Kuba Station

Wpisy od maj 2008

Planeta Tajpei

maj 31, 2008 · Dodaj komentarz

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: ,

Świat wyprodukowano w Chinach

maj 29, 2008 · Dodaj komentarz

Chińscy przywódcy widzą Chiny jako mocarstwo, które wraca do autentycznej i uzasadnionej wielkości. Daje im to poczucie optymizmu i pewności siebie, przekonanie, że Chiny po krótkim okresie słabości znów są tym, czym zawsze były i byc powinny”.
Zbigniew Brzeźiński

Przed Państwem preparat cytatów o współczesnych relacjach Chin z Zachodem, z których wynika mniej więcej tyle, że za sto lat Polacy będą emigrować zarobkowo nie do Londynu czy Chicago, ale do Pekinu i Szanghaju.

—————————————————————————-

Chiny – Tajwan: spotkanie szefów partii rządzących

Szef rządzącej na Tajwanie Partii Nacjonalistycznej (Kuomintang) Wu Po-sung spotkał się w środę w Pekinie z chińskim prezydentem i zarazem sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Chin Hu Jintao.

Chiński prezydent wyraził nadzieję, że obie strony “będą promować wzajemne relacje, wymieniać opinie, patrzeć w przyszłość i kontynuować pokojowy rozwój”.

Hu podziękował za pomoc Tajwanu dla ofiar trzęsienia ziemi w Syczuanie, gdzie zginęło ponad 68 tysięcy ludzi.

Początek spotkania był na żywo transmitowany w chińskiej telewizji państwowej.

Po przybyciu do Pekinu Wu Po-sung przeprowadził najpierw rozmowy z Jia Qinglin, czwartym najbardziej wpływowym człowiekiem w Komunistycznej Partii Chin. Wu ma spędzić w Chinach sześć dni.

Chińska agencja Xinhua cytuje Jia, który powiedział, że dwie strony powinny pokojowo rozwijać stosunki, odkładając na później rozbieżności, a szukając zbieżnych punktów.

Jia poparł dwie propozycje nowo wybranego prezydenta Tajwanu Ma Jing-cu, który wezwał do uruchomienia bezpośrednich lotów na linii Chiny kontynentalne – Tajwan oraz zwiększenia liczby chińskich turystów mogących odwiedzać zbuntowaną wyspę.

Ma objął urząd 20 maja. Opowiada się za stworzeniem wspólnego z Chinami rynku oraz ustanowieniem stałych połączeń lotniczych i morskich między wyspą a kontynentem. Wzywa też do reunifikacji, jeśli kontynentalne Chiny staną się państwem demokratycznym. Ostatnio wyraził chęć podpisania z Pekinem “traktatu pokojowego”, aby zakończyć trwający od 60 lat konflikt.

Napięcia z Chinami zaostrzyły się po objęciu na Tajwanie prezydentury przez wzywającego do niepodległości wyspy Czen Szuej- biena. Jego dwie kadencje upłynęły wśród wzajemnych oskarżeń i krytyki.

W połowie kwietnia doszło do historycznego spotkania przywódców Chin i Tajwanu. Prezydent Hu rozmawiał z wiceprezydentem Tajwanu Vincentem Siew przy okazji azjatyckiego forum gospodarczego w Boao, na południowochińskiej wyspie Hajnan. Były to pierwsze rozmowy przedstawicieli obu chińskich państw na tak wysokim szczeblu od 1949 roku.

Tajwan oddzielił się od Chin, gdy członkowie Kuomintangu zbiegli tam po przegranej wojnie domowej z komunistami. Pekin traktuje Tajwan jako zbuntowaną prowincję, a władze w stolicy Tajwanu, Tajpej, uważają się za prawowity rząd całych Chin.

cheko, PAP 2008-05-28 Źródło: gazeta.pl

Bojkot chińskich produktów na bosaka

Na fali poparcia dla protestującego Tybetu wraca moda na bojkot chińszczyzny. Moda zapewne chwilowa i z góry skazana na porażkę. Nie zgadzam się z tym, co Pekin wyprawia w Tybecie, ale bojkotowe pospolite ruszenie mnie nie przekonuje.

Wysyłanie do Chin wyprodukowanych tam podkoszulek, albo nawoływanie do bojkotu sponsorów pekińskich igrzysk w postaci Adidasa i Coca-Coli świetnie sprzedaje się w mediach. I w zasadzie na tym sukcesy podobnych przedsięwzięć się kończą.

Nie jesteśmy już w stanie funkcjonować bez produkcji rodem z kraju środka. Metki z napisem Made in China mamy przyszyte do ubrań, naklejone na sprzęcie elektronicznym i zabawkach. Ten najpopularniejszy w handlu slogan pojawia się nawet w sklepach spożywczych.

Całkowity bojkot chińszczyzny – jak przypomniała niedawno Danuta Walewska w Rzeczpospolitej – wymaga niesłychanie grubego portfela. W przeciwnym razie, bez taniej, chińskiej produkcji masowej bojkotujący byliby skazani na powrót do korzeni. I to bardzo odległych.

Idealny protestujący nie miałby telewizora, ani telefonu. Odcięty od informacji i kontaktu z otoczeniem odleglejszym niż zasięg głosu nie mógłby nawet sprawdzić, czy protest odniósł zamierzony skutek. Byłby też osobą bosą, odzianą co najwyżej w przepaskę biodrową lub listek. Z braku figowego, mógłby być rodzimy – dębowy.

W naszym klimacie, zwłaszcza o tej porze roku, bojkot chińskich produktów może wręcz zagrażać zdrowiu. Ryzyko, biorąc pod uwagę stan naszej służby zdrowia, powoduje, że gra jest niewarta świeczki. Nawet prawdziwej, z polskiego wosku. Niewielkim pocieszeniem może być tylko fakt, że nawet najbardziej zagorzały zwolennik bojkotu nie umrze z głodu. I to całkiem małym kosztem. Może jeść chińskie zupki – podobno są z Radomia.

Bartłomiej Dwornik.

Źródło: money.pl

Idą wojny, idzie głód

John Gray*2008-04-27

Zachodnie mocarstwa słabną, a rodzące się potęgi toczą ze sobą spory. W miarę pogłębiania się kryzysu surowcowego świat staje się coraz bardziej skłócony i podzielony

Idzie głód?

Historia może się nie powtarza, ale, jak zauważył Mark Twain, czasem się rymuje. W zmienionych okolicznościach powracają w rozpoznawalnej formie stare kryzysy i konflikty. Dziś trwa bój o światowe zasoby przypominający Wielką Grę poprzedzającą I wojnę światową. Jak wtedy, tak i teraz najbardziej pożądanym dobrem jest ropa i istnieje ryzyko, że zaostrzająca się rywalizacja nie skończy się pokojowo.

Ale nie jest to prosta powtórka końca XIX i początku XX wieku. Dziś pojawili się nowi potężni gracze i nie chodzi tylko o ropę.

Uwaga, Chiny

Ideę Wielkiej Gry podsunął opinii publicznej Rudyard Kipling w publikowanej w odcinkach w latach 1900-01 powieści płaszcza i szpady “Kim” o szpiegach i imperialnej geopolityce za brytyjskich rządów w Indiach. Głównymi graczami były wtedy Wielka Brytania i Rosja, a przedmiotem zmagań – środkowoazjatycka ropa. Teraz Brytyjczycy mają niewiele do powiedzenia, a głównymi graczami stały się kraje w poprzednim rozdaniu podporządkowane – Indie i Chiny. Walka nie toczy się już o środkowoazjatycką ropę. Pole bitwy rozciąga się od Zatoki Perskiej po Afrykę, Amerykę Łacińską – ba, Arktykę i Antarktydę – i jest to też walka o wodę oraz kurczące się zasoby minerałów o kluczowym znaczeniu. A co najważniejsze, niedostatek zasobów naturalnych zaostrza się wskutek globalnego ocieplenia. Dzisiejsza Wielka Gra jest od poprzedniej trudniejsza i dużo bardziej niebezpieczna.

Najpotężniejszym nowym graczem są Chiny – kraj, w którym wyłania się nowy wzór. Rządzący postawili wszystko na wzrost gospodarczy. Bez poprawy jakości życia groziłyby niepokoje na wielką skalę mogące zagrozić ich władzy. Co więcej, w Chinach ma miejsce największa i najszybsza w dziejach migracja ze wsi do miast – nie da się jej powstrzymać.

Nie ma alternatywy dla wzrostu, ale dziś towarzyszą mu dramatyczne skutki uboczne. Nieodnawialnym zasobem staje się woda zużywana na potęgę przez przemysł i rolnictwo i zagrożona cofaniem się himalajskich lodowców. Dwie trzecie chińskich miast cierpi niedobory, pustynnieją rolne areały. Ten środowiskowy kryzys zaostrza nieopamiętana industrializacja – budowanie kolejnych wysokotoksycznych elektrowni węglowych przyspieszających globalne ocieplenie.

To błędne koło – i to nie tylko w Chinach.

Wzrost gospodarczy wymaga ogromnego wkładu energii i kopalin, dlatego chińskie spółki szukają w świecie dostawców. Powoduje to niepowstrzymany wzrost zapotrzebowania na zasoby, które nie są nieograniczone. Światowe rezerwy ropy może nie zmalały do kryzysowego poziomu, ale czasy taniej benzyny odeszły bezpowrotnie. Kraje reagują na to, próbując zabezpieczyć istniejące rezerwy – także te, które otwierają się wskutek zmian klimatycznych. Kanada buduje bazy na przekór rosyjskim roszczeniom do topniejących arktycznych lodów, do których przyznają się też Norwegia, Dania i USA. A Wielka Brytania rości sobie prawo do terenów wokół bieguna południowego.

Chodzi o ropę

Rywalizacja o energię legnie u podłoża wielu konfliktów, których możemy spodziewać się w tym stuleciu. Grozi nam nie tyle nowy szok naftowy oddziałujący na produkcję przemysłową, ile głód. Bez stałego dopływu ropy do wysoko zmechanizowanych gospodarstw rolnych opustoszeje wiele półek supermarketów z żywnością. Świat nie odzwyczaił się od ropy – jest od niej bardziej uzależniony niż kiedykolwiek dotąd. Niedziwne więc, że mocarstwa walczą o swoje.

Nowa odsłona Wielkiej Gry nie zaczęła się wczoraj, tylko wraz z ostatnim wielkim dwudziestowiecznym konfliktem, w którym chodziło tylko i wyłącznie o naftę. Nikt nie udawał, że wojnę w Zatoce Perskiej w latach 1990-91 [przeciw Irakowi, po jego inwazji na Kuwejt] stoczono przeciw terroryzmowi lub w imię demokracji. George Bush senior i John Major zgodnie przyznali, że chodziło o zabezpieczenie globalnych zasobów ropy. Wbrew zaprzeczeniom polityków młodszej generacji nie ulega wątpliwości, że jednym z motywów inwazji na Irak było naftowe bogactwo tego kraju.

Ropa jest istotą tej gry, ważniejszą nawet niż dawniej. Skomplikowana logistyka i uzależnienie od sił powietrznych współczesnych wysoko stechnicyzowanych armii czynią je energochłonnymi. Według raportu Pentagonu ilość benzyny zużywana dziennie przez żołnierza wzrosła czterokrotnie między II wojną światową i wojną w Zatoce, i jeszcze czterokrotnie podczas amerykańskiej inwazji na Irak. Według najnowszych szacunków przez pięć lat wojny zużycie benzyny skoczyło jeszcze bardziej.

Kraje zachodnie dominowały w poprzedniej rundzie Wielkiej Gry, teraz zaś są zależne od producentów ropy, której potrzebują, by być dalej graczami. Rośnie pewność siebie producentów. Europejczyków może drażnić wyniosła pogarda, jaką zbywa Putin opinię świata, ale Europa jest uzależniona od rosyjskiej energii. George W. Bush może nienawidzić Chaveza, ale Wenezuela dostarcza Stanom Zjednoczonym około 10 proc. importowanej ropy. Prezydent Iranu Achmadineżad może być wcielonym diabłem, ale przy cenie ponad sto dolarów za baryłkę każda podjęta przez Zachód próba obalenia go wiązałaby się z horrendalnym ryzykiem.

Gdy zabraknie wody

Zachodnie mocarstwa słabną, a rodzące się potęgi toczą ze sobą spory. Chiny konkurują z Indiami o środkowoazjatyckie złoża ropy i gazu. Tajwan, Wietnam, Malezja i Indonezja kłócą się o ropę zalegającą pod dnem Morza Południowochińskiego. Arabia Saudyjska rywalizuje z Iranem w Zatoce Perskiej, a Iran i Turcja patrzą na Irak. Oczywistym rozwiązaniem byłoby rozszerzenie współpracy międzynarodowej, ale prawda jest taka, że w miarę pogłębiania się kryzysu surowcowego świat staje się coraz bardziej skłócony i podzielony.

Daleko odeszliśmy od utopii sprzed ledwie dekady, kiedy modni guru mówili mądrze o “ekonomii wiedzy”. Potem tłumaczono nam, że zasoby naturalne nie są już ważne – że motorem rozwoju gospodarczego stały się idee. Cykle koniunktury zostawiliśmy w tyle, nadeszła era nieustającego wzrostu. W rzeczywistości ekonomia wiedzy okazała się złudzeniem wykreowanym przez tanią ropę i tani kapitał, a mówienie o wiecznym boomie kończyło się zawsze płaczem i zgrzytaniem zębów. To nie koniec świata ani globalnego kapitalizmu, tylko, jak zwykle, historia.

Nowym czynnikiem są zmiany klimatyczne. Podnoszący się poziom oceanów zredukuje zasoby żywności i wody pitnej, co może spowodować wielkie fale “środowiskowej” migracji z Afryki i Azji do Europy. Globalne ocieplenie zagraża zasobom energetycznym, zmniejszając bezpieczeństwo eksploatacji elektrowni wodnych i platform wiertniczych. Kiedy drożeje wydobycie tradycyjnych paliw kopalnych, bardziej opłacalna staje się eksploatacja innych, jak piaski roponośne, ale są one od konwencjonalnych bardziej zanieczyszczone.

W tej rundzie Wielkiej Gry niedobory energii i globalne ocieplenie wzmacniają się nawzajem. Skutkiem może być tylko rosnące ryzyko konfliktu. Kiedy rozgrywano poprzednią rundę, na świecie żyło około 1,65 mld ludzi. Na początku XXI stulecia czterokrotnie liczniejsza ludzkość walczy między sobą o bezpieczną przyszłość w świecie zmieniającym się nie do poznania wskutek zmian klimatu. Rozsądnie byłoby przygotować się na kolejne rymy historii.

Przeł. Sergiusz Kowalski

* John Gray – filozof i publicysta, jest profesorem London School of Economics. Jego najnowsza (2007) książka nosi tytuł “Black Mass: Apocalyptic Religion and the Death of Utopia”

Źródło: gazeta.pl

Chiński narkotyk

Jak chińska gospodarka uzależnia od siebie świat

Dobry wojskowy zwycięża wroga bez walki, zajmuje miasta bez oblężenia i w krótkim czasie zdobywa kraj. Odnosi zwycięstwa, nie trudząc żołnierzy” – napisał ponad 2,5 tys. lat temu Sun Tzu, chiński generał i strateg. Zakochani w jego traktacie „Sztuka wojenna” Chińczycy stosują się do tych rad. Bez żmudnych „oblężeń” zachodnich rynków i trudzenia własnych „żołnierzy” biznesu opanowują światową gospodarkę. Zalewają zagraniczne rynki swoimi towarami; przyciągają zachodnie koncerny skuszone możliwościami chińskiego rynku i sami śmiało inwestują w krajach rozwijających się. I kontraktują ogromną część surowców naturalnych wydobywanych na świecie. Dlatego coraz więcej państw staje się gospodarczymi zakładnikami Państwa Środka.

Rachunek za niskie ceny

W połowie 2007 r. dwóch przedstawicieli Komunistycznej Partii Chin udzieliło wywiadów, w których ostrzegli, że jeśli zajdzie taka potrzeba, Pekin może użyć wynoszącej 1,33 bln USD rezerwy walutowej jako politycznej broni, aby wywrzeć wpływ na Stany Zjednoczone. Chiny mają warte 900 mld USD amerykańskie obligacje. Gdyby w krótkim czasie Chińczycy zaczęli je sprzedawać na rynku, gwałtownie spadłaby ich cena i kurs dolara. W skrajnym wypadku mogłoby to nawet doprowadzić do załamania gospodarczego w USA.

Eksport jest bronią, która sprawia, że chińskie zasoby gotówki pęcznieją, a przy okazji uzależniają się od Chin zagraniczne gospodarki. Chiny są pierwszym dostawcą towarów dla Japonii, drugim dla UE i trzecim dla USA, a w każdym z tych wypadków ich udział w handlu szybko rośnie. USA w handlu z Chinami mają deficyt sięgający w 2007 r. aż 256 mld USD. Przez lata rząd w Pekinie stymulował chiński eksport poprzez sztuczne zaniżanie wartości juana. Środkiem takiej polityki było skupowanie dewiz, głównie dolarów amerykańskich oraz papierów dłużnych USA. W ten sposób Chiny kredytowały rozbuchaną konsumpcję Amerykanów, a deficyt USA w handlu z Chinami stale narastał.

Dzięki wciąż niskim kosztom pracy w Chinach są one w stanie oferować konkurencyjne cenowo towary i usługi. Dla USA czy Europy tani import z Chin oznacza m.in. możliwość utrzymywania u siebie inflacji w ryzach i obniżenia kosztów życia własnych obywateli. Z tych samych powodów – niskich kosztów pracy – zachodnie koncerny na potęgę inwestują w Chinach (w 2007 r. wartość zrealizowanych tam zagranicznych inwestycji sięgnęła 83 mld USD). Dla wielu z nich przeniesienie produkcji do Państwa Środka było jedyną szansą na utrzymanie się na rynku. W ten sposób od chińskiej gospodarki (a więc pośrednio chińskiego rządu, mającego ogromny na nią wpływ) – niczym od narkotyku – uzależniają się wielkie koncerny i całe państwa.

Źródło: wprost.pl

Nadchodzi wiek Chin …

Już za kilka lub kilkadziesiąt lat Stany Zjednoczone mogą stracić prymat gospodarczy na świecie.

Moment ten może nadejść wcześniej, niż do tej pory się tego spodziewano, a konsekwencje tego procesu mogą być dla osób wychowanych w kulturze cywilizacji zachodniej trudne do wyobrażenia.

Znany amerykański ekonomista Angus Maddison przewiduje, że pod względem rzeczywistej wartości dochodu krajowego brutto Chiny zaczną doganiać Stany Zjednoczone już około 2015 roku, o około 35 lat wcześniej od prognoz, przewidujących zrównanie się USA i ChRL pod względem wartości bezwzględnej PKB. Obliczenia Maddisona nie są pozbawione sensu – chińska gospodarka rozwija się w błyskawicznym tempie, a gospodarka USA znalazła się w fazie stagnacji, jeśli nie recesji. Nawet przy założeniu, że system ekononomiczny Państwa Środka nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowego tempa rozwoju, przepaść dzieląca USA i Chiny będzie coraz mniejsza. Maddison zakłada zresztą wolniejszy wzrost ChRL i bardzo optymistycznie – aż 2,6 proc. rocznego wzrostu gospodarczego dla USA. Tymczasem już dziś wiadomo, że Stany Zjednoczone czeka kilka lat stagnacji.

Wraz ze wzrostem znaczenia gospodarczego Chin zwiększać się będzie zależność Zachodu od Państwa Środka. Stopień tego uzależnienia widać już dziś w stosunkowo nieśmiałych reakcjach na wydarzenia w Tybecie i ostrożnym stanowisku w sprawie możliwości politycznego bojkotu igrzysk olimpijskich, przyznanych beztrosko Pekinowi w 2001 roku, mimo świadomości, że staną się one narzędziem propagandy. Chiny są już teraz głównym wierzycielem USA, posiadając ogromne inwestycje w amerykańskich papierach dłużnych. Inwestycje chińskiego kapitału na Wall Street już dziś mogą wpływać na wysokość amerykańskich emerytur. Dzięki taniej sile roboczej Chiny odebrały Europie i Ameryce całe gałęzie produkcji przemysłowej, niewymagającej gigantycznych nakładów technologicznych. Teraz w błyskawicznym tempie nadrabiają dystans do Zachodu w dziedzinie informatyki i zaawansowanych technologii. Obok Chin niemal równie szybko rozwija się gospodarka ponadmiliardowych Indii, które także będą walczyć o zabezpieczenie swoich interesów.

Niezależnie od tego, jakie przyjmiemy kryteria szacowania gospodarczych osiągnięć, jeszcze za życia wielu z nas Stany Zjednoczone mogą stracić gospodarczy prymat na świecie. Skończy się tym samym pewna epoka, która rozpoczęła się około 1890 roku, gdy rewolucja przemysłowa i wolny rynek uczyniły z USA największą potęgę na naszym globie. Konsekwencje tego procesu trudno sobie dziś nawet wyobrazić. Chiny nie są państwem demokratycznym i często prowadzą politykę zagraniczną, którą trudno zaakceptować zachodnim demokracjom. Dzięki globalnym powiązaniom kapitałowym będą zyskiwać jeszcze na znaczeniu, co może sprawić, że wiek XXI zostanie zapamiętany jako stulecie Państwa Środka.

Autor: hugo_w2 01.05.08

Źródło: gazeta.pl

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , , , ,

Krótka historia wielkiej miłości Tajwanu do Ameryki

maj 27, 2008 · Dodaj komentarz

Marco Polo dociera do Wielkich Chin

Dawno, dawno temu w 1271 roku 17-letni wenecjanin Marco Polo wraz z ojcem i wujem wyruszył na handel do Chin. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdy przed nim „jedwabnym szlakiem” docierało tam już wielu europejskich kupców, Marco trafił jednak na sam dwór ówczesnego cesarza Chin, gdzie bawił dobrych 17 lat. Nijaki Rusticello opisał potem jego przygody w książce „Odkrywanie świata”, któreż to dzieło stało się inspiracją dla pokoleń przyszłych podróżników. Tak rozpoczęło się odkrywanie liczącej przeszło 4 tys. lat cywilizacji chińskiej przez Europę.

Azja pod zaborami Europy

Chiny z opisów Marco Polo przewyższały średniowieczną Europę cywilizacyjnie i kulturowo. Nic więc dziwnego, że chińscy władcy – tak po zetknięciu z Europejczykami czy z mieszkańcami Afryki czy Azji Mniejszej – rządzili w przekonaniu, że Chiny są mocarstwem samowystarczalnym i najdoskonalszym z możliwych. Przekonanie to – być może słuszne jeszcze w czasach europejskiego renesansu – stało się jednak w XIX wieku przyczynkiem do upadku Chin. W momencie gdy Europa przechodziła fazę dynamicznej rewolucji przemysłowej, Chiny zupełnie odcięły się od wpływów zachodnich, uważając, że Zachód, tak jak kiedyś, tak i teraz, nie ma im tak naprawdę nic do zaoferowania (sto lat wcześniej z podobnego założenia wychodzili władcy Polski, która w XIX wieku z podzieliła los większości krajów Azji, tracąc niepodległość na rzecz europejskich, nowoczesnych mocarstw). Przebudzeniem ze snu o ponadwiekowej wielkości okazały się dla Chińczyków dwie wojny opiumowe w XIX wieku, podczas których wojska Wielkiej Brytanii i Francji bez najmniejszego trudu rozgromiły zacofaną armię chińską, czyniąc Chiny krajem praktycznie zależnym od siebie. (Dla Polaków podobnym przebudzeniem okazały się rozbiory). Mimo poniżenia przez obce europejskie armie, Chiny dalej trwały w zacofaniu cywilizacyjnym w stosunku do Zachodu i dopiero w XX wieku przystąpiono tam do koniecznych reform. Ignorancja Zachodu ustąpiła miejsca nadgorliwości w kopiowaniu jego wzorców a sam stosunek Chińczyków do białych nabrał ambiwalentnego znaczenia – z jednej strony podziwu, z drugiej: zawiści i nieufności. Chińczycy postanowili odbić sobie XIX wieczne upokorzenia nie tyle bezpośrednią militarną konfrontacją z Zachodem, co metodycznym zdobywaniem strategicznych przyczółków zachodnich na polu gospodarczym.

Tymczasem jeszcze we wspomnianym XIX wieku mocarstwa europejskie krok po kroku przejmowały władzę nad całą Azją, czyniąc z jej krain podległe sobie kolonie. I tak – Francji przypadły Indochiny (współcześnie Laos, Kambodża i Wietnam). Indie, Birma i Malezja – Wielkiej Brytanii. Indonezja – Holandii. Filipiny – Hiszpanii. Jedynym krajem Dalekiego Wschodu niezależnym wówczas od Zachodu była Japonia, gdzie – niemal w tym samym czasie, co w Europie – zaczęła rodzić się koncepcja wyższości rasowej i kulturowej nad ościennymi ludami. Z przekonaniem o wyższości swej rasy nad innymi Japończycy zajęli Koreę oraz część Chin, w tym Tajwan, stając się podobnie jak kolonizatorzy europejscy postrachem, ale jednocześnie obiektem szacunku podbitej ludności.

USA nowym rozgrywającym w Azji

Ameryka, budująca dopiero w XIX wieku swoja państwowość, nie angażowała się wówczas tak jak kraje Wielka Brytania czy Francja w podbój Azji. Fakt ten później pozwolił Amerykanom budować relacje z Daleką Azją bez balastu historycznych uraz. Dodatkowo zwycięstwo nad niepokonaną Wielką Brytanią w wojnie o niepodległośc w 1783 roku, a potem zwycięstwo nad potężną Japonią w 1945 roku czyniło z USA w świadomości społeczeństw azjatyckich niepokonanych bogów – nowych panów świata.

Po 1945 roku głównymi rozgrywającymi na boisku Dalekiego Wschodu zostały USA, Chiny i ZSRR. Ameryce udało się w znacznej części uniknąć kolonialnych błędów popełnionych wcześniej przez Brytyjczyków i nawiązać z częścią krajów Azji relacje partnerskie – nie tyle jednak z autentycznej przyjaźni, co ze startegii budowania swoich przyczółków w Azji w celu powstrzymywania rozprzestrzeniania się komunizmu.

Parasol nad Tajwanem

USA po zwycięstwie nad Japonią w 1945 roku dążyły z jednej strony – w perspektywie konfliktu z ZSRR – do nawiązania dobrych stosunków z Chinami, z drugiej strony do osłabiania ich pozycji w Azji i powstrzymania ekspansji komunizmu. Głównym partnerem strategicznym w regionie stała sie wówczas dla USA Japonia. Poza tym podczas wojny domowej w Chinach pod koniec lat 40-tych XX wieku Stany Zjednoczone wspierały prawicową armię Chang Kai-Szeka, prowadząc jednocześnie rozmowy z komunistami chińskimi na wypadek ich zwycięstwa. Niefortunnie w 1949 roku wojnę domową w Chinach wygrali właśnie komuniści na czele z wyjątkowo uprzedzonym do Zachodu Mao Tse Tungiem a pokonany prawicowy wódz Chang Kai Szek z niedobitkami swej armii zbiegł na Tajwan. Początkowo USA nie zamierzało poświęcać relacji z Chinami kontynentalnymi, wspierając prawicowców chińskich na Tajwanie. Sytuację zmienił komunistyczny przewrót stanu w Korei w 1950 roku, poparty przez przywódców ZSRR i Chin Ludowych – Stalina i Mao Tse Tunga. W odpowiedzi USA wysłało do Korei armię pod egidą ONZ oraz otworzyła „parasol ochronny”nad Tajwanem, rozmieszczając na Morzu Wschodniochińskim swe okręty wojenne. Skutkami wojny w Korei był sztuczny podział Korei na cześć Pn i Pd. oraz wsparcie militarne i finansowe Tajwanu przez USA, który obok Japonii stał się ich głównym partnerem strategicznym na Dalekim Wschodzie. Wówczas też byt Tajwanu stał się całkowicie zależny od USA. Propagandzie Chang Kai-Szeka (notabene Chińczyka pielęgnującego dawne tradycje Chin) nie pozostało więc nic innego niż zataić skrywane kolonialne, urazy i okazywać Ameryce szacunek, wdzięczność i podziw – przekazywane nowym pokoleniom Chińczyków urodzonych na Tajwanie.
I nawet gdy USA w latach 70.tych za prawowite Chiny uznał te ze stolicą w Pekinie, a nie w Tajpej, Tajwan pozostał im wierny w miłości – nie mając w istocie innego wyjścia.

Kochać albo umrzeć

Tajwan pokochał USA miłością bezwarunkową i bezkrytyczną – razem ze wszystkimi jego zaletami i wadami. To, co amerykańskie – w tym kultura masowa – stało się dla Tajwańczyków synonimem siły i wysokiej jakości. Jednocześnie propaganda państwowa nakazała swym obywatelom jednoczesny szacunek do dawnego okupanta, a teraz partnera – Japonii. I to właśnie Japonia, tak jak dawniej, stała się w Dalekiej Azji centrum finansowym i kulturalnym. Dla młodego pokolenia urodzonego na Tajwanie po 1950 roku – nie pamiętającego okupacji japońskiej i cynizmu zachodnich kolonizatorów – wzorce amerykańskie, japońskie i europejskie stały się wzorcami obowiązującymi. Wprowadzanie w życie amerykańskich rozwiązań gospodarczych pozwoliło zresztą Tajwanowi na osiągnięcie bardzo szybko niezależności finansowej. Wysepce – uznawanej w świecie jako niezależne państwo jedynie przez kilka prawicowych dyktatur w Ameryce Pd i Afryce – nie pozostało też nic innego jak przyjmowanie przybyszów ze świata – a zwłaszcza z USA i Europy – z otwartymi rękami. Oni właśnie – przy braku oficjalnych ambasad – mieli stanowić nieoficjalnych ambasadorów Tajwanu na świecie.

Absurdem w wypadku Tajwanu byloby tez stawianie jakichkolwiek warunkow Stanom Zjednoczonym, nie mowiac juz o krytyce poczynan Wielkiego Brata. Tajwan podobnie jak Polska bezkrytycznie poparl amerykanska wojne w Iraku. Jesli jednak Polska – bedac czescia zjednoczonej Europy – ma szanse bez pomocy USA nie zostac wchlonietym przez Rosje, Tajwan bez wsparcia Stanow Zjednoczonych nie ma co liczyc na jakakolwiek inna pomoc z zewnatrz. Inwazja Chin na Tajwan zakonczylaby sie prawdopodbnie jedynie protestami dyplomatycznymi kilku krajow swiata, reszta milczalaby nie chcac narazac swych stosunkow handlowych z Chinami. Tajwanczykom pozostalo wiec kochac USA miloscia irracjonalna i oblubiencza oraz wbrew wszystkiemu wierzyc, ze Ameryka bedzie z nimi na dobre i na zle.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 12. O tym jak teacher Jeff z Kanadyjczyka został Amerykaninem

maj 19, 2008 · Dodaj komentarz

Jego owalna twarz przypominała mi twarz Mongoła. Był jednak Tajwańczykiem. Miał 8 lat i nazywał się Johnny. Nosił czapeczkę z daszkiem, na której wyhaftowana była maleńka swastyka – w moim świecie znak kojarzący się jednoznacznie z faszyzmem i Hitlerem, tutaj symbol buddyzmu. Nadgorliwie aktywny na lekcji, dla punktów i pieczątek mechanicznie wypełniający wszystkie moje polecenia. Przyszły urzędnik państwowy, pracownik banku, policjant. W momencie utraty punktów padał ze spazmem na podłogę i zanosił się płaczem. Jego wymowa angielskich słówek była jednak doskonała. Wcześniej musiał mieć zajęcia z amerykańskim native-speakerem. Często, gdy nie byłem pewny wymowy jakiegoś słówka, konsultowałem je właśnie z Johnnym – kazałem mu je wypowiedzieć, po czym powtarzała je chórem cała klasa. W ten sposób Johnny stał się moim niepisanym pomocnikiem. I być może pracowałby dla mnie nielegalnie cały semestr, gdyby nie okazał się zdrajcą.

Od pewnego czasu mama mojego faworyta zaczęła ni z tego ni z owego notować w dzienniczku uwagi dla dyrektorki Tiffany odnośnie moich zajęć. Dyrektorka Tiffany zbywała jednak to wszystko milczeniem, tymczasem uwag przybywało i przybywało. W końcu zacząłem przy Johnnym ostrożnie cedzić słowa, wiedząc, że moje najmniejsze przejęzyczenie zostanie zaraz odtworzone z precyzją dyktafonu mamie. Nie poskutkowało – maminych uwag jak przybywało, tak przybywało. Johnny był jak ukryta kamera, dzięki której nadgorliwy rodzic mógł śledzić każde moje potknięcie. W końcu zacząłem Johnnego unikać i starałem się z nim nie rozmawiać.  To już nie był ten sam niewinny dzieciak o księżycowej twarzy Mongoła, to był potwór moich lęków, że zostanę odkryty jako oszust, osądzony, rozstrzelany. Nie mogłem ciągnąć dłużej tej gry pozorów. Na przerwie ostrożnie podszedłem do dyrektorki Tiffany.

- Dyrektorko Tiffany, spostrzegłem, że od pewnego czasu mama Johnnego podważa w dzienniczku moje kwalifikacje.
Dyrektorka przestraszyła się.
- Och, nauczycielu Jeffie, proszę się nie martwić mamą Johnnego, mama Johnnego czepia się wszystkiego – matematyki, chińskiego i angielskiego.
To mnie nieco uspokoiło. Postanowiłem jednak kontynuować zwierzenia.
- Dyrektorko Tiffany, chciałbym coś wyznać – spojrzałem głęboko w jej przerażoną twarz. – Nie jestem  Kanadyjczykiem – zawiesiłem głos. – Nie jestem Kanadyjczykiem, ale Szkotem z dziada i pradziada, dlatego mój akcent i moja wymowa niektórych angielskich słów może różnić się od wymowy amerykańskiej czy kanadyjskiej.

Dyrektorka z zakłopotania uśmiechnęła się głupkowato. - Nauczycielu Jeffie, rozumiem. Dobrze byłoby jednak, żeby rodzice myśleli, że jesteś Amerykaninem, więc jeśli ktoś by się ciebie spytał skąd jesteś, odpowiedz, że Amerykaninem.

Cóż więcej mogłem dodać. Dygnąłem i poszedłem w swoją stronę. Miesiąc temu byłem jeszcze Kanadyjczykiem, dziś Amerykaninem. Czemu nie. Tak naprawdę mogłem być dla dyrektorki Tiffany kimkolwiek – opóźnionym w rozwoju, psychopatą czy zbiegłym przestępcą, liczyło się  to, że byłem biały. Strzały krytyki mamy Johnnego mogły w tym wszystkim co najwyżej dodać memu amerykańskiemu – niebiańskiemu – wizerunkowi ludzkich cech, kreując mnie na twór pośredni miedzy bogiem a człowiekiem - jak Jezus czy Herkules. Na przerwie pomiędzy lekcjami angielskiego, gdy odwiedzałem pobliski sklep spożywczy, wokół mnie gromadziło się zbiegowisko uczniów z pobliskiej państwowej szkoły podstawowej. Pokazywali na mnie palcami, szepcząc do siebie w uniesieniu: „Meiguo ren” – Amerykanin (w dosłownym tłumaczeniu: człowiek z pięknej krainy).

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Tiffany ryzykowała mało, przyjmując mnie dwa miesiące temu do szkoły jako nauczyciela bez żadnego doświadcznia. Znała bardzo dobrze realia. Jakkolwiek nie powykręcany, byłem białą kurą znoszącą złote jaja.  Moja bytnośc w szkole i moje samotne przechadzki podczas przerw po okolicy szybko zaowocowały zapisami nowych uczniów do szkoły. Z tygodnia na tydzień klasy mi się powiększały, tak że brakowało już w nich krzeseł. Dyrektorka Tiffany zaproponowała mi prowadzenie wakacyjnych obozów językowych dla dzieci, które zostają w mieście. Tymczasem tajwańskie nauczycielki patrzyły na to wszystko spod byka – nie dość, że w większości studiowały anglistykę, że pracowały w zawodzie od kilku lat, zarabiały o wiele mniej niż ja, tylko dlatego, że nie były białe. Widząc wyrzut w tych pokornych azjatyckich oczach, chciałem im czasami krzyknąć w twarz, że one same swoim milczeniem budują ten absurdalny, rasistowski system. Po co miałbym im jednak komplikować życie - o wiele łatwiej jest żyć ze świadomością, że odpowiedzialność za to kim jesteśmy nie spoczywa na nas samych.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , ,

Chiński na żywo

maj 13, 2008 · Dodaj komentarz

Unikalne nagranie lekcji chińskiego, w którym na żywo można zobaczyć bohaterów “Opowieści tajwańskich”.

Występują (w kolejności pojawiania się):

- Indonezyjczyk Xieyongsen (scena pierwsza – po lewej stronie ekranu przy tablicy) – studiował w Indonezji architekturę; ma chińskich przodków, cześć jego rodziny mieszka na Tajwanie; dobrze mówi po chińsku i po angielsku, trochę po japońsku; nieco nieśmiały; gra na gitarze; słucha metalu.

- Japończyk “Czysta Woda” Qing Shui  (scena pierwsza – po prawej stronie ekranu przy tablicy, w krótkich spodenkach) – reprezentant studenckiej reprezentacji Japonii w piłce nożnej; najmodniejszy i najweselszy w klasie; w Japonii studiuje Chińską Kulturę; co przerwę przedstawia komiczne scenki rodzajowe rodem ze światowych boisk; w przyszłości chce zostać trenerem.

- Indonezyjczyk “Joseph” Yuese (pierwszy plan na krzesełku,  w okularach) – pewny siebie; przyszły lider; praktykujący chrześcijanin; śpiewa w kościelnym chórze.

- Japonka   Anda – jedyna dziewczyna w klasie; nieco starsza od kolegów z klasy (40 lat!); wciaz niezamezna; nieco zagubiona; nieco nieśmiała.

- Nauczycielka Qiu (czyt. Ciou) – drobna, wesoła, pogodna, lubiąca swoich uczniów, pozwalająca im na małe wybryki w klasie.

- Koreańczyk Bingshou ( siedzący po prawej stronie od tablicy) – młody, wiecznie zaspany i ziewający; nałogowo pali papierosy

- Australijczyk Neil – największy i najstarszy w klasie; z racji wieku czuje się w klasie nieco obcy; często nieobecny; ubiera się w stare, luźne spodnie i koszule; na Tajwanie już od 5 lat, zajmuje się wyrobem ceramiki.

- Wietnamczyk Yinggjun (w drugiej scenie przy tablicy stoi po lewej stronie) – starszy od kolegów w klasie; jeździ na skuterze; dość dobrze mówi po chińsku, nie wymawiając przy tym dz, czy, sz.; nałogowy palacz, co przerwę wychodzi z Neilem na papierosa pod szkołę i jako, że Neil nie mówi po chińsku, a Yonggjun po angielsku, palą w psychodelicznym milczeniu, spoglądając refleksyjnie na ulicę, po której pędzą skutery.

- Wietnamczyk Ruandelun (w drugiej scenie przy tablicy stoi po prawej stronie, w okularach) – młody, zdolny, dobry w chińskim, niestety nie zna angielskiego; po bliższym poznaniu sympatyczny

- Koreańczyk Zhen Hao – nie widać go na filmie; siedzi schowany między Japonką a Indonezyjczykiem.

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: , , , , , , , , , , ,

Gombrowicz po chińsku

maj 13, 2008 · Dodaj komentarz

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , ,

Praca dla “białych” nauczycieli

maj 12, 2008 · 3 komentarzy

Większość tajwańskich rodziców nie interesuje się wykształceniem i kwalifikacjami nauczyciela angielskiego swoich dzieci – jeśli jest on biały.

23-letnia Amerykanka, Cristina Becker, ucząca języka angielskiego w Chung An – filii Hess Education Organization, próbuje przemycić swoim przedszkolakom niuanse języka angielskiego poprzez popularna grę w „Węże i drabiny”.

Podczas trzygodzinnej lekcji dwadzieścioro chłopców i dziewczynek nauczy się jak literować słowa „apple”, „boy” i „cat”oraz jak opisywać swoje samopoczucie. Cristinie, uczącej w szkole Hess od 10 miesięcy, szczerze zależy na sukcesie jej uczniów. „Utwierdzam ich w przekonaniu, że pewnego dnia język obcy będzie im naprawdę przydatny” – twierdzi Cristine – „Nie uczę ich tylko angielskiego, ale także innej kultury i tego jako być człowiekiem otwartym i akceptować ludzi, którzy są inni od nas samych”.

Takich lekcji, według Cristiny, powinno się nauczyć więcej ludzi na Tajwanie – w szczególności rodziców i dyrekcji szkół językowych. Miesiąc po przyjeździe do Tajpej, Cristina zorientowała się bowiem, że funkcjonuje tutaj dochodowy biznes nauczania angielskiego – nastawiony na białych nauczycieli z Zachodu.

W ogłoszeniach poszukujących prywatnych korepetytorów angielskiego czy nauczycieli w zapełnionych do ostatka szkołach językowych notorycznie powtarzają się frazy: „Aplikanci o wyglądzie zachodnim”, „nie ABC (American Born Chinese) – Chińczycy urodzeni w USA”, „tylko nauczyciele z zagranicy”.

Co prawda praca jest oferowana również tym, którzy nie pasują do powyższych opisów – tyle że za mniejszą pensję. Wiele szkół nie czuje skruchy z powodu tych praktyk, tłumacząc je wymaganiami rodziców.

Szkoła angielskiego Giraffe od pewnego czasu zamieszcza ogłoszenia o pracę dla nauczycieli angielskiego zniechęcające Chińczyków urodzonych w USA do składania podań. „Potrzebujemy prawdziwych obcokrajowców” – twierdzi Stella Young, tajwańska nauczycielka w Giraffe. „Tego wymagają rodzice”.

Biały to Amerykanin

Cristina Becker urodziła się w Hiszpanii, ale od trzeciego roku życia mieszkała i dorastała w USA. Ma malezyjskich, tajlandzkich, angielskich, polskich i niemieckich przodków. Od czasu, gdy zaczęła uczyć, niektórzy rodzice jej uczniów zaczęli się skarżyć, że ich dzieci nie otrzymują „pełnego, doświadczenia z zagranicy”, ponieważ Becker nie wygląda na białą. „Według nich, jeśli ktoś jest biały, jest Amerykaninem” – mówi Cristine. – „Jeśli ktoś nie jest biały, nie jest Amerykaninem. Zdaję sobie sprawę, że wynika to po prostu z ignorancji, jednak ciężko jest mi przejść nad tym do porządku dziennego”.

Mimo zapewnień dyrekcji szkoły, że taka postawa rodziców nie ma wpływu na jej nauczanie, Cristina uważa, że negatywne nastawianie rodziców ma wpływ na jej kontakty z uczniami. „Jeśli rodzice mają o mnie negatywne wyobrażenie, jak może to nie wpływać na stosunek dzieci do mnie?”

Stereotypy rodziców mają również wpływ na politykę przyjmowania nauczycieli przez szkoły. Rodzice, którzy płacą często 8 tys. dolarów tajwańskich za trzy miesiące lekcji [przyp. tł.: dane na 2000 rok, w 2008 roku rodzice płacą średnio 8 tys. NT$ za miesiąc lekcji], wywierają finansową presję na szkoły językowe, które spełniają ich, nawet najbardziej kapryśne, żądania.

“Rodzice, którzy nie znają angielskiego wierzą w mit, że biały nauczyciel nauczy ich dzieci lepiej”, mówi Melanie Lin, szef departamentu nauczania w Kid Castle American School. – „Z marketingowego punktu widzenia zrozumiałym jest więc dlaczego szkoły wolą zatrudniać białych nauczycieli” – dodaje, przekonując, że Kid Castle nie stosuje takiej dyskryminacji.

Faith Liao, tajwański nauczyciel angielskiego, który jest właścicielem Victory English School zgadza się z tym, że dyskryminacja przy zatrudnianiu nauczycieli wynika przede wszystkim z ignorancji rodziców.

“Większość tajwańskich rodziców nie interesuje się wykształceniem nauczyciela, do czasu aż jest on białym Amerykaninem” – mówi Liao – „Niemniej dla mnie o wiele ważniejsze jest zatrudnienie kogoś z doświadczeniem. Nigdy nie osądzałbym osoby ubiegającej się o pracę na podstawie jej koloru skóry, ale wiem, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej poza moją szkołą”.

Connie Liu uświadomiła sobie, że należy do nauczycieli angielskiego „drugiej kategorii”, gdy niedawno szukała pracy. Amerykanka pochodzenia chińskiego, mieszkająca przez ostatnie lata w Korei Pd twierdzi, że jej pochodzenie działało na jej niekorzyść podczas szukania pracy nauczyciela angielskiego. Ucząc angielskiego w Korei Pd przez 6 lat, przyjechała na Tajwan, aby studiować chiński i zarabiać pieniądze.

„Tak naprawdę nikt nie mówił niczego wprost, ale zawsze po tym, gdy oznajmiałam im, że jestem chińską Amerykanką, zawsze zapadała w słuchawce niemiła pauza” – Liu opowiada o swoich rozmowach o pracę przez telefon. „To tak jakby mówiono mi ‘Och, nie jesteś prawdziwą Amerykanką’. To niepokojące, że moje pochodzenie często podważa moją wiarygodność”.

Zanim znalazła pracę w Joy American School, gdzie zarabia 510 NT$ na godzinę, Liu starała się o pracę w trzech innych prywatnych szkołach, które zaoferowały jej etat – ale za niższą stawkę. W filii Sesame Street School manager oferował jej 450 NT$ za godzinę, mimo że „zagraniczny” nauczyciel powinien otrzymywać tam 500NT$.

Kolor skóry kontra kwalifikacje

Sesame Street School broni się, że nie dyskryminuje nikogo z powodu koloru skóry. Według Anity Hsu z tej szkoły minimalna płaca, którą oferują nauczycielom  to 450NT$, zależnie od doświadczenia.

- Moje osobiste doświadczenia związane z rozmowami o pracę to jedna rzecz. Ale gdy tylko widzę ogłoszenia w gazecie, gdzie oferuje się pracę “rdzennym obcokrajowcom” wpadam w szał. Co ma oznaczać niby to „rdzenny”? Jestem rdzennym obcokrajowcem, ale wiem, że ktoś taki jak ja, nie jest tym, kogo oni szukają”.

Wszystkie przedszkola i prywatne szkoły szukające nauczycieli “o wyglądzie zachodnim” wypuszczają ogłoszenia właśnie po to, aby przyciągnąć obcokrajowców. „Niemniej nie odsyłamy kogoś z kwitkiem, tylko dlatego, że nie spełnia tego wymagania” – twierdzi Lila Tang, manager jednej ze szkół.

Niektórzy rodzice preferują białych nauczycieli, ponieważ sądzą, że ci przekażą ich dzieciom lepszy zrozumienie zachodniej kultury. Tina Wang, matka dwóch nastolatków, od ośmiu lat posyłanych do prywatnych szkół anglielskiego, twierdzi, że woli dla swoich dzieci białych nauczycieli, gdyż to ośmiela je w stosunku do ludzi, którzy wyglądają inaczej od nich samych. „To nauczy ich większej śmiałości w stosunku do obcokrajowców, a nie tylko gapienia się i jąkania w ich obecności” – mówi. – „Uczą się naprawdę o nowej kulturze. A ich akcent jest bardziej naturalny”.

- Rodzice powinni spróbować zrozumieć, że nie to jak nauczyciel wygląda, ale jego styl nauczania, metody i kontakt z uczniami są najważniejsze – kwituje Liu.

Niejasne prawo

Wiele krajów posiada bardzo restrykcyjne prawo zabraniające dyskryminacji ze względu na pochodzenie etniczne, wiek i płeć w miejscu pracy. Niemniej prawo tajwańskie pełne jest w tej kwestii niejasności i klasyfikuje ogłoszenia o pracę ze względu na wiek i preferencje seksualne w poszczególnych zawodach.

Mimo że Akt Zatrudniania z 1992 roku gwarantuje te same prawa wszystkim pracownikom a dyskryminacja przez zatrudniającego traktowana jest jako przestępstwo od 1998 roku we wszystkich większych miastach na Tajwanie, nacisk w tej kwestii kładziony jest przede wszystkim na sektor pracowników fizycznych.

Zgodnie z postanowieniami Ministerstwa Pracy, zagraniczni nauczyciele angielskiego są chronieni jedynie przez kontrakt wynegocjowany między nimi a pracodawcą.

„Nie istnieją szczegółowe przepisy dotyczące rasowej dyskryminacji przy zatrudnianiu zagranicznych nauczycieli angielskiego”, twierdzi Lin Tzu-huei z Departamentu Edukacji Społecznej. „Tak długo jak płacone jest im narodowe minimum  w wysokości 15,840NT$ miesięcznie, prawo ma mało do powiedzenia w tej sprawie”.

Polityka zatrudniania Białych

W momencie powstania szkoły Hess w 1983 roku polityką organizacji było przyjmowanie jedynie nauczycieli białych z amerykańskim akcentem. „Ta polityka nie skłoniła nikogo do refleksji tak długo jak długo istniało zapotrzebowanie rynku w tamtym czasie” – mówi Wilda Lin, chińska Amerykanka, pracująca aktualnie dla Hess. Przedstawiciele firmy zaprzeczają jakoby taka polityka kiedykolwiek oficjalnie istniała.Tak czy siak Hess w szybkim tempie się rozrósł – dziś jest największą korporacją nauczania angielskiego na Tajwanie z ponad 100 filiami. Na 200 zagranicznych nauczycieli angielskiego zatrudnianych aktualnie przez Hess, około 15 procent jest pochodzenia chińskiego, twierdzi Eleanor Chong, osoba odpowiedzialna za zatrudnienie w Hess. Jedynym wymaganiem jest to, żeby aplikant był posiadaczem paszportu kraju, w którym mówi się po angielsku. Dwie trzecie zagranicznych nauczycieli pochodzi z Kanady i USA; pozostała część to Brytyjczycy, Australijczycy, obywatele RPA i Nowej Zelandii.

“W żadnym wypadku nikogo nie dyskryminujemy”, twierdzi Chong, “Rodzice mogą preferować białych nauczycieli, mimo tego wciąż zatrudniamy Amerykanów pochodzenia chińskiego i ludzi kolorowych, gdyż naszym zadaniem jest także edukowanie  samych rodziców”.

Problem regionalny

Urodzona w Anglii w chińskiej rodzinie Cecilia Wan twierdzi, że preferencja do zatrudniania białych nauczycieli angielskiego dotyczy nie tylko Tajwanu, ale również innych azjatyckich miast i państw. Kiedy dwa lata temu mieszkała w Hong Kongu i aplikowała o pracę, gdzie szukano „osoby, której rodzimym językiem jest angielski”, zastała szybko odrzucona.

„Powiedzieli mi wprost: jesteś Chinką, a nie Białą. Nie możesz uczyć naszych dzieci”.

Cecilia w tym momencie uczy w Hessie, ale ciągle uważa, że tak jak trzy lata temu tak i dziś trudno byłoby jej znaleźć pracę. „Tak jak dawniej, zanim powstało tyle filii, jeśli byłaś urodzoną w USA, Wielkiej Brytanii czy Kanadzie Chinką, zapomnij o pracy nauczyciela”.

Rodzice jej uczniów są często zaskoczeni, gdy dowiadują się, że jest nauczycielem z Anglii, jednak większości z nich wstępny szok szybko ustępuje. Niemniej jedna z mam zażądała kopii wszystkich materiałów, z których Way korzysta ucząc jej dziecko.

Mimo takich reakcji, Wan uważa, że jej chiński wygląd jest zaletą w pracy z dziećmi. „Znam chińską kulturę, dzięki czemu dzieci otwierają przede mną o wiele szybciej”.

Wracając do klasy z „nauczycielką Tiną” dzieci ochoczo zgłaszają się do literowania wyrazów na tablicy i ze starannością kreślą kolorowym flamastrem literę „T” w zeszycie. Dziewczynki, które właśnie pokonały chłopców w grze w „Węże i drabiny” łapią się za ręce i tańczą taniec zwycięstwa.

“Dzieciaki są szczęśliwe i przy okazji się uczą” – mówi Cristina. „To wszystko co powinno się liczyć. Niestety tak nie jest”.

—————————————————————————————————
Tłumaczenie angielskiego tekstu autorstwa Tracy Jan pt.
“English teachers wanted: must look Western”, który ukazał się 4 czerwca 2000 roku w “Taipei Times”. Mimo że od jego publikacji minęło 8 lat, pozostaje on wciąż aktualny, czego żywym dowodem są przygody teachera Jeffa – Polaka w skórze Kanadyjczyka, nauczającego języka angielskiego jako native-speaker w tajwańskiej szkole Happy Miriam.
(zob. Opowieści tajwańskie. Cz.1. Narodziny teachera Jeffa)

Oryginalny artykuł można przeczytać na stronie archiwum “Taipei Times”: English Teacher wanted: Must look Western

———————————————————————————————–

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , ,

Chiny a Tybet

maj 11, 2008 · Dodaj komentarz

Młodzi lojalni Chin

Wielu ludzi Zachodu spogląda na chińskie społeczeństwo przez pryzmat obrazu z epoki schyłku Związku Radzieckiego: represyjny rząd składający się ze starych zwolenników twardej linii, trzymający w kleszczach dobrze wykształcone i liberalne, młode pokolenie.

Niestety taki punkt widzenia jest naiwny. Dobrze wykształceni młodzi Chińczycy nie są ani zawstydzeni, ani rozczarowani dokonaniami swojego rządu. Wręcz przeciwnie – należą do grupy najbardziej wspierającej aktualną władzę.

Faktem oczywistym dla każdego kto mieszka w Chinach jest to, że większość młodych, rdzennych Chińczyków w stu procentach popiera represje swojego rządu w stosunku do Tybetańczyków. Jedna z moich chińskich znajomych, która skończyła studia w Europie, opisała konflikt między Chinami a Tybetem jako „zderzenie nowoczesnego świata ze starym, pierwotnym społeczeństwem”. Dodatkowo pochwaliła swój rząd za to, że traktuje Tybetańczyków lepiej niż amerykańscy osadnicy traktowali kilka wieków temu Indian.

Wielką rzadkością jest spotkanie Chińczyka, który brałby pod uwagę punkt widzenia samych Tybetańczyków. „Młodzi Chińczycy nie żywią sympatii do Tybetu” – twierdzi Teng Biao, pekiński prawnik zajmujący się prawami człowieka. Teng Biao, rdzenny Chińczyk, który postanowił bronić tybetańskim mnichów złapanych przez chińską policję, czuje, że w tym co robi jest zupełnie sam. „Większość ludzi w wieku 20 lat” – mówi Teng –„Uważa, że Dalai Lama próbuje podzielić Chiny”.

Dobrze wykształceni  młodzi Chińczycy pełnią w społeczeństwie rolę mostu kulturowego między Chinami a Zachodem, ważne jest więc zbadanie ich punktu widzenia.

Najbardziej uderzającą rzeczą jest to, że prawie bez wyjątku, czują się dumni z dokonań swojego rządu z ostatnich trzech dekad od czasu reform ekonomicznych (przyp. tł. od 1979 roku). A ich duma i patriotyzm często znajdują wyraz w niekwestionowanym poparciu swojego rządu, szczególnie jego polityki wobec Tybetu.

Najbardziej oczywistym tego wyjaśnieniem jest system edukacyjny, który daje się trafnie opisać jako indoktrynację. Podręczniki rozpamiętują upokorzenie Chin przez Zachód w XIX wieku, jakby miało to miejsce wczoraj, o Kulturalnej Rewolucji lat 1960 i 70-tych wspominając tylko półgębkiem jak o historii starożytnej.

Uczniom wpajana jest prosta kalkulacja, że tyrania Przewodniczącego Mao była w „30 procentach błędna” i na tym temat się kończy. Nad Powstaniem w Tybecie pod koniec lat 50-tych XX wieku oraz tłumiącą je chińską inwazją długo dyskutowano, bo w końcu obwinić za to „Dalai klikę” – pejoratywnie określanych doradców duchowego przywódcy Tybetu, Dalai lamy.

Ponadto młodym Chińczykom łatwiej zrozumieć punkt widzenia swojego rządu ze względu na doświadczenie życiowe – lub jego brak. Młodzi, mieszkający w miastach Chińczycy ciężko się uczą, pracują społecznie, uprawiają sporty, uczestniczą w oficjalnych debatach politycznych, uczą się grać na instrumentach muzycznych. I jako że inne ponadprogramowe zajęcia nie mają wpływu na dostanie się do szkół wyższych, mało osób w nich uczestniczy. Poza tym odgórna kontrola społeczeństwa oznacza, że w Chinach nie ma zbyt wielu pozarządowych organizacji, do których można by się przyłączyć.

W ostatnich latach absolwenci szkół wyższych w Chinach należą do grupy optymistów. I dlaczego by nie? Jak daleko sięgają pamięcią, osiągnięcia ekonomiczne ich kraju podwójnie wzrosły. Ci, którzy mówią po angielsku mają zagwarantowaną dobrą pracę. Ich rodziny mają mieszkania. Wkrótce i oni będą mieli własne, i prawdopodobnie też samochód. Telefon komórkowy, iPod, wakacje – nie ma problemu. Ośrodek Badania Opinii Społecznej w Waszyngtonie opisał Chińczyków w 2005 roku jako „światowych liderów w optymizmie”.

Jeśli chodzi o represje polityczne, niewielu młodych Chińczyków ich doświadczyło.Większość ma za mało lat, aby pamiętać masakrę na Placu Tienanmen w 1989 roku i prawdopodobnie nikt im nie opowiedział tej historii. Chiny nie czują się państwem policyjnym. Młodzi Chińczycy nie czytają o tych, którzy cierpią niesprawiedliwość i biedę – o tych, którzy sprzedali domy za bezcen popieranym przez władzę firmom budowlanym czy o rolnikach, którzy stracili plony z powodu zanieczyszczeń wytwarzanych przez rządowe fabryki.

Dobrze wykształceni młodzi Chińczycy są największymi beneficjentami polityki, która doprowadziła Chiny do największego od tysięcy lat pokoju i dobrobytu. Dlatego nie potrafią zrozumieć dlaczego Tybetańczycy kręcą nosami na wzrastające dochody i obietnicę jasnej przyszłości. Utrata ojczyzny nie jest tu po prostu brana pod uwagę jako przekonujący argument.

Na 29-u rdzennych chińskich intelektualistów, którzy ostatniego miesiąca podpisali petycję wzywającą rząd do zaprzestania represji, nie było żadnego poniżej 30 lat.

Nacjonalizm młodych Chińczyków może oczywiście z czasem złagodnieć. Kiedy zaczną pracować i doświadczą korupcji i niewydajności swojego kraju, ich krytycyzm wzrośnie. Niemniej z wyjątkiem głównych zmian w systemie edukacyjnym i ekonomii Chin, Zachód nie znajdzie sojuszników wśród większości młodych Chińczyków w sprawie Tybetu, Darfuru czy ochrony środowiska.

Jeśli dyskusja nad Tybetem zamieni tegoroczne Igrzyska Olimpijskie w Pekinie w zawody na temat praw człowieka, zachodni widzowie, oczekujący, że młodzi Chińczycy będą rozgniewani na swój rząd, zamiast tego zobaczą młodych Chińczyków rozgniewanych na Zachód.

—————————————————————————————————

Tłumaczenie angielskiego artykułu pt. „China’s loyal youth”, który ukazał się 15 kwietnia 2008 w „International Herald Tribune”. Jego autor Matthew Forney jest korespondentem “Time” w Pekinie; pisze właśnie książkę o życiu w Chinach.

Oryginalny tekst można przeczytać na stronie International Herald Tribune: China’s loyal youth.

—————————————————————————————————

Kategorie: Dziennik Marco Polo
Otagowane: , , , , , ,

Bogaci i grzeczni

maj 6, 2008 · 2 komentarzy

ku nowoczesności szklanych wieżowców

Liczący 200 lat dom rodziny Lin postawiono zburzyć i na jego miejsce postawić budynek nowy – czysty, prosty, duży, szklany. Historycy sztuki zaczęli jednak napominać, że zburzenie tak starego budynku byłoby świętokradztwem. Aby uciszyć protesty, stary dom postanowiono nie tyle zburzyć, co cegła po cegle rozebrać. W ten sposób dom rodziny Lin przeleżał sześć lat w magazynach, aż końcu znaleziono miejsce, gdzie można by go przenieść. Po latach stary-nowy dom powrócił do życia. W 2000 roku otworzono go jako historyczne muzeum Lin Ai Tai.

Kogoś kto szukałby na Tajwanie historycznych pałaców czy egzotycznej, orientalnej architektury spotka niemałe rozczarowanie. Muzeum Lan Ai Tai jest jednym z nielicznych pozostałości dawnego świata w Tajpej. Szok przeżyje zwłaszcza Europejczyk, wychowany wśród pamiętających zeszłe stulecia kamienic. Znane Chińskie przysłowie głosi bowiem: póki nie odjedzie stare, nie przyjdzie nowe (Jiude bu qu, xinde bu lai). W Chinach większość zabytków przeszłości zburzono w latach 60. podczas rewolucji Mao, aby na ich gruzach zbudować, nowy, wspaniały świat kołchozów i radzieckich z ducha molochów. Gdy w latach 80. uznano, że Mao był jednak omylny, doceniono władze pieniądza i postanowiono – specjalnie dla zachodnich turystów – odbudować na nowo cały zespół pałacowy w Pekinie, znany pod nazwą Zakazanego Miasta. Z kolei miejsce socrealistycznych molochów zastąpiły szklane, zasłaniające niebo drapacze chmur – symbol współczesnych Chin a zarazem komunikat w stronę Zachodu: może i w XIX wieku daliśmy się wam zepchnąć w wyścigu cywilizacyjnym na boczny tor, przyszłość jednak należy do nas.

Tajwan – przed przybyciem tu w 1949 roku Czang Kai Szeka z cała falą uciekinierów z komunistycznych Chin kontynentalnych – był jedynie rolniczą prowincją Chin, którą trzeba było w latach 50.tych XX wieku budować niemal od zera. W ten sposób zaczęły wyrastać tu jak grzyby po deszczu ascetyczne budynki mające być przejściowym domem – do czasu powrotu na kontynent – dla dwóch milionów uciekinierów z Chin.  Trochę później, gdy wiadomo już było, że żadnego powrotu na kontynent nie będzie a Tajwan zaczął przeżywać gospodarcze prosperity, uznano, że wysokie, szklane budynki są tym, co czyni nowoczesnym i liczącym się w świecie. W ten sposób architektonicznym symbolem Tajwanu stał się zbudowany w 2003 roku, liczący 101 pięter, budynek Taipei 101. Jego wygląd zewnętrzny przepełniono detalami nawiązującymi do sukcesu finansowego. Wyróżnione sekcje, które wielu przypominały pęd bambusa, w rzeczywistości przedstawiały złote sztabki używane w starożytnych Chinach w charakterze waluty przez rodzinę królewską. Każda z 8 sekcji miała 8 pięter – liczba 8 brzmiała bowiem w języku chińskim jak słowo “dużo zarabiać” i uważana była za liczbę przynoszącą szczęście. Na każdym boku budynku znajdowało się koło symbolizujące monetę.

Hiper-zakupionizm

Człowiek Zachodu przemierzający Daleki Wschód w poszukiwaniu duchowej przeciwwagi dla zachodniego materializmu napotyka kolejne wielkie rozczarowanie – napotka tu jeszcze większy niż na Zachodzie kult pieniądza i konsumpcjonizm. Co prawda kult pieniądza i konsumpcjonizm nie są na Zachodzie czymś nieznanym, wywodzą się przecież właśnie z Zachodu. Jednak wraz z powstawaniem kapitalizmu na Zachodzie i rewolucją przemysłową XIX wieku powstawała krytyka tegoż kapitalizmu, znana najszerzej pod nazwami socjalizmu i komunizmu. Dzięki tym ruchom kapitalizm zaczął przybierać ludzkie formy, a sam konsumpcjonizm czy wyrastająca z tego samego pnia kultura popularna spotkały się w szeroką krytyką ruchu kontrkulturowego pod koniec lat 60. XX wieku i ruchu alterglobalistycznego mniej więcej od początku 2000 roku.

Tymczasem Zachodni kapitalizm zaczął rozwijać się w Azji swoja własną droga. Azjaci – wychowani w kulcie pracy i posłuszeństwa – przejęli zachodni kult pieniądza i bogacenia się, nie dopuszczając jednak krytyki tych zjawisk. Paradoksalnie socjalistyczne Chiny są dziś krajem kapitalistycznym, bez charakterystycznych dla Europy zabezpieczeń socjalnych.

Zadziwiający dla przybysza z Zachodu jest brak na ulicach  Tajwanu zbuntowanej młodzieży oraz bezkrytyczny materializm i konsumpcjonizm całego społeczeństwa.  Staje się zrozumiale dopiero po poznaniu tradycji i mentalności Chińczyków – mentalności posłuszeństwa i ciężkiej pracy.

Tym samym spotykające się z szeroką krytyką na Zachodzie firmy takie jak McDonald, KFC, Coca-Cola czy Starbucks otaczane są tu kultem i prestiżem, a jakakolwiek uwaga krytyczna na ich temat jest po prostu niezrozumiała. To samo tyczy się  gwiazd typu Paris Hilton czy małżeństwa „Posh” Beckhamów. Podczas gdy termin „Posh” w Wielkiej Brytanii ma wyraźne zabarwienie negatywne i oznacza kogoś bogatego, ale zarazem próżnego i głupiego, na Tajwanie bycie „Posh”, bycie takim jak Beckhamowie i Paris Hilton, stało się ideałem nastolatków i obiektem szacunku dorosłych – cóż bowiem jest złego w byciu bogatym i sławnym? Prawie  nikt nie zajmuje się tutaj graffiti, ekologią czy prawami zwierząt i wegetarianizmem (z wyjątkiem buddystów). Nikt nie awanturuje się wieczorami na ulicach. Nikt normalny nie ubiera na przekór rodzicom dziurawych, brudnych spodni ani nie wycina sobie na głowie prowokacyjnych fryzur. I ten zupełny brak buntu i zadziorności aż razi w oczy. Jakikolwiek bunt jest bowiem w kulturze chińskiej nie tyle przestępstwem, co wykroczeniem moralnym, wykroczeniem przeciwko grupie, czyli przeciwko samemu sobie. Jeśli już brudne spodnie, to znanej, drogiej marki – wybrudzone produkcyjnie. Jeśli irokez, to idealnie przystrzyżony – w renomowanym salonie fryzjerskim. Kultura niezależna czy alternatywna funkcjonuje tu jedynie jako część kultury popularnej, wydestylowana ze swej istoty, czyli nonkonformizmu i buntu – czegoś co dla Chińczyka jest po prostu niezrozumiałe.

Zobacz tez: Pink Rock Movement oraz Swiat ludzi-ryb czy swiat ludzi-pawi?

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 11. Jak uczeń Janek zdał pierwszy test.

maj 6, 2008 · Dodaj komentarz

Minęły pierwsze trzy tygodnie nauki. W klasie zapanowała prawdziwie szkolna atmosfera. Zacząłem nie tylko godzić się, co już nawet utożsamiać z rolą 20-letniego ucznia Janka, którą przyszło mi na tym końcu świata odgrywać. Wciśnięty w ławeczkę zacząłem śmiać się z klasowych żartów, odpowiadałem grzecznie na pytania pani i pożyczałem kolegom w razie potrzeby ołówek lub gumkę. Z pierwszego testu dostałem 99 proc. Z pośpiechu pomyliłem znaczek „xing” – (nazwisko) ze znaczkiem „shi” (być), przez co byłem na siebie zły. Po lekcji poszedłem jednak z kolegami do koreańskiej restauracji, gdzie rozmawialiśmy o potrawach świata i humor mi się szybko poprawił.

Na lidera grupy zaczął wyrastać najgłośniejszy Indonezyjczyk Josue, a rolę klasowego komika przejął Japończyk Xingsuei – Czysta Woda. Josue czuł się pewnie w swoim ciele, czuł się pewnie na tym świecie. Poza tym znał jako tako chiński, co jeszcze bardziej dodawało mu pewności siebie i predystynowało do kierowniczego stanowiska. Codzinnie rano po pańsku rozsiadał się w ławce, poklepując po ramieniu siedzącego obok kolegę. Rozprostowywał nogi, prezentując wszem i wobec swe klapki pływackie z wielkim logo Nike, po czym rzucał żart w stronę Japonki Anda, która przeważnie go nie rozumiała, robiła rybią minę i uśmiechała się z zakłopotaniem. Lekcja się zaczynała. Pani coś mówiła, uczniowie notowali, potem ćwiczyli w grupach konwersacje. Podczas 10 minutowej przerwy miedzy godzinnymi zajęciami przychodził czas na gagi piłkarskie Japończyka Czysta Woda. Czysta Woda był bowiem w Japonii piłkarzem, i jako że na Tajwanie grywał tylko w weekendy z międzynaorodową studencką drużyną, musiał swą piłkarską pasję rozwijać w szkole chińskiego. Japończyk stawał na środku sali i parodiował znanych piłkarzy, co wywoływało salwę śmiechu na widowni. Australijczyk Neil wychodził wtedy ze znudzoną miną na papierosa. 30 lat starszy od kolegów z klasy musiał czuć się outsiderem. Pod koniec każdej trwającej dwie godziny lekcji, oddawał się pasji rysowania po zeszycie. Namówiłem go na czwartkowy Chinese Club, dzięki czemu w klasie był juz nie tylko jeden idiota, ale dwóch. Pewnego razu w windzie wyznał mi, że przez ostatnie piętnaście minut hiperkonwersacyjnych zajęć Chinese Club jest już tak zmęczony, że nie rozumie w ząb co się do niego mówi. Czułem to samo – mętlik chińskich dźwięków, układający się w głowie w kakofoniczną pieśń wariata.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,