Atmosfera jak podczas letniego wieczoru na wesołym miasteczku. Ze wszystkich stron bije ciepło rozświetlonych, rozochoconych twarzy i migocących neonów. Ścisk i tłum jak na koncertach sylwestrowych w rynku wielkich, polskich miast. Prędkość poruszania się jak na kościelnych procesjach. Tutaj również nikt się nie śpieszy ani nie złorzeczy na brak przestrzeni. Tutaj również się celebruje. Tutaj się narkotyzuje. Jedzeniem. I byciem w tłumie. Jak na festynie rzeka ludzi rozprasza się po lilipucich uliczkach. Rozsiada po barach. Wylewa i wlewa ze wszystkich zakamarków.
Europejczycy na początku czują się w tym wszystkim zagubieni. Nie rozumieją uwielbienia ścisku. Oświecenie przychodzi z czasem, po odkryciu jednego z podstawowych praw Azji: prawa masy. Masa jest czymś ważniejszym niż jednostka. Masa jest wyrocznią i autorytetem. Indywidualizm i potrzeba własnej przestrzeni są wytworami typowo zachodnimi. W Europie ludzie z pieniędzmi wyprowadzają się za miasto. Tutaj wprowadzają się do wieżowców w samym centrum zatłoczonych ulic.
Tajwańczycy są dumni ze swoich nocnych marketów i ze swojego jedzenia. Twierdzą, że lepszego nie ma nigdzie indziej na świecie. Z Czang Kai-szekiem wyemigrowali przecież na Tajwan najlepsi chińscy kucharze, zabierając ze sobą starożytne recepty kulinarne Państwa Środka. Kuchnia tajwańska jest dzięki temu bardziej chińska niż same Chiny. Co prawda podobne miejsca istnieją w Chinach, i owszem – być może są równie barwne, ale brudne i obrzydliwe. To samo w Tajlandii i Wietnamie. Zresztą po co jechać do Tajlandii czy Wietnamu, żeby skosztować tamtejszych specjałów – na tajwańskich nocnych marketach znajdzie się wszystko – tak potrawy tajlandzkie, wietnamskie, japońskie i koreańskie, jak i kuchnię włoską czy grecką.
Oto wielka tajemnica nocnych marketów. Najmniejszy bar może stać się tutaj świątynią smaku. Wybór odpowiedniego miejsca jest równie trudny jak w potężnych, zachodnich centrach handlowych. Wszystko wygląda doskonale, wszystko prosi się, aby po to sięgnąć. Tak jak w supermarketach, tak i tutaj najtańszy produkt z najniższej półki często nie ustępuje jakością produktowi najdroższemu i wystawionemu w najbardziej widocznym miejscu. Wybór dyktowany jest najczęściej ściskiem – im bardziej zatłoczony bar, tym lepsze jedzenie. Im dłuższe kolejki, tym lepiej się w nich ustawić. Kto jednak choć raz spróbował danego specjału, wie, że czekanie jest warte świeczki. Trzeba tutaj przyjechać, żeby przekonać się, że jedzenie naprawdę potrafi być sztuką. Jak malarstwo, muzyka, teatr. Komuś, kto tego nie doświadczył na własnej skórze, stwierdzenie, że Francuzi mają Luwr, Grecy Panteon, a Tajwańczycy nocne markety, może wydać się przesadą. Tak jednak jest.
Zobacz również tekst: W krainie o ustroju pozytywistycznym
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.