedmiu dorosłych i dwoje dzieci – udała się na wycieczkę do Tongli, miasta godzinę drogi od Szanghaju, gdzie znajdują się zabytkowe cesarskie posiadłości. Ojciec Belli wynajął mini busa i kierowcę (przyjaciel miał właśnie wypadek samochodowy i połamał wszystkie kości z jednej strony ciała). Bella siedziała sama i czytała książkę.

Rozwijające się Chiny zaczęły otwierać okna przeszłości. Aglomeracje miejskie w popularności zaczynają ustępować miejsca dobrze prosperującym wiejskim stawom hodowlanym i fabrykom oraz trzypiętrowym domom bogatych rolników. Matka Belli załapała się na miejskie marzenie o domku na wsi.

- Masz swój własny, mały ogródek przed domem – zwierzyła się. – Chciałabym zamieszkać w takim miejscu, gdy przejdziemy na emeryturę.

Myślała poważnie o przyszłości Belli. Jeśli dostanie się do dobrego collegu, powinna zostać w Chinach. W innym wypadku powinna wyjechać za granicę, wtedy oni sprzedadzą stare mieszkanie, aby opłacać jej edukację. Postanowiła, że Bella powinna znaleźć sobie narzeczonego w collegu.

- Jeśli znajdzie kogoś odpowiedniego na trzecim lub czwartym roku collegu, będzie dobrze. Ale nie na pierwszym ani na drugim roku.

- I nie w szkole średniej? – spytałam.

- Nie. Studia powinny być najważniejsze.

Tongli było zapchane weekendowymi turystami. Rodzina Belli jak lunatycy spacerowała po ścieżkach i ogrodach, podziwiając wszystko, na co zwracał uwagę przewodnik. Dotknęli pnia Drzewa Zdrowia i Długiego Życia. Okrążyli kamienistą mozaikę, co miało przynieść im sukces w karierze. Nie mogli zatrzymać się nawet na chwilę, ponieważ zaraz za nimi kroczył tłum ludzi. Był to największy turystyczny dzień w roku.

Bella grzecznie tłumaczyła starszej ciotce z Australii, która odwiedziła Chiny i nie mówiła po chińsku. Była to jednak z jej strony grzeczność udawana.

- Nuda – zwierzyła mi się. – Gdy zobaczysz jeden stary budynek, to tak jakbyś zobaczył już wszystkie.

Usiadłam z nią w zabytkowym domku jeździeckim. Była zagłębiona w koreańską powieść romansową.

- To o uczniach szkoły średniej – wytłumaczyła. – Trzech chłopców walczy o jedną dziewczynę.

- Ludzie z liceum mają chłopaka albo dziewczynę? – spytałam

- Mają.

- A w gimnazjum?

- Niektórzy.

- A ty masz chłopaka?

Zmarszczyła nos.

- Jest jeden chłopak, który mnie lubi. Ale wszyscy chłopcy w moim wieku są źle wychowani.

Chciałaby wyjechać na studia do Australii a potem znaleźć tam pracę. Mogłaby zarobić więcej pieniędzy i ściągnąć tam rodziców.

- Na powierzchni Chiny wyglądają luksusowo, jednak wewnątrz panuje tutaj chaos – stwierdziła Bella. – Wszystko jest skorumpowane.

———–
Niektórzy obserwatorzy chińskiego społeczeństwa spoglądają na dzieci takie jak Bella i widzą nadejście zmian politycznych: jej pokolenie indywidualistów – przepowiadają – pewnego dnia będzie chciało mieć wpływ na to kto nimi rządzi.
Rzeczywistość jest jednak skomplikowana. Dorastający i wychowani w tym a nie innym systemie prawdopodobnie będą szukali jedynie sposobów przystosowania się do niego, tak jak robili to dotychczas.

- To, że są ciekawi zobaczenia czegoś, nie oznacza zaraz, że chcą tego dla siebie – mówi Zhang Kai, gimnazjalny nauczyciel Belli. – Może spróbują czegoś – zafarbują włosy albo przekują sobie uszy – ale wewnątrz pozostaną wierni tradycji. W sercu Zhou Jiaying jest tradycjonalistką – powiedział, używając chińskiego imienia Belli.

——————-

7. Egzamin wstępny do dorosłości

Bella ma teraz 15 lat i jest w trzeciej klasie gimnazjum. Nauczyła się żyć z innymi i ma wielu dobrych przyjaciół w klasie. Szkoła jest skomplikowanym miejscem. Jeden z jej kolegów z klasy znęcał się nad innym i rodzice ofiary przyszli do szkoły na skargę. Ponieważ należeli do partii, wymusili na nauczycielu przeniesienie winowajcy do innej klasy.

Sprawa podzieliła klasę Belli. Jedna uczniowie nie rozmawia teraz z innymi. Pewien znajomy dostał się do szkoły bez egzaminów, ponieważ koleżanka jego mamy miała kuzyna w kuratorium.

Nauczycielka Belli zgłosiła kandydatury niektórych uczniów na członków Komunistycznej Ligi Młodzieży. Bella uznała, że jest to bez znaczenia, jednak dołączyła do szeregu i ściągnęła z internetu aplikację członkowską. Wyznała mi, że nie chciałaby być uznana przez nauczycielkę za czarną owcę. Zacytowała przy tym przysłowie: „Osoba, która stoi pod czyimś dachem, musi schylić głowę”.

Do egzaminu wstępnego do liceum został jeden miesiąc. Wieczorami ojciec Belli ogląda telewizję bez głosu, aby nie przeszkadzać jej w nauce. Dobry przyjaciel jest teraz wrogiem, ponieważ rywalizuje o to samo miejsce w rankingu. Jej wypracowanie oddaje cały stres tej sytuacji:

„Siedzę w klasie w gimnazjum i nauczyciel chce, żebyśmy pożegnali się z dzieciństwem. Czuję się zagubiona. Szczęście jest jak migotające gwiazdy rozjaśniające nocą niebo dzieciństwa. Chcę jedynie więcej i więcej gwiazd. Nie chcę zobaczyć świtu”

————————————————–
Tłumaczenie angielskiego artykułu autorstwa Leslie T. Chang Gilded Age. Gilded Cage , który w maju 2008 ukazał  się w specjalnym wydaniu magazynu National Geografic China: inside the dragon” w całości poświęconym współczesnym Chinom. Tłumaczenie opiera się bezpośrednio na wydaniu angielskim.
_________________________________________________________

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , , , , ,