Kuba Station

Wpisy od lipiec 2008

Opowieści tajwańskie. cz. 23. Teacher Jeff kontra tajfun.

lipiec 29, 2008 · 1 komentarz

Teacher Jeff oczekiwał go już od dłuższego czasu. Wiele o nim słyszał. Wiedział jak się rodzi i jak umiera. Właśnie teraz miał się zetknąć z nim pierwszy raz. O tym, że nadchodzi dowiedział się zupełnie przypadkowo. Przełączał bezmyślnie programy w telewizorze, gdy na jednym z nich oznajmiono, że nadejdzie. Nazywał się Fenix. Mówiono, że jest duży i że spotkanie z nim nie będzie należało do łatwych.

—-
Wszystkie tajwańskie programy pokazywały symulacje komputerowe przedstawiające potencjalne ruchy Fenixa. Pędził od strony Oceanu Spokojnego. Miał dotrzeć na Tajwan za niecałe dwa dni. W telewizji rolnicy zbierali pospiesznie plony, wiedząc, że po jego nadejściu, pozostaną z nich tylko zgliszcza. Mieszkańcy wschodniego wybrzeża Tajwanu wzmacniali domy. To tam miał uderzyć z największą siłą. Otoczone przez góry Tajpej było w znacznie lepszej sytuacji. Straty były tu zawsze o wiele mniejsze. Zdjęcia archiwalne pokazywały jednak 2001 rok, kiedy centrum Tajpej zostało zatopione. Zginęło kilkadziesiąt osób. Na ulicach leżały poprzewracane skutery i przygniecione przez drzewa samochody.

—–
Dzień przed jego nadejściem teacher Jeff udał się do supermarketu po zapasy żywieniowe. Być może na kilka dni będzie musiał zabarykadować się w domu. Ciemne chmury pędziły po niebie jak na przyspieszonym filmie. Tajfun nadchodził.

—–
Godz. 18. Padał drobny deszcz. Teacher Jeff pozdejmował z balkonu kwiaty, pozamykał szczelnie okna. Zmoknięci do suchej nitki sąsiedzi wnosili do domów torby z zakupami. Telewizja transmitowała na żywo ruchy Fenixa. Był już kilkanaście kilometrów przed wyspą. Reporterzy w rybackich kurtkach przeciwdeszczowych stali nad brzegiem oceanu zalewani przez wielkie fale wody. Rozemocjonowanymi głosami oznajmiali, że jest tuż tuż, że jest bardzo niebezpiecznie. Ich relacje przeplatano ze zdjęciami archiwalnymi tajfunów z poprzednich lat. Zrywane przez pędzące rzeki domy i drogi. Staruszkowie rozpaczający nad zgliszczami swych domostw. Na dachach rodziny z dziećmi oczekujące na pomoc. Poprzewracane skutery. Ludzie z połamanymi parasolami z trudem przedzierający się przez potężny wiatr i spadające z nieba tony wody.

—-
W telewizji o godzinie 22. ogłoszono, że jutrzejszy dzień będzie dniem wolnym od pracy i szkoły. Sprawa wyglądała poważnie.

—-
O godzinie 2 w nocy okna zaczęły telepać. Teacher Jeff wyszedł na balkon. Drzewa tańczyły na wietrze. Budynek naprzeciwko trząsł się.

—-
Następny dzień. Godz. 8 rano. Padał niewielki deszcz. Na ulicy leżał jeden przewrócony rower. Teacher Jeff włączył telewizor. Symulacja komputerowa pokazywała, że Fenix poruszał się właśnie w kierunku Chin. Na zwolnionym ujęciu widać było jak najwyższy budynek na świecie Tajpej 101 przechyla się prawie niezauważalnie raz w jedną, raz w drugą stronę. Dzielni reporterzy zmagali się z oceanicznymi falami. Dwa psy uwięzione na małej wysepce betonu otoczonej wezbraną rzeką oczekiwały na pomoc.

—-
Godz. 12. Teacher Jeff postanowił zaryzykować i udać się na miasto, aby zobaczyć Fenixa z bliska. Ubrał płaszcz przeciwdeszczowy, przez chwilę rozważał nawet założenie skuterowego kasku, który mógłby ocalić mu życie przed przedmiotami spadającymi z budynków – teacher Jeff czytał, że jest to najczęstsza przyczyna wypadków podczas tajfunu w mieście. Po wahaniach zrezygnował jednak z kasku. Stawiał jednak kroki powoli i uważnie, oczekując niespodziewanych zapadnięć w chodniku. Rozglądał się dookoła, aby w przypadku zawalenia się drzewa lub płotu, odskoczyć na czas w bok. Teacher Jeff nigdy nie widział tak wyludnionego Tajpei. Ludzie pochowali się w domach. Większość sklepów była zamknięta. Po markecie Shida przechadzało się tylko kilka par. Wchodzili i wychodzili z otwartego całą dobę sklepu 7/11. Przestało padać. Teacher Jeff zdjął swój ciężki przeciwdeszczowy płaszcz. Doliczył się dziesięciu przewróconych rowerów i jednego skutera. Przed japońskim fast-foodem Mos-Burger wiatr zwiał mu czapeczkę z głowy. W Mos-Burgerze z głośników dobywała się senna muzyka klasyczna. Teacher Jeff zamówił frytki i krewetki w cieście. Ludzie siedzieli niemo przy stolikach. Niektórzy spali na blatach.

—-
W kawiarni zamówił sernik i mrożoną kawę. Wszedł na piętro, które zawsze tętniło życiem. Tym razem było tak samo martwe jak Mos-Burger. Młoda dziewczyna spała na książce leżącej na stoliku. Do snu z głośników melancholijne przygrywała jej kapela jazzowa. Kobieta w szklanym pomieszczeniu dla palących wyjąła z torebki pudełko papierosów. Położyła je na stoliku obok filiżanki gorącej kawy. Wyjęła papierosa. Zapaliła. Zgasiła zapalniczkę. Zaciągnęła się.

—-
Godz. 16. Teacher Jeff powstawiał kwiatki z powrotem na balkon. W telewizorze ratowano faceta, który wpadł do dziury. Bohaterscy reporterzy zalewani przez fale wody nad brzegiem oceanu krzyczeli coś do mikrofonu. Symulacja komputerowa przedstawiała Fenixa jak pędził teraz w stronę Chin. Psy stały bezradnie na małej wysepce betonu otoczonej wezbraną wodą.

—-
Dzień później. Teacher Jeff spytał swoich uczniów co sądzą o tajfunie.

- Tajfun jest fajny! – odpowiedział mu zgodny chór. – Nie trzeba iść do szkoły!

- Można się wyspać!

- Można grać na komputerze!

- Można iść na karaoke!

————————————-
Zobacz również:

Krótka opowieść o bogach, ludziach i tajfunach

Krótka opowieść o trzęsieniach ziemi

Narodziny teachera Jeffa

___________________________________________

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 22. Jak uczeń Janek rzucił szkołę a teacher Jeff trafił do Oxfordu.

lipiec 26, 2008 · 1 komentarz

Środa. Godz. 9.50.

Uczeń Janek z powodu wczasów spóźnił się kilka dni do szkoły. Miał to być powrót zgodny z regułami feng-shui – lekki i miękki, niespodziewanie rozpoczął się jednak awanturą. W dziekanacie szkoły ni z tego ni z owego powiedziano Jankowi, że w nowym semestrze nie ma zajęć porannych – jedynie popołudniowe.

- Jak to tak to i dlaczego?! – rozzłościł się uczeń Janek. Panie z dziekanatu pochowały sie po kątach – w kulturze chińskiej publiczne wyrażanie gniewu stanowiło wielką rzadkość i właściwie nie wiadomo było jak sobie z nim poradzić.

- To nie nasza wina – pisnęła jedna z pań schowana za komputerem. – Tak postanowiły władze.

- W takim razie chcę rozmawiać z władzami! – rzekł rozzłoszczony uczeń Janek.

Panie struchlały. Spojrzały na siebie ze strachem. W ich świecie z postanowieniami władz się nie dyskutowało. Przyjmowało się je z pokorą tak jak tajfuny, powodzie i trzęsienia ziemi.

- Panu nie przystoi spotykać się z władzami. Pan jest uczniem a uczniowie są od tego, żeby się uczyć, a nie dyskutować z władzami – rzekła wyważonym, dorosłym głosem pani i jak gdyby sprawa została już zakończona, zaczęła coś pisać na swym komputerze.

- Co mam w takim razie zrobić? – odburknął uczeń Janek.

Pani wynurzyła głowę znad monitora i już wydawało się, że krzyknie i zbeszta ucznia Janka, co uczyniłaby w podobnej sytuacji urzędniczka polska. Pani jednak nie krzyknęła, nie zrobiła nawet niemiłej miny. Uśmiechnęła się tylko i jako było zapisane w konfucjańskich księgach dobrego zachowania i mądrości, rzekła tym samym wyważonym i wyrozumiałym głosem:

- Nic się nie da zrobić.

Uczeń Janek poczerwieniał. Z uszu zaczęła wydobywać mu się rozgrzana para wodna.

- Zawsze coś da się zrobić! – krzyknął. – Mówiliście, że będą zajęcia poranne a ich nie ma!

- Wcale nie mówiłyśmy – z ust urzędniczki wydobywał się ten sam spokojny ton.

- Mówiłyście! – krzyknął uczeń Janek

- Nie mówiłyśmy – odrzekła ze spokojem pani. – Poza tym dlaczego nie chce Pan chodzić na zajęcia popołudniowe? Są równie miłe jak te poranne, a nawet milsze

- Nie chcę i już! Po południu mam ważne sprawy do załatwienia – uspokoił się nieco uczeń Janek.

- Jeśli Pan pracuje, pragnę przypomnieć Panu, że na Tajwanie wszelka praca podejmowana przez obcokrajowców bez odpowiedniej zgody jest nielegalna, stanowi przestępstwo i powinnam w takim wypadku zawiadomić policję.

- To bardzo nieładnie z Pani strony oskarżać mnie o takie rzeczy! – rzekł uczeń Janek i wyszedł, z hukiem trzaskając drzwiami gabinetu.

—————————
Kilka godzin później.

Uczeń Janek postanowił napisać petycję do władz chińskiej szkoły o utworzenie zajęć porannych, i zebranie pod nią podpisów jak największej ilości współuczniów. Współuczniowie, w większości Azjaci, nie rozumieli jednak ucznia Janka w jego obywatelskiej walce o zajęcia poranne. Widzieli na filmach petycje w sprawie ratowania wielorybów czy zagrożonych gatunków małp. Sprzeciwianie się postanowieniom władz było jednak sprzeczne z ich kulturą. Przeciwko władzy się tajemnie spiskowało, lecz nigdy nie wchodziło się z nią bezpośrednio w konflikt czy dyskusję.

- Zajęcia popołudniowe są lepsze. Można się lepiej wyspać – odpowiadali jedni.

- Boli mnie brzuch, oko i kolano – dodawali drudzy.

- Ludzie! Zapłaciliśmy kupę pieniędzy za szkołę, jesteśmy klientami, z którymi należy się liczyć – argumentował uczeń Janek.

- Widocznie nie ma zajęć porannych. Tak ma być – odpowiadali mu azjatyccy koledzy.

W końcu uczniowi Jankowi udało się zebrać pod petycją dziewięć podpisów – wywalczonych patetycznymi, retorycznymi tyradami o prawach człowieka i klienta.
Petycja została złożona w dziekanacie i miała być w trybie pilnym rozpatrzona przez władze.

—————————-
Czwartek. Godz. 9.37.

- Niestety, Pańska prośba została rozpatrzona negatywnie – rzekła pani z dziekanatu.

- Dlaczego? – uczeń Janek starał się wzorem wielkich mistrzów zen nie unosić głosu.

- Rano nie ma nauczycieli – odrzekła spokojnym głosem pani.

- Jak to nie ma?! – moc powściągania emocji mistrzów zen powoli opuszczała ucznia Janka.

- Nie ma, zostali przydzieleni do kursów wakacyjnych – rzekła pani i wróciła do swego komputera, uznając rozmowę za zakończoną.

- Domagam się więc zwrotu 18 tys. dolarów, które zapłaciłem za szkołę! – rzekł uczeń Janek.

- Możemy Panu zwrócić jedynie 75 procent tej kwoty. Tak jest zapisane zresztą w naszym statusie, który Pan podpisywał – rzekła urzędniczka.

- Proszę mi zwrócić zatem te 75 procent – odrzekł uczeń Janek.

- Przedłużał Pan już wizę na podstawie zaświadczenia wydanego przez naszą szkołę? – spytała urzędniczka.

- Przedłużałem – odpowiedział Janek.

- W takim razie nie możemy Panu zwrócić pieniędzy, chyba że pójdzie Pan do tajwańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i poprosi o cofnięcie wizy, z czym wiąże sie konieczność natychmiastowego opuszczenia terytorium Tajwanu – wyjaśniła wszelkie niejasności urzędniczka.

—————————–
Sytuacja wymagała natychmiastowych działań. Za kilka dni uczeń Janek miał znowu zamienić się w teachera Jeffa, nauczającego popołudniami w szkole Happy Miriam. W tym samym czasie rozpoczynały się jednak lekcje chińskiego, bez których tak uczeń Janek jak i teacher Jeff nie mogliby ubiegać sie o przedłużenie tajwańskiej wizy. Jako że Janek spóźnił się już kilka dni do szkoły, jego limit nieobecności był już wyczerpany. Janek miał do wyboru dwie opcje: zrezygnować z pracy lub zrezygnować ze szkoły chińskiego. Rezygnacja ze szkoły chińskiego równałaby się jednak utracie wizy. Z kolei rezygnacja z pracy oznaczałaby utratę źródła dochodu. Wybór był tragiczny. Na szczęście Janek dobrze wiedział, że między czernią i bielą ukrytych jest zawsze tysiące kolorów pośrednich. Rzucając pracę mógł przecież znaleźć inną. Problem w tym, że w większości szkoły angielskiego funkcjonowały właśnie w godzinach popołudniowych. Janek mógł również rzucić szkołę chińskiego i zapisać się do nowej na zajęcia poranne. Czy nie zostałaby mu jednak w takim wypadku cofnięta wiza na starą szkołę?

————————-
Piątek. Godz. 9.06.

Dziekanat szkoły chińskiego.

- Co jeśli nie będę chodził do szkoły? – spytał Janek.

- Po 10 dniach wyślemy Panu pismo z zawiadomieniem, że nie jest Pan już uczniem naszej szkoły i przez rok nie może się Pan ubiegać o ponowne do niej przyjęcie – rzekła pani z dziekanatu.

- Informujecie Państwo Urząd Imigracyjny?

- Nie.

——————————–
Ten sam dzień. Godz. 11.23.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Tajwanu. Pierwsze piętro. Dział wizowy.

Urzędniczka spojrzała uważnie na wizę Janka.

- Pańska wiza jest ważna dwa miesiące od czasu ostatniego przybycia na Tajwan, co, jak widzę, nastąpiło dwa dni temu – rzekła.

Janek rozpromieniał.

- Co jeśli będę chciał zmienić szkołę? Czy mogę dostać nową wizę nie opuszczając Tajwanu?

- Niestety nie. Aby otrzymać nową wizę musi Pan opuścić Tajwan i z zaświadczeniem przyjęcia do nowej szkoły musi udać się Pan do najbliższego tajwańskiego biura wizowego za granicą – wyjaśniła urzędniczka. – Na tej podstawie otrzymuje Pan nową wizę.

- Gdzie mieści się najbliższe takie biuro? – spytał Janek.

- W Hongkongu lub Macao.

——————————–
Poniedziałek. Godz. 9.11.

Biuro studiów językowych Uniwersytetu Shida w Tajpej.

- Dzień dobry, chciałbym zapisać się do Państwa słynnej szkoły – rzekł Janek, uśmiechając się szeroko do Pani siedzącej za biurkiem.

- Musi przedstawić Pan wniosek aplikacyjny, ksero dyplomu ukończenia szkoły wyższej lub średniej i zaświadczenie z banku, że ma Pan na koncie wystarczającą ilość pieniędzy, żeby studiować – rzekła pani.

- Proszę bardzo – Janek wyłożył przed panią komplet wymaganych dokumentów.

- Za dwa dni proszę przyjść po zaświadczenie, że został Pan przyjęty.

——————————-
Janek miał więc przed sobą dwa miesiące wakacji od szkoły, podczas których musiał również odbyć obowiązkową, płatną wycieczkę do Hongkongu po nową wizę. Wolny czas postanowił zapełnić dodatkowymi godzinami pracy. Jako teacher Jeff zadzwonił do agentki, która na drugi dzień miała już dla niego ofertę kilku godzin nauczania w jednej ze szkół angielskiego znajdujących się w centrum Tajpej.

- Jak nazywa się szkoła? – spytał Jeff.

- Oxford – odpowiedziała agentka.

————————————–
Narodziny teachera Jeffa

Jak teacher Jeff został uczniem
————————————–

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 21. Pieśń na cześć Nocnych Marketów.

lipiec 24, 2008 · Dodaj komentarz

Atmosfera jak podczas letniego wieczoru na wesołym miasteczku. Ze wszystkich stron bije ciepło rozświetlonych, rozochoconych twarzy i migocących neonów. Ścisk i tłum jak na koncertach sylwestrowych w rynku wielkich, polskich miast. Prędkość poruszania się jak na kościelnych procesjach. Tutaj również nikt się nie śpieszy ani nie złorzeczy na brak przestrzeni. Tutaj również się celebruje. Tutaj się narkotyzuje. Jedzeniem. I byciem w tłumie. Jak na festynie rzeka ludzi rozprasza się po lilipucich uliczkach. Rozsiada po barach. Wylewa i wlewa ze wszystkich zakamarków.

Europejczycy na początku czują się w tym wszystkim zagubieni. Nie rozumieją uwielbienia ścisku. Oświecenie przychodzi z czasem, po odkryciu jednego z podstawowych praw Azji: prawa masy. Masa jest czymś ważniejszym niż jednostka. Masa jest wyrocznią i autorytetem. Indywidualizm i potrzeba własnej przestrzeni są wytworami typowo zachodnimi. W Europie ludzie z pieniędzmi wyprowadzają się za miasto. Tutaj wprowadzają się do wieżowców w samym centrum zatłoczonych ulic.

Tajwańczycy są dumni ze swoich nocnych marketów i ze swojego jedzenia. Twierdzą, że lepszego nie ma nigdzie indziej na świecie. Z Czang Kai-szekiem wyemigrowali przecież na Tajwan najlepsi chińscy kucharze, zabierając ze sobą starożytne recepty kulinarne Państwa Środka. Kuchnia tajwańska jest dzięki temu bardziej chińska niż same Chiny. Co prawda podobne miejsca istnieją w Chinach, i owszem – być może są równie barwne, ale brudne i obrzydliwe. To samo w Tajlandii i Wietnamie. Zresztą po co jechać do Tajlandii czy Wietnamu, żeby skosztować tamtejszych specjałów – na tajwańskich nocnych marketach znajdzie się wszystko – tak potrawy tajlandzkie, wietnamskie, japońskie i koreańskie, jak i kuchnię włoską czy grecką.

Oto wielka tajemnica nocnych marketów. Najmniejszy bar może stać się tutaj świątynią smaku. Wybór odpowiedniego miejsca jest równie trudny jak w potężnych, zachodnich centrach handlowych. Wszystko wygląda doskonale, wszystko prosi się, aby po to sięgnąć. Tak jak w supermarketach, tak i tutaj najtańszy produkt z najniższej półki często nie ustępuje jakością produktowi najdroższemu i wystawionemu w najbardziej widocznym miejscu. Wybór dyktowany jest najczęściej ściskiem – im bardziej zatłoczony bar, tym lepsze jedzenie. Im dłuższe kolejki, tym lepiej się w nich ustawić. Kto jednak choć raz spróbował danego specjału, wie, że czekanie jest warte świeczki. Trzeba tutaj przyjechać, żeby przekonać się, że jedzenie naprawdę potrafi być sztuką. Jak malarstwo, muzyka, teatr. Komuś, kto tego nie doświadczył na własnej skórze, stwierdzenie, że Francuzi mają Luwr, Grecy Panteon, a Tajwańczycy nocne markety, może wydać się przesadą. Tak jednak jest.

Zobacz również tekst: W krainie o ustroju pozytywistycznym

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 20. O śledziu, gulaszu i narkotykach

lipiec 22, 2008 · 2 komentarzy

Wen ma 24 lata i pracuje w agencji rządowej, zajmującej się promocją Tajwanu. Jego ostatnim projektem były nocne targi. Wen nadzorował projekt z grupą zagranicznych turystów, którym podczas przechadzki po targu krok w krok towarzyszyły media. Francuz, który dał się wciągnąć do projektu, skarżył się potem, że z mikrofonem w zupie, nie mógł się skupić na jej smaku, który kazano mu potem wychwalać przed kamerami. Wen zadośćuczynił Francuzowi i wypił z nim butelkę tequili. Obudził się rano na ulicy bez butów.

Wen jak większość młodych Tajwańczyków mieszka wciąż z rodzicami. Skończył studia marketingowe. Jego angielski z doskonałym amerykańskim akcentem budzi podziw wśród obcokrajowców.
- Miałem po prostu dobrą nauczycielkę angielskiego – tłumaczy Wen.

Wen myśli o rzuceniu pracy dla agencji rządowej. Na Tajwanie, gdzie panuje czteroprocentowe bezrobocie znalezienie czegoś nowego nie stanowi problemu.
– Praca dla agencji rządowej to moja pierwsza poważna praca. Nie tak to miało wyglądać – tłumaczy Wen. – Urzędnicy są leniwi i nie mają w sobie za grosz kreatywności.

Wen chciałby projektować strony internetowe. Zapisze się na kurs i nauczy. Żałuje, że rok temu nie zgłosił się jako wolontariusz do pracy jako tłumacz na Olimpiadzie w Pekinie. Mógłby poznać i tłumaczyć swoich ulubionych tenisistów. Sam gra, choć ostatnio, ze względu na pracę, rzadziej. Jako że uwielbia jeść, przez ostatnie miesiące, przytył kilka kilogramów. Rozmawiając o jedzeniu ożywia się.
- W Lublinie jadłem polskiego śledzia z cebulką – rozmarza się. – Poezja smaku.

Wen był w Polsce dwa razy. To jego jedyny kontakt z Europą. Pracował jako wolontariusz w Monarze. Uczył narkomanów angielskiego. Najmilej wspomina ośrodek pod Gdańskiem i wypad z całą grupą nad bajoro. Nie rozumiał jak można się kąpać w takim brudzie. Sam się nie odważył.

W Warszawie dwa razy go okradziono. Za pierwszym razem, gdy jechał tramwajem, ktoś wyciągnął mu portfel z kieszeni. Zorientował się, że go nie ma podczas kontroli biletów. Sięgnął po portfel, gdzie wsadził bilet, kieszeń była jednak pusta. Nie pomogły tłumaczenia, że został okradziony. Kontrolerzy byli nieugięci. Darek – wychowawca z Monaru, który oprowadzał Wena po Warszawie – musiał dać im „w łapę”. Rok później w autobusie ukradziono mu aparat lomo. Trwało to sekundę. Zrobił się ścisk i za chwilę aparatu już nie było.

Gdy Wen wrócił na Tajwan, tak tęsknił za Polską, że w internecie znalazł Polaka, który proponował uczenie polskiego w zamian za chiński. Teraz nie pamięta już wielu słów po polsku. „Dziękuję, dziewczyna, dobre, kompot”.

Dzięki pracy w Monarze Wen może pochwalić się dość dużą wiedzą o uzależnieniach, mimo że sam nigdy w życiu nie zapalił nawet marihuany. Praca z narkomanami nie wchodzi jednak w jego przypadku w grę. Po pierwsze nie zaakceptowali by tego jego rodzice, po drugie narkomanów na Tajwanie prawie nie ma. Chciałby wrócić jeszcze do Polski i Monaru, rodzice jednak uważają, że praca wolontariacka nie jest czymś poważnym. Co mu zostało z Polski w głowie to „Moja i twoja nadzieja” zespołu Hey, którą grał na gitarze alkoholik Andrzej oraz gulasz wołowy heroinisty Marka.

Zobacz wcześniejsze odcinki Opowieści tajwańskich

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , , , , , , ,

Opowieści filipińskie.Cz.5. Przeprawa przez morze i pogrążone w ciemności miasteczko

lipiec 19, 2008 · Dodaj komentarz

Po kilku dniach na rajskiej wyspie Cacnipa zaczęło wiać nudą. Na dodatek spadł deszcz i jedyne co nam pozostało, to z resortowej restauracji wpatrywać się w morze i szaloną małpę, która zmoknięta jak kura kryła się w swoim karmnikowym domku. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Niespodziewanie na wyspę przybyli nowi goście – cztery bogate Filipinki po czterdziestce. Poinformowano nas, że Filipinki następnego dnia z rana płyną łodzią do miejscowości El Nido – na północy Palawanu – i jeśli chcemy, możemy się zabrać z nimi. Podróż morska miała trwać 4 godziny. Trzeba było wyruszyć wcześnie rano, gdyż po południu w okolicy prognozowano burze. Resztę dnia spędziliśmy na łażeniu po plaży, łapaniu kijanek oraz leżeniu w hamakach i obserwowaniu 40-letnich Filipinek, które wyrwane z ról żon i matek budziły w sobie na nowo filuterne nastolatki, pozując na plaży w dwuznacznych pozach do zdjęć.

Łodzią kierował ten sam facet, który przywiózł nas do „Kokosowego Resortu”. Na brzegu żegnała nas Kulka-Filipinka i pies. W miarę oddalania się od wyspy domki i palmy robiły się coraz mniejsze, aż w końcu cała plaża zamieniła się w mały jasny punkcik. Łódź mieściła akurat sześć osób. Z przodu usadowiły się Filipinki, za nami siedział sternik. Gdy wypłynęliśmy na pełne morze, fale podniosły się i łódź zaczęła kołysać się na wszystkie strony jak liść na wietrze. Co pewien czas woda wielkim chlustem wlewała się za burtę i nasze ubrania po raz kolejny nadawały się do wykręcania. Sternik palił papierosa, i zwalniając lub przyśpieszając, próbował uniknąć zderzeń z falami. Gapiłem się tępo w morze, początkowo widząc tylko fale i obciążone ciężkimi chmurami ciemne niebo. Z czasem jednak spostrzegłem, że fale różnią się między sobą i przyjmują różnorakie, ludzkie kształty. Ludzka projekcja – rzutowanie swoich uczuć i wyobrażeń na rzeczywistość zewnętrzną – była zatem procesem autonomicznym jak oddychanie i trawienie. Wystarczyło się z czymś – nieważne człowiekiem, psem czy kamieniem – zetknąć przez dłuższą chwilę, by zaczynało żyć naszym własnym życiem. Projekcja obejmowała nie tylko innych ludzi, ale także wielką pustynię falującej wody, z którą w tym momencie miałem kontakt. Umysł bronił się w ten sposób prze lękiem i racjonalizował to co nieznane i groźne. Oswajał świat. Po trzech godzinach przebijania się przez martwą wodę czułem już tętniące dookoła mnie życie. Chmury jakby ścigały się z naszą łodzią, ciągnąc ze sobą białą, nieprzeźroczystą ścianę deszczu łączącą niebo i wodę. Po lewej stronie burty prawie dotykając powierzchni morza ciągnęły z kolei czarne chmury burzowe. Minęliśmy kilka wysp, które po chwili utonęły w chmurach. Niemal w ostatniej chwili wpłynęliśmy do bajecznej, położonej pod poteżnym klifem zatoki El Nido, która teraz pogrążyła się w ciemności. Postawiliśmy stopy na brzegu i rozszalała się potężna burza. Pioruny biły w wodę.

El Nido było niewielkim miasteczkiem z kilkoma wąskimi ulicami i domkami. Samo w sobie nie stanowiło specjalnej atrakcji, jednak stąd właśnie wyruszano do Archipelagu Bacuit – grupy tropikalnych wysepek, wokół których znajdowały się jedne z najpiękniejszych na świecie miejsc do nurkowania w rafach koralowych. Wynajęliśmy pokój w domku pod potężnym klifem. Właścicielka poinformowała nas, że prąd jest dostępny między 6 wieczorem i 6 rano, co stanowiło i tak w miasteczku luksus, gdyż w większej jego części prąd wyłączano już o 1 w nocy. Od razu udaliśmy się do miejscowego centrum turystycznego – El Nido Boutique & Art Cafe. Zastaliśmy tam prawie samych białych turystów. Jedli pizzę i pili kawę. Wokół nich uwijała się filipińska obsługa. W rogu sali znajdowało się coś w rodzaju agencji turystycznej. Siedziała tam młoda, śliczna Filipinka. Spytałem ile kosztują bilety samolotowe z lokalnego lotniska do Manili. Cena przekraczała budżet całej naszej wyprawy, zdecydowaliśmy się zatem na samolot z Puerto Princessa, do którego dotarcie z El Nido zajmowało 8 godzin autobusem. Młoda Filipinka była nie w humorze. Nagle w jej stronę odwróciła się biała kobieta, która do tej pory siedziała do nas tyłem i pisała coś na laptopie, i zupełnie, nie zwracając na nas uwagi, zaczęła pouczać Filipinkę jak powinno obsługiwać się klientów. Filipinka miała łzy w oczach, biała kobieta uśmiechnęła się do nas niczym zła czarownica z bajki o kopciuszku i zniknęła na zapleczu. Zamówiliśmy rekomendowaną w przewodniku Lonely Planet pizzę. W menu oprócz potraw znajdowały się opisy wycieczek po okolicy oraz wycinki z anglojęzycznych gazet. W jednym z znajdowało się zestawienie najszczęśliwszych narodów na świecie. Na pierwszym miejscu znajdowali się Duńczycy, Filipińczycy na dziewiętnastym, a Polacy na pięćdziesiątym trzecim. Inny artykuł opisywał historię Niemki, która wyszła za Filipińczyka i osiadła na końcu świata na Filipinach w niewielkim miasteczku El Nido. Na zdjęciu zła czarownica, którą spotkaliśmy przed chwilą, ściskała się radośnie z Filipińczykiem.

O godzinie 7 wieczorem El Nido znikało w mroku. Ulice oraz większość domów, ze względu na konieczność oszczędzania prądu, pogrążone były w ciemności. Z okien dobiegał jedynie blask świec. Światło dostępne było jedynie w wybranych hotelach i restauracjach. W jednej z nich spotkaliśmy cztery Filipinki z łodzi. Jadły przyniesioną przez siebie rybę i ośmiornicę. Zamówiłem specjalność lokalu: rybę w occie, kurczaka, ryż z fasolką i banana. Mężczyźni siedzący przy stoliku obok oglądali w telewizorze walki kogutów. W ringu kogut Sebastian dziobał sie z kogutem Jose, cała walkę zaś kontrolował biegający między kogutami sędzia. Na lustrze w toalecie przyklejona była naklejka: Jesus is the Lord (Jezus jest Panem).

Większość kafejek internetowych była wieczorem zamknięta. Wreszcie znaleźliśmy jedną, w której był prąd. Nosząca dumną nazwę „Computer Centre” składała się z dwóch komputerów, przy czym jeden z nich był zepsuty. Sprzedawano tam również pamiątki ślubne i koszulki. Przy komputerze siedziały dzieci. Na ziemi leżał wielki pies i obgryzał kość.

W jednym z domów przy świecach zgromadziła się grupa ludzi. Na środku pogrążonego w półmroku pokoju siedział facet i grał na gitarze.

Kupiłem w piekarni ciasteczka kokosowe. Dziewczyna zainkasowała pieniądze, prawie na mnie nie spoglądając. Była pochłonięta telewizorem, gdzie odbywało się właśnie filipińskie wydanie programu „Idol”. Piosenkarz o wibrującym głosie ronił łzy miłości i tęsknoty do ukochanej. Rozległy się brawa. Jury w dowód uznania aż powstało.

Kategorie: Opowieści filipińskie
Otagowane: , , , , , , , , ,

Opowieści filipińskie. Cz.1.4. Potwory z kokosowej wyspy.

lipiec 17, 2008 · Dodaj komentarz

Kokosowy resort (made by Just)

Koko resort (made by Just)

Kokosowy Resort” na filipińskiej wyspie Cacnipa był w istocie resortem szwajcarskim. Kilka lat temu wyspę kupił pewien Szwajcar i wybudował tam szwajcarskie wyobrażenie tropikalnej wyspy. Wynajął filipińskich ogrodników i kazał im stworzyć starannie przystrzyżony ogród szwajcarski w samym środku dalekiej Azji. Na skalistej wyspie uformowano śnieżnobiałą plażę, posadzono palmy, wybudowano górskie chatki ze spadzistym dachem. Do ogrodu ponadto wpuszczono kury, aby szwajcarskim turystom miejsce kojarzyło się z sielanką europejskiej wsi. Miedzy palmami rozwieszono hamaki a w małym domku uwięziono na smyczy małpkę. Przywiązana do sznurka małpa po latach stała się małpim-wariatem. Efekt został jednak osiągnięty. Siedzący w restauracji turyści, popijając zimnego Heinekena, mogli obserwować zachód słońca na tropikalnej wyspie – z małpką w tle.

Szalona małpa (made by Just)

Szalona małpa (made by Just)

Latem Szwajcar zjeżdżał do Szwajcarii i powracał do filipińskiego „Kokosowego Ogrodu” dopiero w listopadzie, gdy na Filipinach rozpoczynał się szczyt sezonu turystycznego. Bogaci turyści z zachodniej Europy znajdowali tutaj wówczas doskonałe schronienie przed europejską zimą, czując się jednocześnie jak u siebie w domu. Szwajcar dostosował wyspę do ich wymagań. Między palmami postawił stół ping-pongowy, na plaży rozwiesił siatkę do gry w bangbingtona, przy ławeczkach porozstawiał lampy antykomarowe, nad łóżkami porozwieszał moskitiery. W świetlicy znajdowała się również informacja, że plaża jest regularnie odrobaczana, niemniej wszelkiego robactwa nie da się w tych warunkach klimatycznych zlikwidować, dlatego uprasza się o nie leżenie bezpośrednio na piasku, ale na leżakach. Ryzyko szoku spotkania z inna kulturą zostało również odżegnane z resortowej restauracji, gdzie serwowano nie tyle dziwnie wyglądające dania filipińskie, co przede wszystkim europejskie frytki, kotlety, coca-colę, papierosy marlboro i niemieckie piwo. Pod nieobecność Szwajcara ośrodkiem zarządzała Filipinka, która poza sezonem spędzała większość czasu na oglądaniu tasiemcowych seriali w świetlicowej TV. Pomagały jej Kulka-Filipinka oraz kobieta zajmująca się przygotowywaniem dań. Poza tym codziennie rano dwóch młodych Filipińczyków zajmowało się ogrodem, a facet, który przywiózł nas łodzią na wyspę, karmił kury. Gdy szedł z wiadrem ziarna, kury otaczały go w szaleńczym, bezlotnym wyścigu. Kulka-Filipinka cierpiała na deficyt rozmów i gdy tylko się spotykaliśmy, na zwykłe „dzień dobry” odpowiadała dziesięciominutową historią swojego życia. Po wyspie biegał również pies, który codziennie wieczorem siadywał na plaży wpatrując się tęskliwie w morze – wyczekiwał prawdopodobnie powrotu swego szwajcarskiego pana.

Modliszka (made by Just)

Modliszka (made by Just)

Resort oferował wiele rozrywek – od ping-ponga, bangbingtona, siatkówkę, rzucanie strzałek do tarczy, po wypożyczanie kajaków oraz masek, rurek i płetw do nurkowania. W ofercie ośrodka znajdował się również island hopping, czyli opływanie i zatrzymywanie się na okolicznych wyspach. Na deszczowe dni w resortowej biblioteczce na turystów czekała spora kolekcja książek i czasopism – niemieckich, francuskich i angielskich. Jedyną niedogodnością wyspy był brak stałych dostaw prądu. O godzinie szóstej wieczorem, gdy wyspa zaczynała pogrążać się w egipskich ciemnościach, włączano generator, który pracował do godziny dziesiątej. Potem energię czerpano z baterii słonecznych umieszczonych na dachach domków. Wieczorami cała obsługa resortu spotykała się w świetlicy i narkotycznie oglądała telewizję. Co pewien czas z lamp antykomarowych dobiegał trzask palonego komara. Przy żarówkach wygrzewały się jaszczurki. Pies biegał za wielką modliszką, ciągnącą jak magnes do światła. W ciemności za oknem naszego domku rozpoczęło się bzyczenie miliona owadów. Otaczały nas ze wszystkich stron. Z minuty na minutę były coraz głośniejsze. Przez rozszarpaniem przez węże, pająki i śmiercionośne żuki chroniły nas tylko moskitiery w oknach i nad łóżkiem. Zasnęliśmy w bezruchu wsłuchani w dzikie odgłosy dżungli. O 5 rano wraz z pierwszymi promieniami słońca obudziło nas pianie kogutów i przypominający odgłos karetki krzyk jakiegoś ptaka. Powoli dołączały do niego inne ptasie głosy, potem włączyły się do tego cykady i robaki. Kury biegały już po ogrodzie. Ogrodnicy strzygli trawnik. Wystawiłem powoli głowę spod moskitiery i rozejrzałem się po podłodze. W jej deskach były kilkumetrowe szpary, przez które mógł wśliznąć się jeden z tutejszych potworów. Ostrożnie założyłem buty i wielkim susem otworzyłem drzwi łazienki. Rozejrzałem się bacznie dookoła. Wszystko wyglądało normalnie. W rogu ujrzałem jednak czarny punkcik. Zbliżyłem się i wydało mi się, że czerń się poruszyła. Oświetliłem ją i w świetle latarki ujrzałem czarnego skorpiona, podnoszącego w szyku bojowym swój jadowity ogon.

Poleżeliśmy trochę na hamaku. Zjedliśmy frytki. Popatrzeliśmy na małpę-szaleńca uwięzioną na sznurku. Połaziliśmy tam i z powrotem po 200-metrowej plaży. Myśleliśmy o wypożyczeniu kajaka, nad wyspą uformowały się jednak ciemne deszczowe chmury. Postanowiliśmy więc wypożyczyć maski, rurki oraz płetwy i ponurkować przy plaży. Woda była przejrzysta. Kilka metrów od brzegu dno wpadało w kilkumetrową głębinę. Na jej dnie leżała plątanina wodorostów i grzybopodobnych kształtów. Kolorowe wielkie ryby, które wcześniej widziałem jedynie w akwariach lub w telewizji ławicami przeczesywały dno. Inne samotnie wypływały przed wejścia do jamek skalnych, po czym szybko chowały się do środka. Między ciemnozielonymi roślinami leżały kolorowe rozgwiazdy. Wcześniej postrzegałem morze jedynie w poziomie. Teraz zobaczyłem jego tętniący życiem pion.

O zachodzie słońca plaża zaroiła się od wielkich krabów. Najmniejszy ruch powodował ich natychmiastową ucieczkę do wykopanych w piasku krecich jamek. Usiedliśmy bez ruchu nieopodal jednej z nich. Krab powoli wystawił głowę z jamy. Stał tak nieruchomo jakby zastanawiając się czy jesteśmy groźnymi drapieżcami czy też skalnymi rzeźbami. W końcu wyszedł z jamki i wyrzucił obok piasek, który dźwigał na pancerzu. W sekundzie schował się znowu do swej kryjówki, by zaraz potem wysypać na zewnątrz nowa porcję piachu. Dookoła podobną pracę wykonywało setki innych krabów. Wieczorami plaża na Cancipa Island ożywała. Była wielkich placem budowy.

Kategorie: Opowieści filipińskie
Otagowane: , , , , , , , ,

Opowieści filipińskie. Cz.1.3. Podróż na rajską wyspę.

lipiec 16, 2008 · Dodaj komentarz

Ośrodek wypoczynkowy „Kokosowy Ogród” znajdował się na jednej z ostatnich pozycji wśród rekomendowanych przez przewodnik Lonely Planet rajskich wysp. Zadzwoniliśmy. Głos w telefonie wydał się zachęcający. W mig spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w podróż – na konfrontację z zachodnim mitem rajskiej wyspy.

Dojazd nie był łatwy. Na początku turlaliśmy się cztery godziny zapchanym po brzegi vanem przypominającym puszkę sardynek na kółkach. Mijaliśmy tropikalne, gęste lasy. Pola ryżowe. Robotników w tempie żółwia budujących asfaltowe drogi. Młoda Filipinka siedząca na przednim siedzeniu dyszała przy tym ciężko, wydobywając z siebie co pewien czas przeraźliwy, gruźliczy kaszel. Opiekująca się nią starsza kobieta uspokajała współpasażerów, sama jednak w pewnym momencie zaniemogła i zaczęła na zmianę kaszleć razem ze swoja podopieczną. Za oknem przesuwały się wsie z drewnianymi chałupami ustawionymi na palach, tak że ich podłoga nie dotykała ziemi i wisiała w powietrzu. W rzekach nieopodal wsi kąpały się woły. Po głowę zanurzone w wodzie chroniły się przed południową gorączką. Dzieci w eleganckich, katolickich mundurkach wracały ze szkoły. Na górskiej drodze nad urwiskiem van przechylił się tak mocno, że wydawało się, że zaraz straci równowagę i upadnie. Kierowca bez większych emocji szybko jednak nadał pojazdowi odpowiedni balans i perspektywa stoczenia się w dół urwiska pozostała za nami w tyle. Wysadzono nas nagle w San Vincente.

San Vincente (made by Just)

San Vincente (made by Just)

Spodziewaliśmy się ujrzeć coś bardziej tętniącego życiem – miała to być w końcu największa miejscowość regionu. Miejsce to przypominało jednak opuszczony plac budowy. Dookoła woda, kilka małych domków i beton. Pod dachem czegoś co przypominało przystanek autobusowy, a co było w istocie chroniącym przed słońcem lokalnym miejscem spotkań, siedziała grupka młodzieńców. Śmiali się i pokazywali na nas palcami. Z opresji wybawił nas niski Filipińczyk z piłkarską kitą z tyłu głowy. Przedstawił się wysłannikiem Kokosowego Resortu, który ma nas zabrać na wyspę Cacnipa. Wpakowaliśmy się w milczeniu do łodzi, oddając się całkowicie na łaskę faceta, który podawał się za naszego przewodnika. Tym razem nie dostaliśmy już kamizelek ratunkowych. Łódź ruszyła w kierunku pełnego morza. Była wsparta z dwóch stron przez dwie równoległe bambusowe belki co przy dużych falach nadawało jej wrażenie niezatapialności. Słońce schowało się za chmury i woda zrobiła się ciemnozielona. Fale podniosły się i przy każdym wpłynięciu na nie zalewał nas strumień wody, tak że w pewnym momencie nasze ubrania były kompletnie mokre. Facet z łodzi nic jednak nie mówił. Palił papierosa i trzymał ster silnika. Na horyzoncie pojawił się zarys kilku wysepek. Dużo czasu zajęło nam jednak dopłynięcie do nich. Facet z łodzi w międzyczasie zatrzymał łajbę i dolał benzyny do silnika, by uruchomić go potem jeszcze bardziej rozwrzeszczanego warkotem. Dookoła nic tylko woda. Ląd pozostał już daleko za nami, stając się nierealnym cieniem. Zaczęliśmy kierować się w stronę wysepki z maleńką białą jak śnieg plażą, na brzegu której stało kilka schowanych między palmami kokosowymi lilipucich chatek. W marę zbliżania się plaża stawała się coraz większa, powiększały się też chatki i palmy. W końcu to my byliśmy już od nich mniejsi. Na brzegu czekała na nas mała jak kulka Filipinka w towarzystwie psa.

Wyskoczyliśmy z łodzi zanurzając się po kolana w wodę. Jakiś facet z miejsca porwał nasze bagaże. Kulka-Filipinka skłoniła się i niepewnie wskazała nam nasz domek. Minęliśmy hamaki zawieszone na palmach i przed oczami wyrósł nam starannie przystrzyżony ogród, w środku którego stał stół ping-pongowy. Po ogrodzie przechadzały się kury i kaczki. Na jego obrzeżach, pod ścianą ciemnozielonych krzaków i drzew rosnących w górę w głąb wyspy stały domki na palach. Na werandzie jednego z nich leżały już nasze plecaki. Domek przypominał zakopiańskie drewniane chaty ze spadzistym dachem. W środku po ścianach grasowały jaszczurki. Nad łóżkiem rozwieszona była wielka, niebieska moskitiera. Zza okna od strony leśnej gęstwiny dobiegało brzęczenie tysięcy owadów.

- Ktoś tu mieszka z gości oprócz nas ? – spytałem Kulki-Filipinki.
- Nie, Sir, jesteście tylko wy – odpowiedziała.

Kategorie: Opowieści filipińskie
Otagowane: , , , , , , , , ,

Opowieści filipińskie. Cz.1.2. Niebezpieczna wyprawa do podziemnej rzeki

lipiec 15, 2008 · Dodaj komentarz

Puerto Princessa

Puerto Princessa

Wszystkie pensjonaty polecane w przewodniku Lonely Planet były już zajęte. Pan Czerwiec ucieszył się, że może zawieźć nas do swojego hotelu – jego właściciele płacili prawdopodobnie kierowcom trycykli prowizje od dostarczonych turystów. Hotel nie miał w sobie nic, co szczególnie wabiłoby zachodnich turystów – ot prosta trzypiętrowa bryła betonu z pokojami w środku. Jedyną atrakcję stanowiły tu małe, zielone jaszczurki, które to ślizgały się po ścianach i suficie, to zastygały tam w martwym bezruchu. Wszystkie lepsze pokoje też był już w nim zajęte. Dostało nam się coś w rodzaju pomieszczenia gospodarczego w zagrodzie hotelu. Śmierdziało tam znajdującą się zaraz obok ubikacją, pokoik był jednak duży, przyzwoity i tani. Pan Czerwiec kazał sobie zapłacić wcześniej zaporową cenę za przejazd – trzykrotnie przebijającą to, o czym pisano w przewodniku, przez co nasza przyjaźń nieco straciła na intensywności. Nie pomogło powoływanie się na wspólna wiarę i Polaka papieża. Jeśli chodzi o wykorzystywanie turystów, obwieszony krzyżykami pan June był wyraźnie zwolennikiem rozdziału świata boskiego od człowieczego. Za każdym razem, gdy się potem spotykaliśmy, skory do ściskania się i oferowania swych bezcennych usług pan Czerwiec napotykał na falę chłodu z naszej strony.

Puerto Princessa – stolica wyspy Palawan – oprócz kilku restauracji nie miała tak naprawdę nic specjalnego do zaoferowania i większość turystów traktowała ją jako bazę wypadową do innych atrakcji wewnątrz wyspy. Godzinę drogi od miasta znajdowała się grupa wysepek Honda Bay, oferująca turystom przewozy łodzia z wyspy na wyspę (tzw. island hopping – dosł. skakanie po wyspach) i nurkowanie z rurką w rafach koralowych. Jeszcze dalej na wakacyjnych przybyszów czekała główna atrakcja Palawanu – skryta w odmętach dżungli podziemna rzeka – jak głosiły ulotki reklamowe: cud natury, jedna z najdłuższych na świecie. Do rzeki można było dojechać samemu - jeepneyem a potem łodzią. Można było też wykupić zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem, co po podsumowaniu wszystkich za i przeciw okazało się opcją mniej godną podróżnika-eksploratora, niemniej tańszą.

Van przyjechał pod pensjonat tak jak było w planie punkt 7 rano. Z przedsiębiorczym uśmiechem wyskoczył z niego pan przewodnik i zgarnął nas radośnie do środka. W samochodzie siedzieli już dwudziestokilkuletni zaspany Anglik i 50-letni mieszkający w USA Belg – szpicbródka – kobieciarz, seks-turysta. Poznali się wcześniejszej nocy w barze karaoke, gdzie ich pijackim śpiewom asystowały młode, roznegliżowane Filipinki. Van zrobił jeszcze rundę po innych pensjonatach, z których zabrał kolejno studiującego we Francji Brazylijczyka a potem młodego, wysokiego Holendra w asyście 18-letniej słodko milczącej Filipinki. Belg od razu pozwolił sobie na komplement, stwierdzając, że dawno nie widział tak pięknej, młodej dziewczyny. Pan przewodnik zaczął snuć swą opowieść, informując wycieczkę, że podróż do podziemnej rzeki będzie trwała 3 godziny. Potem mówił o krokodylach zamieszkujących Palawan, które co pewien czas zjadają przechadzających się wzdłuż rzeki wieśniaków. Jego głos zagłuszał warkot silnika i podmuch klimatyzacji. W rezultacie grupa podzieliła się na dwie części – rząd pierwszy i drugi od siedzenia kierowcy słuchał opowieści przewodnika, trzeci i czwarty – Belga. W pewnym momencie obie opowieści zlały się w jedno, droga asfaltowa skończyła się i zaczęliśmy podskakiwać na nierównościach i wzniesieniach drogi polnej.

- Najniebezpieczniejsze drogi są w Chile – stwierdził Belg.
- Mijamy właśnie górę Kleopatry, przypominającą kobiecy sutek – zawtórował mu przewodnik.
- W Kambodży jadłem psa - odpowiedział Belg.
- A tam na wzgórzu mieści się ranczo naszego kongresmena – dodał przewodnik.

Po dwóch godzinach jazdy przez gęstwinę tropikalnego lasu dotarliśmy do wioski Sabang, skąd bezpośrednio odpływały łodzie do podziemnej rzeki. Panie siedzące w sklepikach z pamiątkami turystycznymi wstały z krzesełek. Przewoźnicy siedzieli pod dachem i z nudów grzebali sobie w palcach u nóg. Na nasz widok podnieśli głowy. Kazano nam założyć pomarańczowe kamizelki ratunkowe i w liczbie sześciu wejść do łodzi. Jeden z Filipińczyków długim kijem wyprowadził łódź z przystani, drugi zapalił silnik. Łódź ruszyła. Filipińczyk od kija położył się na jej dziobie. Drugi z obojętną miną chwycił za ster. Zaczęliśmy oddalać się od palmowego brzegu. Zaczęło się robienie zdjęć. Góra. Chmura. Morze. Gromadka w uśmiechu. Poza kadrem znudzony kapitan i jego śpiący na dziobie pomocnik. Belg rzucił kolejny komplement w stronę młodej Filipinki.

Wejście do podziemnej rzeki

Wejście do podziemnej rzeki

Przy wejściu do podziemnej rzeki punkt z opłatami. Razem z biletem ankieta do głosowania na podziemną filipińską rzekę jako jeden z siedmiu światowych cudów natury. Podano nam kaski i kazano wejść do kolejnej łodzi. Belgowi, który usadowił się na dziobie przypadła rola operatora światła. Siedzący z tyłu wioślarz-przewodnik kazał mu je podłączyć do akumulatora, gdy wpłynęliśmy do jaskini. Przewodnik poinformował, że rzeka liczy 8 km, niemniej my turyści świata zwiedzimy jej odcinek tylko na 5 km.
- Sir, proszę podnieść światło do góry, nieco w lewo, jeszcze w lewo, za bardzo, w prawo, w prawo – instruował Belga przewodnik. Nad naszymi głowami przeleciało stado nietoperzy. Po chwili byliśmy zanurzeni w całkowitej ciemności pieczary, a jedyne światło generowała latarka sterowana przez Belga. Z dachu jaskini zwisały mroczne sople.

- Co tak śmierdzi? – zapytał Belg.
- To odchody nietoperzy, Sir – odpowiedział przewodnik.

Z góry zaczęły spadać nam na głowy krople wody. Belg rzucił światło na skalną ścianę pokryta zwisającymi głową w dół nietoperzami. Wpływaliśmy kolejno na grot pełnych fantastycznych wyrzeźbionych przez naturę kształtów. Po drodze minęliśmy łódź, której przewodnik powtarzał ten sam żart, który usłyszeliśmy kilka minut wcześniej od naszego przewodnika.

- Proszę spojrzeć w lewo, widzimy tam Świętą Rodzinę – rzekł przewodnik. Belg oświetlił skałę przypominającą obrazy Madonny z Jezusem.

- Na tej półce skalnej mieszkają pająki-tarantule – podniósł nieco emocje przewodnik. – A tam widzimy Sharon Stone – Belg rzucił światło na skałę przypominającą kobiece pośladki. Śmiechy. Hihy. Mieszanina grozy i uciechy. Podziemna rzeka rozrywki. Potem były kolejne wizerunki Świętej Rodziny oraz warzywa i owoce. Na końcowym odcinku podziemnej rzeki wpłynęliśmy do ciemnego prostego tunelu. Cisza i ciemność. Odgłos spadających z góry kropel i nerwowe szemranie siedzących na łodzi współpasażerów.

- Zamieszkujące Palawan ludy wierzyły, że jaskinia jest siedzibą groźnych bogów – skomentował ciemność przewodnik i zawrócił.

Niedaleko punktu wejścia do podziemnej rzeki stoliki, gdzie grupa skosnookich turystów urządziła sobie piknik. Między nimi przechadza się wielki, półtorametrowy jaszczur.

- To kolejna atrakcja podziemnej rzeki – rzekł przewodnik. Jaszczur zapozował do zdjęć i schował się za leśnym krzakiem. Teraz z drzew zeskoczyły małe małpy. Rozpoczęła się kolejna sesja zdjęciowa. Filipińczycy przewożący turystów łodziami leżeli bez ruchu w cieniu drzew.

- Jeśli zrobili już Państwo wszystkie zdjęcia z jaszczurem i małpami, zapraszam z powrotem do łodzi – przewodnik podał nam kamizelki ratunkowe. Filipińczycy kierujący łodzią ziewnęli i wygrzebali się z cienia.

Spadł deszcz. Schroniliśmy się pod parasolami z liści. W ofercie wycieczki obiad, do picia sok z młodego kokosa. Podano nam zielone kokosy z wbitymi w nie rurkami.

- Kilka lat temu tydzień przed wyjazdem na wakacje spalił mi się dom – zaczął kolejna opowieść Belg. – Pomyślałem, raz się żyje i pojechałem na te wakacje.

Czekoladowe Wzgórza

Czekoladowe Wzgórza

Podczas powrotu mijamy zachodnią ekipe telewizyjną robiącą program o podziemnej rzece i okolicach. Zatrzymaliśmy się w barze, skąd roztaczał się widok na pobliskie Czekoladowe Wzgórza. Kolejne sesje zdjęciowe. Belg obejmuje się do zdjęć z dziewczynami z baru. Kupiłem kawę. Anglik i Belg wdali się w dyskusję z przewodnikiem o najlepszych okolicznych klubach z dziewczynami. Nadjechała kolejna wycieczka. Zrobiło sie tłoczno. Brazylijczyka ugryzł w łydkę komar. Rozpoczęła się rozmowa o chorobach tropikalnych przenoszonych przez komary. Malaria. Gorączka krwotoczna. Wirusowe zapalenie mózgu.

Kategorie: Opowieści filipińskie
Otagowane: , , , , , , ,

Opowieści filipińskie. Cz. 1.1. Filipiny – Ameryka Pd. w samym środku dalekiej Azji

lipiec 13, 2008 · 2 komentarzy

Facet z agencji biletów lotniczych cały czas coś mówi. Że niebezpiecznie. Że mamy szczęście, że trafiliśmy właśnie na niego. Idziemy skrajem chodnika, przy czym granica między chodnikiem i ulicą jest daleko umowna. Wszystko tutaj wydaje się zwisać na cienkich linkach umowności i wygląda tak jakby w każdej chwili miało runąć, zderzyć się, zawalić. Ulica pędzi w nieznanym kierunku i wydaje się nie mieć ładu ani składu. Samochody jadą to pod prąd, to na skos, to zawracają na samym środku jezdni. Powietrze jest wilgotne i ciężkie od spalin. Rozmowa z facetem z agencji to przedłużenie ulicy.
- Moja mama tańczyła dla amerykańskich żołnierzy – mówi facet. – Mój ojciec jest Amerykaninem.
- Pana ojciec jest Amerykaninem?
- Ojciec mojej żony jest Amerykaninem.

Trycykle i taksówki zbliżają się niebezpiecznie w pozycji ataku jak osy, po czym zawracają i znowu wbijają się w chaotyczny porządek tego świata. Kierowcy jeepneyów – długich jak jamniki jeepów pełniących rolę publicznego środka transportu - wystawiają głowy spod masek i nagabują do zabrania się z nimi. Gwiżdżą. Trąbią. Pasażerowie czekają bez ruchu aż samochód zapełni do ostatniego miejsca. Nieruchomi z powodu upału, wyglądają jak więźniowie z warszawskiej łapanki, mający być za chwilę wywiezieni do obozów pracy. Na jeepneyach kolorowe wizerunki Jezusa i Maryi. Napisy: Jezus jest Panem. Jezus moim władcą.

Jeepney (made by Justyna)

Jeepney (all photos made by Justyna)

- W tej rzece utopił mi się syn – rzuca mimochodem facet, gdy przechodzimy przez most. Przy rzece sypiące się budy targowe – w nich kantory, agencje biletowe i bary. Normalnie w tym miejscu od razu otoczeni zostalibyśmy przez tysiące pomocników spod ciemnej gwiazdy, oferujących pomoc w zwiedzaniu miasta czy wymianie pieniędzy. Cały półświatek przykuty jest jednak teraz do telewizorów. Nawet żebracy są tak pochłonięci tym, co oglądają, że nie wyciągają ręki, widząc nasze białe – symbolizujące pieniądze – twarze.

- Dziś walka naszego mistrza bokserskiego o mistrzostwo świata – tłumaczy facet. – To nasz bohater narodowy.

Brudni żebracy i czyści, obwieszeni złotymi łańcuchami właściciele kantorów ściskają się jak równe sobie muchy przed telewizorami ustawionymi w budach kantorów. Walka bokserska Filipińczyka o mistrzostwo świata jest dziś świętem narodowym. W tą niedzielę Filipińczycy mogą przez chwilę poczuć się dumni z bycia Filipińczykami.

Przed bankami ubrani w białe mundury ochroniarze z karabinami. Na ulicy stragany z rybami i gnijącymi bananami. Kościelne dzwony zapraszają na mszę. Ludzie bezpardonowo gapią się na nas i trudno określić, czy ich wzrok wyraża bardziej ciekawość czy kpinę. Przez chwilę wydaje mi się, że znalazłem się na latynoskiej wyspie w samym centrum dalekiej Azji.

——————–

Filipiny to taoistyczny element yin w całości yang jaką stanowi Azja. Dwie godziny lotu samolotem z Tajpei do Manili wystarczy, aby przekroczyć granicę Azji Północno-Wschodniej, zbliżyć się bardziej do równika i przenieść się do strefy wpływów innej kultury – Azji Południowo – Wschodniej. Twarze tutejszego ludu są już ciemniejsze, oczy większe, gesty wyjęte ze sztywnego gorsetu kultury. Rządzi tu również niepodzielnie inny bóg – Jezus Chrystus. Jezus został tu sprowadzony przez Hiszpanów, którzy przez 400 lat okupowali Filipiny, czyniąc z nich swój Dalekowschodni niewolniczy przyczółek. Co dziś pozostało Filipińczykom z epoki kolonizacji Hiszpańskiej to właśnie religia i pozorny, zewnętrzny, luźny sposób bycia, stojący w opozycji do sztywności i zdyscyplinowania mieszkających nie tak daleko Tajwańczyków czy Japończyków. Hiszpańska „mańana” tak naprawdę jednak nigdy nie przeniknęła głęboko do filipińskich dusz, które w swej istocie pozostały azjatyckie – skryte i wyuczone tłumić negatywne emocje.

W XX wieku Hiszpanie sprzedali Filipiny Amerykanom, którzy podobnie jak wcześniejsi zaborcy z urzędu grabili je i wykorzystywali aż do zakończenia II Wojny Światowej. Filipiny formalnie odzyskały niepodległośc dopiero w 1946 roku, by tak naprawdę na okres Zimnej Wojny pozostać strefą wpływów Ameryki. Prawicowe dyktatury na Filipinach popierane przez USA doprowadziły kraj niemalże do ruiny. Dopiero lata 90-te XX wieku przyniosły konieczne reformy. Ze względu na historię inny jest też stosunek Filipińczyków do Ameryki i Europy niż na bezkrytycznie zakochanym w USA Tajwanie (który nigdy nie był przez dłuższy czas zachodnią kolonią). Filipińczycy mówiący biegle po angielsku (obok języka filipino jest to tutaj język urzędowy), w 90 proc. wyznający chrześcijaństwo identyfikują się bardziej z kulturą zachodnią niż dalekowschodnią. Tak jak w przypadku bliskim im pochodzeniowo ludom Polinezji – Malezyjczykom i Indonezyjczykom, ich stosunek do „białych” nie jest już jednoznaczny. Z jednej strony „biali” to ci, którzy podbili i uczynili z Filipin swoje poddańcze kolonie. Z drugiej to zwycięzcy nad Chinami (wojny opiumowe XIX wiek) i niezwyciężoną Japonią (bomby atomowe na Hiroszima, Nagasaki 1945) – niepokonani, cyniczni, bogaci i pewni siebie. To biali Amerykanie i ich bazy wojskowe były głównym źródłem dochodu Filipin w drugiej połowie XX wieku. To biali turyści stali się wreszcie jednym z najbardziej dochodowych biznesów na Filipinach. Z takimi warto się ściskać, nie należy im jednak nigdy do końca ufać, by znowu nie zostać wykorzystanym.

————

Lotnisko krajowe w Manili. W kraju składającym się w większości z wysp samoloty są niezbędnym i najszybszym środkiem transportu. Sala odlotów przypomina poczekalnie na polskich dworcach PKS. Krzesełka ustawione w równoległe rzędy zajęte są w większości przez Filipińczyków. Jest lipiec – pora tajfunów, sezon turystyczny zaczyna się dopiero w listopadzie. Teraz docierają tu jedynie nieliczni mieszkańcy zachodniego świata. Czekają na nich leniwe, opustoszałe i tanie hotele i restauracje. W poczekalni telewizor. W telewizorze parady lokalnych gwiazd. Filipińczyk został mistrzem świata w boksie. Pies na desce surfingowej. Ludzie w półśnie wczesnego poranka gapią się w emanujące poświatą pudełko i psa na desce surfingowej. Kolorowi, biali, czarni, starszy i młodzi kontra pies na desce surfingowej. Nagle dotarła do mnie prosta jak słońce myśl: My, mieszkańcy planety Ziemi, różnimy się językami, wierzeniami i zwyczajami, różnimy się zawartością portfeli. Wszyscy jesteśmy jednak tak samo stelewizorowani. Tak samo ogłupiani.

—————

Filipińskie wyspy z samolotu przypominają ameby pod mikroskopem. Wyspy otoczone są jasną poświatą raf koralowych, potem wlewają się ciemny błękit morza. Lot Manila – Puerto Princessa na wyspie Palawan trwa równą godzinę. Na lotnisku w Puerto Princessa wita nas orkiestra dęta. Lotnisko to kilka baraków i palmy kokosowe. Za ogrodzeniem tłum tubylców z reklamami pensjonatów. Przedzieram się przez nich. Szukam kibla. Nie ma. Jest wychodek. Przyczepia się do mnie jakiś facet, wyrywa mi bagaże. Chcę mu je odebrać. Mówi, żebym się nie bał, że zawiezie nas trycyklem do hotelu, że nazywa się June (czerwiec), że będzie nam przewodnikiem i przyjacielem. Na jego trycyklu napis: God bless our trip (Boże, pobłogosław naszą podróż).

Kategorie: Opowieści filipińskie
Otagowane: , , , , , , , , ,