Przez moment zgubiłem drogę. Na google maps wydawało się to o wiele prostsze. Uratowała mnie babka ze stacji benzynowej, pokazała kierunek ręką. Potem zobaczyłem park i już wiedziałem, że zdążę. W „Seven-Eleven” kupiłem napój energetyzujący i bułkę z budyniem. Dziesięć minut przed godziną zero stałem już przed budynkiem. Zapowiadała się ładna pogoda. Po czole spływał mi pot a na ulicy samochody ścigały się hałaśliwie ze skuterami. Rano włożyłem białą koszulę i krawat. Jak za dawanych czasów, gdy granice między pojęciami były wyraźniejsze i nie istniała wolność wyboru. Pamiętam pierwsza klasę szkoły podstawowej, wniesienie sztandaru i śpiewanie hymnu. A potem czerwone odznaki wzorowego ucznia. Wjechałem na piąte piętro. Ze mną jakaś Azjatka i dwóch białasów. Wzrok wbity w ścianę windy. Telewizor w windzie. W telewizorze facet. Wysiadłem na piątym piętrze. Salki oddzielone od korytarza szklanymi szybami. Minąłem kilka z nich i zatrzymałem się przy numerze 509. W środku pusto i ciemno. Krzesełka i tablica. W sali obok toczyła się ożywiona dyskusja. Zszedłem piętro niżej do toalety dla chłopców. Przy pisuarze murzyn w szacie buddyjskiego mnicha. Wróciłem na górę do sali 509. Pani siedziała już w środku. Starsza pani – mała, żywa, pogodna.
- Dzień dobry, ja na chiński – dygnąłem.
- Proszę bardzo – pani uśmiechnęła się i położyła mi na stoliku kartkę z listą obecności. Na niej tylko dwa nazwiska pochodzenia europejskiego, w tym jedno moje.
- Nazywam się nauczycielka Ciou i jestem Tajwanką, a ty?
- Ja nazywać się Janek i być z Polski – wydukałem po chińsku.
- Bardzo dobrze – nauczycielka Ciou zastosowała podręcznikowy chwyt marketingu pedagogicznego, tak często używany przez teachera Jeffa w szkole Happy Miriam.
Chwile potem do salki wszedł nieśmiało młody Japończyk, po nim drugi, trzeci, czwarty. Usiedli w rządku. Nauczycielka Ciou rozdała im kartki. Przedstawili się i okazało się, że ten, którego wziąłem za Japończyka był Koreańczykiem, i odwrotnie – Japończykiem był młody chłopak naprzeciwko mnie po drugiej stronie sali, który wydawał się Koreańczykiem. Skład grupy uzupełniło poza tym dwóch Indonezyjczyków, Wietnamczyk, Japonka i jeszcze jeden Koreańczyk. Na końcu do salki wpadł 50-letni biały facet o opalonej na czerwono lub po prostu przepitej twarzy, który okazał się Australijczykiem. Moja-klasa.tw.
Nauczycielka Ciou wyciągnęła mapkę świata i każdy pokazywał na niej swój kraj. Pokazałem swój i usiadłem. Mój kraj był najdalej i w tym miejscu wydawał się najmniej realny. Potem było „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam” i „do widzenia”. Chłopięcy chór skrzekliwie powtarzał za panią chińskie zwroty. Przypomniałem sobie piosenkę kung-fu z „Podróży Pana Kleksa”, której mając 8 lat nauczyłem się na pamięć i śpiewałem ją kolegom na trzepaku, popisując się swoja znajomością chińskiego. Po latach, właśnie na Tajwanie, miałem się przekonać, że piosenka była jedynie żartem jej autora – napisana była ani nie po chińsku, ani w żadnym innym znanym języku. Przez chwilę pomyślałem, że być może cała ta lekcja chińskiego jest tylko starannie wyreżyserowaną przez nieznane mi siły filmową inscenizacją. Nie sposób było bowiem zatrzymać wytycznych surrealistycznego scenariusza, w którym z grupka Azjatów i starym Australijczykiem uczyłem się gdzieś na końcu świata języka chińskiego. Z drugiej strony to ja właśnie bylem autorem tej opowieści – trafiłem tu z własnej woli, płacąc za to przy okazji dość duże pieniądze – nie wypadało mi wiec narzekać. Ćwiczyliśmy w parach, liczyliśmy do dziesięciu. Potem były tony i ćwiczenie tonów na przykładzie „jeść” i „pić”. A potem co lubisz jeść, czego nie lubisz, a potem wreszcie była przerwa i Koreańczyk spytał się mnie czy interesuję się piłką nożną. Ja spytałem czy zna karatekę Masutatsu Oyamę, który był Koreańczykiem, ale stał się Japończykiem. Japończyk wtrącił, że zna piłkarza Podolski, a Indonezyjczyk powiedział, że był ministrantem w kościele. Poszedłem do toalety. Tym razem było w niej aż trzech murzynów przebranych w buddyjskie szaty.
Po przerwie nauczycielka Ciou uczyła chińskich fonemów, a na koniec zjawiła się pani z dziekanatu z aparatem korekcyjnym na zębach, rozdała informatory i legitymacje i puściła film promujący szkołę. Po lekcji poszedłem do dziekanatu prosić o przełożenie „Chinese Club” – dwóch dodatkowych godzin chińskiego w czytelni dla osób chcących przedłużyć wizę – z piątkowego popołudnia na inny dzień. Mimo mych próśb, okazało się to jednak niemożliwe. Jadać winda w dol wiedziałem, ze detal ten za kilka chwil zburzy mi cały porządek tego tak przyjaźnie zapowiadającego się dnia.
Słońce wyszło zza chmur, samochody i skutery pędziły ulicą. Stanąłem na światłach i zaczęło do mnie docierać, że będą musiał pożegnać się z rola teachera Jeffa w Happy Miriam, gdzie uczyłem angielskiego właśnie w piątkowe popołudnia.

4 odpowiedzi jak dotąd ↓
natiwa // kwiecień 16, 2008 @ 3:47 pm |
czyli co, koniec z opowiesciami tajwanskimi? masz swietny sposob pisania, strasznie fajnie sie to wszystko czyta mimo, ze kiedy czytam o Twojej pracy lekko przechodza mnie ciarki i w duchu ciesze sie, ze moje dziecko juz konczy przedszkole
kuubaa2 // kwiecień 17, 2008 @ 1:08 am |
opowiesci tajwanskie beda trwaly az do konca swiata. ewentualnie miejsce akcji przeniesie sie ze szkoly happy miriam do jakiejs innej np. giraffe. tymczasem pedze na nastepna opowiesc – lekcje mandarynskiego, gdzie bede recytowac chinskie fonemy.
sielakos // maj 2, 2008 @ 9:58 pm |
uwielbiam to ;] po prostu kocham ;] heh tylko czytam od tyłu
ewa // październik 28, 2008 @ 9:35 pm |
Kuba, i co? Napisz wiecej
Lubię to co piszesz