Wen ma 24 lata i pracuje w agencji rządowej, zajmującej się promocją Tajwanu. Jego ostatnim projektem były nocne targi. Wen nadzorował projekt z grupą zagranicznych turystów, którym podczas przechadzki po targu krok w krok towarzyszyły media. Francuz, który dał się wciągnąć do projektu, skarżył się potem, że z mikrofonem w zupie, nie mógł się skupić na jej smaku, który kazano mu potem wychwalać przed kamerami. Wen zadośćuczynił Francuzowi i wypił z nim butelkę tequili. Obudził się rano na ulicy bez butów.
Wen jak większość młodych Tajwańczyków mieszka wciąż z rodzicami. Skończył studia marketingowe. Jego angielski z doskonałym amerykańskim akcentem budzi podziw wśród obcokrajowców.
- Miałem po prostu dobrą nauczycielkę angielskiego – tłumaczy Wen.
Wen myśli o rzuceniu pracy dla agencji rządowej. Na Tajwanie, gdzie panuje czteroprocentowe bezrobocie znalezienie czegoś nowego nie stanowi problemu.
– Praca dla agencji rządowej to moja pierwsza poważna praca. Nie tak to miało wyglądać – tłumaczy Wen. – Urzędnicy są leniwi i nie mają w sobie za grosz kreatywności.
Wen chciałby projektować strony internetowe. Zapisze się na kurs i nauczy. Żałuje, że rok temu nie zgłosił się jako wolontariusz do pracy jako tłumacz na Olimpiadzie w Pekinie. Mógłby poznać i tłumaczyć swoich ulubionych tenisistów. Sam gra, choć ostatnio, ze względu na pracę, rzadziej. Jako że uwielbia jeść, przez ostatnie miesiące, przytył kilka kilogramów. Rozmawiając o jedzeniu ożywia się.
- W Lublinie jadłem polskiego śledzia z cebulką – rozmarza się. – Poezja smaku.
Wen był w Polsce dwa razy. To jego jedyny kontakt z Europą. Pracował jako wolontariusz w Monarze. Uczył narkomanów angielskiego. Najmilej wspomina ośrodek pod Gdańskiem i wypad z całą grupą nad bajoro. Nie rozumiał jak można się kąpać w takim brudzie. Sam się nie odważył.
W Warszawie dwa razy go okradziono. Za pierwszym razem, gdy jechał tramwajem, ktoś wyciągnął mu portfel z kieszeni. Zorientował się, że go nie ma podczas kontroli biletów. Sięgnął po portfel, gdzie wsadził bilet, kieszeń była jednak pusta. Nie pomogły tłumaczenia, że został okradziony. Kontrolerzy byli nieugięci. Darek – wychowawca z Monaru, który oprowadzał Wena po Warszawie – musiał dać im „w łapę”. Rok później w autobusie ukradziono mu aparat lomo. Trwało to sekundę. Zrobił się ścisk i za chwilę aparatu już nie było.
Gdy Wen wrócił na Tajwan, tak tęsknił za Polską, że w internecie znalazł Polaka, który proponował uczenie polskiego w zamian za chiński. Teraz nie pamięta już wielu słów po polsku. „Dziękuję, dziewczyna, dobre, kompot”.
Dzięki pracy w Monarze Wen może pochwalić się dość dużą wiedzą o uzależnieniach, mimo że sam nigdy w życiu nie zapalił nawet marihuany. Praca z narkomanami nie wchodzi jednak w jego przypadku w grę. Po pierwsze nie zaakceptowali by tego jego rodzice, po drugie narkomanów na Tajwanie prawie nie ma. Chciałby wrócić jeszcze do Polski i Monaru, rodzice jednak uważają, że praca wolontariacka nie jest czymś poważnym. Co mu zostało z Polski w głowie to „Moja i twoja nadzieja” zespołu Hey, którą grał na gitarze alkoholik Andrzej oraz gulasz wołowy heroinisty Marka.
Zobacz wcześniejsze odcinki Opowieści tajwańskich

2 odpowiedzi jak dotąd ↓
mikimoke // lipiec 23, 2008 @ 8:52 am |
no comments
Ewa Kamila // sierpień 22, 2008 @ 4:39 pm |
hmmm, no z tym, ze nie ma narkomanow to chyba przesadzil…. sa, jak wszedzie