Jego owalna twarz przypominała mi twarz Mongoła. Był jednak Tajwańczykiem. Miał 8 lat i nazywał się Johnny. Nosił czapeczkę z daszkiem, na której wyhaftowana była maleńka swastyka – w moim świecie znak kojarzący się jednoznacznie z faszyzmem i Hitlerem, tutaj symbol buddyzmu. Nadgorliwie aktywny na lekcji, dla punktów i pieczątek mechanicznie wypełniający wszystkie moje polecenia. Przyszły urzędnik państwowy, pracownik banku, policjant. W momencie utraty punktów padał ze spazmem na podłogę i zanosił się płaczem. Jego wymowa angielskich słówek była jednak doskonała. Wcześniej musiał mieć zajęcia z amerykańskim native-speakerem. Często, gdy nie byłem pewny wymowy jakiegoś słówka, konsultowałem je właśnie z Johnnym – kazałem mu je wypowiedzieć, po czym powtarzała je chórem cała klasa. W ten sposób Johnny stał się moim niepisanym pomocnikiem. I być może pracowałby dla mnie nielegalnie cały semestr, gdyby nie okazał się zdrajcą.
Od pewnego czasu mama mojego faworyta zaczęła ni z tego ni z owego notować w dzienniczku uwagi dla dyrektorki Tiffany odnośnie moich zajęć. Dyrektorka Tiffany zbywała jednak to wszystko milczeniem, tymczasem uwag przybywało i przybywało. W końcu zacząłem przy Johnnym ostrożnie cedzić słowa, wiedząc, że moje najmniejsze przejęzyczenie zostanie zaraz odtworzone z precyzją dyktafonu mamie. Nie poskutkowało – maminych uwag jak przybywało, tak przybywało. Johnny był jak ukryta kamera, dzięki której nadgorliwy rodzic mógł śledzić każde moje potknięcie. W końcu zacząłem Johnnego unikać i starałem się z nim nie rozmawiać. To już nie był ten sam niewinny dzieciak o księżycowej twarzy Mongoła, to był potwór moich lęków, że zostanę odkryty jako oszust, osądzony, rozstrzelany. Nie mogłem ciągnąć dłużej tej gry pozorów. Na przerwie ostrożnie podszedłem do dyrektorki Tiffany.
- Dyrektorko Tiffany, spostrzegłem, że od pewnego czasu mama Johnnego podważa w dzienniczku moje kwalifikacje.
Dyrektorka przestraszyła się.
- Och, nauczycielu Jeffie, proszę się nie martwić mamą Johnnego, mama Johnnego czepia się wszystkiego – matematyki, chińskiego i angielskiego.
To mnie nieco uspokoiło. Postanowiłem jednak kontynuować zwierzenia.
- Dyrektorko Tiffany, chciałbym coś wyznać – spojrzałem głęboko w jej przerażoną twarz. – Nie jestem Kanadyjczykiem – zawiesiłem głos. – Nie jestem Kanadyjczykiem, ale Szkotem z dziada i pradziada, dlatego mój akcent i moja wymowa niektórych angielskich słów może różnić się od wymowy amerykańskiej czy kanadyjskiej.
Dyrektorka z zakłopotania uśmiechnęła się głupkowato. - Nauczycielu Jeffie, rozumiem. Dobrze byłoby jednak, żeby rodzice myśleli, że jesteś Amerykaninem, więc jeśli ktoś by się ciebie spytał skąd jesteś, odpowiedz, że Amerykaninem.
Cóż więcej mogłem dodać. Dygnąłem i poszedłem w swoją stronę. Miesiąc temu byłem jeszcze Kanadyjczykiem, dziś Amerykaninem. Czemu nie. Tak naprawdę mogłem być dla dyrektorki Tiffany kimkolwiek – opóźnionym w rozwoju, psychopatą czy zbiegłym przestępcą, liczyło się to, że byłem biały. Strzały krytyki mamy Johnnego mogły w tym wszystkim co najwyżej dodać memu amerykańskiemu – niebiańskiemu – wizerunkowi ludzkich cech, kreując mnie na twór pośredni miedzy bogiem a człowiekiem - jak Jezus czy Herkules. Na przerwie pomiędzy lekcjami angielskiego, gdy odwiedzałem pobliski sklep spożywczy, wokół mnie gromadziło się zbiegowisko uczniów z pobliskiej państwowej szkoły podstawowej. Pokazywali na mnie palcami, szepcząc do siebie w uniesieniu: „Meiguo ren” – Amerykanin (w dosłownym tłumaczeniu: człowiek z pięknej krainy).
Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Tiffany ryzykowała mało, przyjmując mnie dwa miesiące temu do szkoły jako nauczyciela bez żadnego doświadcznia. Znała bardzo dobrze realia. Jakkolwiek nie powykręcany, byłem białą kurą znoszącą złote jaja. Moja bytnośc w szkole i moje samotne przechadzki podczas przerw po okolicy szybko zaowocowały zapisami nowych uczniów do szkoły. Z tygodnia na tydzień klasy mi się powiększały, tak że brakowało już w nich krzeseł. Dyrektorka Tiffany zaproponowała mi prowadzenie wakacyjnych obozów językowych dla dzieci, które zostają w mieście. Tymczasem tajwańskie nauczycielki patrzyły na to wszystko spod byka – nie dość, że w większości studiowały anglistykę, że pracowały w zawodzie od kilku lat, zarabiały o wiele mniej niż ja, tylko dlatego, że nie były białe. Widząc wyrzut w tych pokornych azjatyckich oczach, chciałem im czasami krzyknąć w twarz, że one same swoim milczeniem budują ten absurdalny, rasistowski system. Po co miałbym im jednak komplikować życie - o wiele łatwiej jest żyć ze świadomością, że odpowiedzialność za to kim jesteśmy nie spoczywa na nas samych.
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.