Kuba Station

Świat wyprodukowano w Chinach

maj 29, 2008 · Dodaj komentarz

Chińscy przywódcy widzą Chiny jako mocarstwo, które wraca do autentycznej i uzasadnionej wielkości. Daje im to poczucie optymizmu i pewności siebie, przekonanie, że Chiny po krótkim okresie słabości znów są tym, czym zawsze były i byc powinny”.
Zbigniew Brzeźiński

Przed Państwem preparat cytatów o współczesnych relacjach Chin z Zachodem, z których wynika mniej więcej tyle, że za sto lat Polacy będą emigrować zarobkowo nie do Londynu czy Chicago, ale do Pekinu i Szanghaju.

—————————————————————————-

Chiny – Tajwan: spotkanie szefów partii rządzących

Szef rządzącej na Tajwanie Partii Nacjonalistycznej (Kuomintang) Wu Po-sung spotkał się w środę w Pekinie z chińskim prezydentem i zarazem sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Chin Hu Jintao.

Chiński prezydent wyraził nadzieję, że obie strony “będą promować wzajemne relacje, wymieniać opinie, patrzeć w przyszłość i kontynuować pokojowy rozwój”.

Hu podziękował za pomoc Tajwanu dla ofiar trzęsienia ziemi w Syczuanie, gdzie zginęło ponad 68 tysięcy ludzi.

Początek spotkania był na żywo transmitowany w chińskiej telewizji państwowej.

Po przybyciu do Pekinu Wu Po-sung przeprowadził najpierw rozmowy z Jia Qinglin, czwartym najbardziej wpływowym człowiekiem w Komunistycznej Partii Chin. Wu ma spędzić w Chinach sześć dni.

Chińska agencja Xinhua cytuje Jia, który powiedział, że dwie strony powinny pokojowo rozwijać stosunki, odkładając na później rozbieżności, a szukając zbieżnych punktów.

Jia poparł dwie propozycje nowo wybranego prezydenta Tajwanu Ma Jing-cu, który wezwał do uruchomienia bezpośrednich lotów na linii Chiny kontynentalne – Tajwan oraz zwiększenia liczby chińskich turystów mogących odwiedzać zbuntowaną wyspę.

Ma objął urząd 20 maja. Opowiada się za stworzeniem wspólnego z Chinami rynku oraz ustanowieniem stałych połączeń lotniczych i morskich między wyspą a kontynentem. Wzywa też do reunifikacji, jeśli kontynentalne Chiny staną się państwem demokratycznym. Ostatnio wyraził chęć podpisania z Pekinem “traktatu pokojowego”, aby zakończyć trwający od 60 lat konflikt.

Napięcia z Chinami zaostrzyły się po objęciu na Tajwanie prezydentury przez wzywającego do niepodległości wyspy Czen Szuej- biena. Jego dwie kadencje upłynęły wśród wzajemnych oskarżeń i krytyki.

W połowie kwietnia doszło do historycznego spotkania przywódców Chin i Tajwanu. Prezydent Hu rozmawiał z wiceprezydentem Tajwanu Vincentem Siew przy okazji azjatyckiego forum gospodarczego w Boao, na południowochińskiej wyspie Hajnan. Były to pierwsze rozmowy przedstawicieli obu chińskich państw na tak wysokim szczeblu od 1949 roku.

Tajwan oddzielił się od Chin, gdy członkowie Kuomintangu zbiegli tam po przegranej wojnie domowej z komunistami. Pekin traktuje Tajwan jako zbuntowaną prowincję, a władze w stolicy Tajwanu, Tajpej, uważają się za prawowity rząd całych Chin.

cheko, PAP 2008-05-28 Źródło: gazeta.pl

Bojkot chińskich produktów na bosaka

Na fali poparcia dla protestującego Tybetu wraca moda na bojkot chińszczyzny. Moda zapewne chwilowa i z góry skazana na porażkę. Nie zgadzam się z tym, co Pekin wyprawia w Tybecie, ale bojkotowe pospolite ruszenie mnie nie przekonuje.

Wysyłanie do Chin wyprodukowanych tam podkoszulek, albo nawoływanie do bojkotu sponsorów pekińskich igrzysk w postaci Adidasa i Coca-Coli świetnie sprzedaje się w mediach. I w zasadzie na tym sukcesy podobnych przedsięwzięć się kończą.

Nie jesteśmy już w stanie funkcjonować bez produkcji rodem z kraju środka. Metki z napisem Made in China mamy przyszyte do ubrań, naklejone na sprzęcie elektronicznym i zabawkach. Ten najpopularniejszy w handlu slogan pojawia się nawet w sklepach spożywczych.

Całkowity bojkot chińszczyzny – jak przypomniała niedawno Danuta Walewska w Rzeczpospolitej – wymaga niesłychanie grubego portfela. W przeciwnym razie, bez taniej, chińskiej produkcji masowej bojkotujący byliby skazani na powrót do korzeni. I to bardzo odległych.

Idealny protestujący nie miałby telewizora, ani telefonu. Odcięty od informacji i kontaktu z otoczeniem odleglejszym niż zasięg głosu nie mógłby nawet sprawdzić, czy protest odniósł zamierzony skutek. Byłby też osobą bosą, odzianą co najwyżej w przepaskę biodrową lub listek. Z braku figowego, mógłby być rodzimy – dębowy.

W naszym klimacie, zwłaszcza o tej porze roku, bojkot chińskich produktów może wręcz zagrażać zdrowiu. Ryzyko, biorąc pod uwagę stan naszej służby zdrowia, powoduje, że gra jest niewarta świeczki. Nawet prawdziwej, z polskiego wosku. Niewielkim pocieszeniem może być tylko fakt, że nawet najbardziej zagorzały zwolennik bojkotu nie umrze z głodu. I to całkiem małym kosztem. Może jeść chińskie zupki – podobno są z Radomia.

Bartłomiej Dwornik.

Źródło: money.pl

Idą wojny, idzie głód

John Gray*2008-04-27

Zachodnie mocarstwa słabną, a rodzące się potęgi toczą ze sobą spory. W miarę pogłębiania się kryzysu surowcowego świat staje się coraz bardziej skłócony i podzielony

Idzie głód?

Historia może się nie powtarza, ale, jak zauważył Mark Twain, czasem się rymuje. W zmienionych okolicznościach powracają w rozpoznawalnej formie stare kryzysy i konflikty. Dziś trwa bój o światowe zasoby przypominający Wielką Grę poprzedzającą I wojnę światową. Jak wtedy, tak i teraz najbardziej pożądanym dobrem jest ropa i istnieje ryzyko, że zaostrzająca się rywalizacja nie skończy się pokojowo.

Ale nie jest to prosta powtórka końca XIX i początku XX wieku. Dziś pojawili się nowi potężni gracze i nie chodzi tylko o ropę.

Uwaga, Chiny

Ideę Wielkiej Gry podsunął opinii publicznej Rudyard Kipling w publikowanej w odcinkach w latach 1900-01 powieści płaszcza i szpady “Kim” o szpiegach i imperialnej geopolityce za brytyjskich rządów w Indiach. Głównymi graczami były wtedy Wielka Brytania i Rosja, a przedmiotem zmagań – środkowoazjatycka ropa. Teraz Brytyjczycy mają niewiele do powiedzenia, a głównymi graczami stały się kraje w poprzednim rozdaniu podporządkowane – Indie i Chiny. Walka nie toczy się już o środkowoazjatycką ropę. Pole bitwy rozciąga się od Zatoki Perskiej po Afrykę, Amerykę Łacińską – ba, Arktykę i Antarktydę – i jest to też walka o wodę oraz kurczące się zasoby minerałów o kluczowym znaczeniu. A co najważniejsze, niedostatek zasobów naturalnych zaostrza się wskutek globalnego ocieplenia. Dzisiejsza Wielka Gra jest od poprzedniej trudniejsza i dużo bardziej niebezpieczna.

Najpotężniejszym nowym graczem są Chiny – kraj, w którym wyłania się nowy wzór. Rządzący postawili wszystko na wzrost gospodarczy. Bez poprawy jakości życia groziłyby niepokoje na wielką skalę mogące zagrozić ich władzy. Co więcej, w Chinach ma miejsce największa i najszybsza w dziejach migracja ze wsi do miast – nie da się jej powstrzymać.

Nie ma alternatywy dla wzrostu, ale dziś towarzyszą mu dramatyczne skutki uboczne. Nieodnawialnym zasobem staje się woda zużywana na potęgę przez przemysł i rolnictwo i zagrożona cofaniem się himalajskich lodowców. Dwie trzecie chińskich miast cierpi niedobory, pustynnieją rolne areały. Ten środowiskowy kryzys zaostrza nieopamiętana industrializacja – budowanie kolejnych wysokotoksycznych elektrowni węglowych przyspieszających globalne ocieplenie.

To błędne koło – i to nie tylko w Chinach.

Wzrost gospodarczy wymaga ogromnego wkładu energii i kopalin, dlatego chińskie spółki szukają w świecie dostawców. Powoduje to niepowstrzymany wzrost zapotrzebowania na zasoby, które nie są nieograniczone. Światowe rezerwy ropy może nie zmalały do kryzysowego poziomu, ale czasy taniej benzyny odeszły bezpowrotnie. Kraje reagują na to, próbując zabezpieczyć istniejące rezerwy – także te, które otwierają się wskutek zmian klimatycznych. Kanada buduje bazy na przekór rosyjskim roszczeniom do topniejących arktycznych lodów, do których przyznają się też Norwegia, Dania i USA. A Wielka Brytania rości sobie prawo do terenów wokół bieguna południowego.

Chodzi o ropę

Rywalizacja o energię legnie u podłoża wielu konfliktów, których możemy spodziewać się w tym stuleciu. Grozi nam nie tyle nowy szok naftowy oddziałujący na produkcję przemysłową, ile głód. Bez stałego dopływu ropy do wysoko zmechanizowanych gospodarstw rolnych opustoszeje wiele półek supermarketów z żywnością. Świat nie odzwyczaił się od ropy – jest od niej bardziej uzależniony niż kiedykolwiek dotąd. Niedziwne więc, że mocarstwa walczą o swoje.

Nowa odsłona Wielkiej Gry nie zaczęła się wczoraj, tylko wraz z ostatnim wielkim dwudziestowiecznym konfliktem, w którym chodziło tylko i wyłącznie o naftę. Nikt nie udawał, że wojnę w Zatoce Perskiej w latach 1990-91 [przeciw Irakowi, po jego inwazji na Kuwejt] stoczono przeciw terroryzmowi lub w imię demokracji. George Bush senior i John Major zgodnie przyznali, że chodziło o zabezpieczenie globalnych zasobów ropy. Wbrew zaprzeczeniom polityków młodszej generacji nie ulega wątpliwości, że jednym z motywów inwazji na Irak było naftowe bogactwo tego kraju.

Ropa jest istotą tej gry, ważniejszą nawet niż dawniej. Skomplikowana logistyka i uzależnienie od sił powietrznych współczesnych wysoko stechnicyzowanych armii czynią je energochłonnymi. Według raportu Pentagonu ilość benzyny zużywana dziennie przez żołnierza wzrosła czterokrotnie między II wojną światową i wojną w Zatoce, i jeszcze czterokrotnie podczas amerykańskiej inwazji na Irak. Według najnowszych szacunków przez pięć lat wojny zużycie benzyny skoczyło jeszcze bardziej.

Kraje zachodnie dominowały w poprzedniej rundzie Wielkiej Gry, teraz zaś są zależne od producentów ropy, której potrzebują, by być dalej graczami. Rośnie pewność siebie producentów. Europejczyków może drażnić wyniosła pogarda, jaką zbywa Putin opinię świata, ale Europa jest uzależniona od rosyjskiej energii. George W. Bush może nienawidzić Chaveza, ale Wenezuela dostarcza Stanom Zjednoczonym około 10 proc. importowanej ropy. Prezydent Iranu Achmadineżad może być wcielonym diabłem, ale przy cenie ponad sto dolarów za baryłkę każda podjęta przez Zachód próba obalenia go wiązałaby się z horrendalnym ryzykiem.

Gdy zabraknie wody

Zachodnie mocarstwa słabną, a rodzące się potęgi toczą ze sobą spory. Chiny konkurują z Indiami o środkowoazjatyckie złoża ropy i gazu. Tajwan, Wietnam, Malezja i Indonezja kłócą się o ropę zalegającą pod dnem Morza Południowochińskiego. Arabia Saudyjska rywalizuje z Iranem w Zatoce Perskiej, a Iran i Turcja patrzą na Irak. Oczywistym rozwiązaniem byłoby rozszerzenie współpracy międzynarodowej, ale prawda jest taka, że w miarę pogłębiania się kryzysu surowcowego świat staje się coraz bardziej skłócony i podzielony.

Daleko odeszliśmy od utopii sprzed ledwie dekady, kiedy modni guru mówili mądrze o “ekonomii wiedzy”. Potem tłumaczono nam, że zasoby naturalne nie są już ważne – że motorem rozwoju gospodarczego stały się idee. Cykle koniunktury zostawiliśmy w tyle, nadeszła era nieustającego wzrostu. W rzeczywistości ekonomia wiedzy okazała się złudzeniem wykreowanym przez tanią ropę i tani kapitał, a mówienie o wiecznym boomie kończyło się zawsze płaczem i zgrzytaniem zębów. To nie koniec świata ani globalnego kapitalizmu, tylko, jak zwykle, historia.

Nowym czynnikiem są zmiany klimatyczne. Podnoszący się poziom oceanów zredukuje zasoby żywności i wody pitnej, co może spowodować wielkie fale “środowiskowej” migracji z Afryki i Azji do Europy. Globalne ocieplenie zagraża zasobom energetycznym, zmniejszając bezpieczeństwo eksploatacji elektrowni wodnych i platform wiertniczych. Kiedy drożeje wydobycie tradycyjnych paliw kopalnych, bardziej opłacalna staje się eksploatacja innych, jak piaski roponośne, ale są one od konwencjonalnych bardziej zanieczyszczone.

W tej rundzie Wielkiej Gry niedobory energii i globalne ocieplenie wzmacniają się nawzajem. Skutkiem może być tylko rosnące ryzyko konfliktu. Kiedy rozgrywano poprzednią rundę, na świecie żyło około 1,65 mld ludzi. Na początku XXI stulecia czterokrotnie liczniejsza ludzkość walczy między sobą o bezpieczną przyszłość w świecie zmieniającym się nie do poznania wskutek zmian klimatu. Rozsądnie byłoby przygotować się na kolejne rymy historii.

Przeł. Sergiusz Kowalski

* John Gray – filozof i publicysta, jest profesorem London School of Economics. Jego najnowsza (2007) książka nosi tytuł “Black Mass: Apocalyptic Religion and the Death of Utopia”

Źródło: gazeta.pl

Chiński narkotyk

Jak chińska gospodarka uzależnia od siebie świat

Dobry wojskowy zwycięża wroga bez walki, zajmuje miasta bez oblężenia i w krótkim czasie zdobywa kraj. Odnosi zwycięstwa, nie trudząc żołnierzy” – napisał ponad 2,5 tys. lat temu Sun Tzu, chiński generał i strateg. Zakochani w jego traktacie „Sztuka wojenna” Chińczycy stosują się do tych rad. Bez żmudnych „oblężeń” zachodnich rynków i trudzenia własnych „żołnierzy” biznesu opanowują światową gospodarkę. Zalewają zagraniczne rynki swoimi towarami; przyciągają zachodnie koncerny skuszone możliwościami chińskiego rynku i sami śmiało inwestują w krajach rozwijających się. I kontraktują ogromną część surowców naturalnych wydobywanych na świecie. Dlatego coraz więcej państw staje się gospodarczymi zakładnikami Państwa Środka.

Rachunek za niskie ceny

W połowie 2007 r. dwóch przedstawicieli Komunistycznej Partii Chin udzieliło wywiadów, w których ostrzegli, że jeśli zajdzie taka potrzeba, Pekin może użyć wynoszącej 1,33 bln USD rezerwy walutowej jako politycznej broni, aby wywrzeć wpływ na Stany Zjednoczone. Chiny mają warte 900 mld USD amerykańskie obligacje. Gdyby w krótkim czasie Chińczycy zaczęli je sprzedawać na rynku, gwałtownie spadłaby ich cena i kurs dolara. W skrajnym wypadku mogłoby to nawet doprowadzić do załamania gospodarczego w USA.

Eksport jest bronią, która sprawia, że chińskie zasoby gotówki pęcznieją, a przy okazji uzależniają się od Chin zagraniczne gospodarki. Chiny są pierwszym dostawcą towarów dla Japonii, drugim dla UE i trzecim dla USA, a w każdym z tych wypadków ich udział w handlu szybko rośnie. USA w handlu z Chinami mają deficyt sięgający w 2007 r. aż 256 mld USD. Przez lata rząd w Pekinie stymulował chiński eksport poprzez sztuczne zaniżanie wartości juana. Środkiem takiej polityki było skupowanie dewiz, głównie dolarów amerykańskich oraz papierów dłużnych USA. W ten sposób Chiny kredytowały rozbuchaną konsumpcję Amerykanów, a deficyt USA w handlu z Chinami stale narastał.

Dzięki wciąż niskim kosztom pracy w Chinach są one w stanie oferować konkurencyjne cenowo towary i usługi. Dla USA czy Europy tani import z Chin oznacza m.in. możliwość utrzymywania u siebie inflacji w ryzach i obniżenia kosztów życia własnych obywateli. Z tych samych powodów – niskich kosztów pracy – zachodnie koncerny na potęgę inwestują w Chinach (w 2007 r. wartość zrealizowanych tam zagranicznych inwestycji sięgnęła 83 mld USD). Dla wielu z nich przeniesienie produkcji do Państwa Środka było jedyną szansą na utrzymanie się na rynku. W ten sposób od chińskiej gospodarki (a więc pośrednio chińskiego rządu, mającego ogromny na nią wpływ) – niczym od narkotyku – uzależniają się wielkie koncerny i całe państwa.

Źródło: wprost.pl

Nadchodzi wiek Chin …

Już za kilka lub kilkadziesiąt lat Stany Zjednoczone mogą stracić prymat gospodarczy na świecie.

Moment ten może nadejść wcześniej, niż do tej pory się tego spodziewano, a konsekwencje tego procesu mogą być dla osób wychowanych w kulturze cywilizacji zachodniej trudne do wyobrażenia.

Znany amerykański ekonomista Angus Maddison przewiduje, że pod względem rzeczywistej wartości dochodu krajowego brutto Chiny zaczną doganiać Stany Zjednoczone już około 2015 roku, o około 35 lat wcześniej od prognoz, przewidujących zrównanie się USA i ChRL pod względem wartości bezwzględnej PKB. Obliczenia Maddisona nie są pozbawione sensu – chińska gospodarka rozwija się w błyskawicznym tempie, a gospodarka USA znalazła się w fazie stagnacji, jeśli nie recesji. Nawet przy założeniu, że system ekononomiczny Państwa Środka nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowego tempa rozwoju, przepaść dzieląca USA i Chiny będzie coraz mniejsza. Maddison zakłada zresztą wolniejszy wzrost ChRL i bardzo optymistycznie – aż 2,6 proc. rocznego wzrostu gospodarczego dla USA. Tymczasem już dziś wiadomo, że Stany Zjednoczone czeka kilka lat stagnacji.

Wraz ze wzrostem znaczenia gospodarczego Chin zwiększać się będzie zależność Zachodu od Państwa Środka. Stopień tego uzależnienia widać już dziś w stosunkowo nieśmiałych reakcjach na wydarzenia w Tybecie i ostrożnym stanowisku w sprawie możliwości politycznego bojkotu igrzysk olimpijskich, przyznanych beztrosko Pekinowi w 2001 roku, mimo świadomości, że staną się one narzędziem propagandy. Chiny są już teraz głównym wierzycielem USA, posiadając ogromne inwestycje w amerykańskich papierach dłużnych. Inwestycje chińskiego kapitału na Wall Street już dziś mogą wpływać na wysokość amerykańskich emerytur. Dzięki taniej sile roboczej Chiny odebrały Europie i Ameryce całe gałęzie produkcji przemysłowej, niewymagającej gigantycznych nakładów technologicznych. Teraz w błyskawicznym tempie nadrabiają dystans do Zachodu w dziedzinie informatyki i zaawansowanych technologii. Obok Chin niemal równie szybko rozwija się gospodarka ponadmiliardowych Indii, które także będą walczyć o zabezpieczenie swoich interesów.

Niezależnie od tego, jakie przyjmiemy kryteria szacowania gospodarczych osiągnięć, jeszcze za życia wielu z nas Stany Zjednoczone mogą stracić gospodarczy prymat na świecie. Skończy się tym samym pewna epoka, która rozpoczęła się około 1890 roku, gdy rewolucja przemysłowa i wolny rynek uczyniły z USA największą potęgę na naszym globie. Konsekwencje tego procesu trudno sobie dziś nawet wyobrazić. Chiny nie są państwem demokratycznym i często prowadzą politykę zagraniczną, którą trudno zaakceptować zachodnim demokracjom. Dzięki globalnym powiązaniom kapitałowym będą zyskiwać jeszcze na znaczeniu, co może sprawić, że wiek XXI zostanie zapamiętany jako stulecie Państwa Środka.

Autor: hugo_w2 01.05.08

Źródło: gazeta.pl

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , , , ,

0 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.

Dodaj komentarz