Kuba Station

Opowieści tajwańskie. Cz. 11. Jak uczeń Janek zdał pierwszy test.

maj 6, 2008 · Skomentuj

Minęły pierwsze trzy tygodnie nauki. W klasie zapanowała prawdziwie szkolna atmosfera. Zacząłem nie tylko godzić się, co już nawet utożsamiać z rolą 20-letniego ucznia Janka, którą przyszło mi na tym końcu świata odgrywać. Wciśnięty w ławeczkę zacząłem śmiać się z klasowych żartów, odpowiadałem grzecznie na pytania pani i pożyczałem kolegom w razie potrzeby ołówek lub gumkę. Z pierwszego testu dostałem 99 proc. Z pośpiechu pomyliłem znaczek „xing” – (nazwisko) ze znaczkiem „shi” (być), przez co byłem na siebie zły. Po lekcji poszedłem jednak z kolegami do koreańskiej restauracji, gdzie rozmawialiśmy o potrawach świata i humor mi się szybko poprawił.

Na lidera grupy zaczął wyrastać najgłośniejszy Indonezyjczyk Josue, a rolę klasowego komika przejął Japończyk Xingsuei – Czysta Woda. Josue czuł się pewnie w swoim ciele, czuł się pewnie na tym świecie. Poza tym znał jako tako chiński, co jeszcze bardziej dodawało mu pewności siebie i predystynowało do kierowniczego stanowiska. Codzinnie rano po pańsku rozsiadał się w ławce, poklepując po ramieniu siedzącego obok kolegę. Rozprostowywał nogi, prezentując wszem i wobec swe klapki pływackie z wielkim logo Nike, po czym rzucał żart w stronę Japonki Anda, która przeważnie go nie rozumiała, robiła rybią minę i uśmiechała się z zakłopotaniem. Lekcja się zaczynała. Pani coś mówiła, uczniowie notowali, potem ćwiczyli w grupach konwersacje. Podczas 10 minutowej przerwy miedzy godzinnymi zajęciami przychodził czas na gagi piłkarskie Japończyka Czysta Woda. Czysta Woda był bowiem w Japonii piłkarzem, i jako że na Tajwanie grywał tylko w weekendy z międzynaorodową studencką drużyną, musiał swą piłkarską pasję rozwijać w szkole chińskiego. Japończyk stawał na środku sali i parodiował znanych piłkarzy, co wywoływało salwę śmiechu na widowni. Australijczyk Neil wychodził wtedy ze znudzoną miną na papierosa. 30 lat starszy od kolegów z klasy musiał czuć się outsiderem. Pod koniec każdej trwającej dwie godziny lekcji, oddawał się pasji rysowania po zeszycie. Namówiłem go na czwartkowy Chinese Club, dzięki czemu w klasie był juz nie tylko jeden idiota, ale dwóch. Pewnego razu w windzie wyznał mi, że przez ostatnie piętnaście minut hiperkonwersacyjnych zajęć Chinese Club jest już tak zmęczony, że nie rozumie w ząb co się do niego mówi. Czułem to samo – mętlik chińskich dźwięków, układający się w głowie w kakofoniczną pieśń wariata.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

0 odpowiedzi jak dotąd ↓

  • Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.

Skomentuj