1. Jak uczeń Janek uczył się odróżniać pierogi od spania
Australijczykowi rozchorowała się noga i nie przyprowadziła go do szkoły. Przez nogę Australijczyka zostałem sam na sam z Azjatami. Miażdżąca przewaga. Ośmiu na jednego. Różniło nas prawie wszystko. Ja wywodziłem się ze świata, gdzie podstawą było obijanie się, kombinowanie i narzekanie. Oni z takiego, gdzie ceniono pracę, dyscyplinę i ślepe posłuszeństwo. Większość z nich albo uczyła się już wcześniej chińskiego, albo miała z nim styczność – na tej samej zasadzie, na której, będąc Polakiem, chcąc nie chcąc, ma się kontakt z angielskim, niemieckim czy rosyjskim. Chiński był w Azji tym czym w Europie był angielski, będąc Azjatą nie sposób było go nie znać.
Ja Azjatą jednak nie byłem. Niby przyjechałem z Europy – wyzwolonej, bogatej, otwartej na świat. Tak naprawdę pochodziłem jednak z biednego prowincjonalnego europejskiego kraju, gdzie wiedza o świecie, a tym bardziej dalekiej Azji, opierała się na ogólnikach i rzadkich przekładach z języka angielskiego (na dziesięć przełożonych z języka chińskiego na angielski książek przypadał jeden przekład z chińskiego na język polski). Przygodę z chińskim zacząłem więc od zera zer, tzn. moja wiedza w tym przedmiocie równała się wiedzy o fizyce jądrowej i rachunkowości. Nie dziw więc, że gdy siedziałem tak w tej ławeczce, deszcz lał za oknem, a ja otoczony byłem przez Koreańczyków, Japończyków, Wietnamczyków i Indonezyjczyków, wydało mi się przez chwilę, że śnię na jawie. Nie wiedziałem nawet czy ten chiński kiedykolwiek mi się do czegoś przyda, jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że moje zmaganie się z chińskim miało w tym momencie charakter szerszy i że bylo pojedynkiem o kontrolę nad moim własnym życiem. Nie pozostało mi zatem nic innego jak z lękliwą nadgorliwością pierwszoklasisty wcisnąć się bezszelestnie na dno szkolnego krzesełka i pilnie wyłapywać krążące w powietrzu dźwięki, z nadzieją, że przynajmniej uda mi się przechwycić co dziesiąte.
Chiński Indonezyjczyków i Wietnamczyków był na tyle dobry, że mogliby bez problemu wskoczyć od razu na poziom zaawansowany. Zaczęli jednak od podstaw, aby nauczyć się pisać po chińsku. I aby spychać mnie na szczyty rozpaczy. Przy tym gdy chiński Indonezyjczyków był dla mnie rozpoznawalny mniej więcej jako chiński, Wietnamczycy nie potrafili wymówić głosek dż, sz, cz, dź, ć, ś, których język wietnamski nie zawierał, a które były podstawą języka chińskiego, co czyniło z ich chińskiego komiczne sepleniące narzecze, zrozumiale jedynie dla nauczycielki Ciou i wprawionych w chińskiej mowie Indonezyjczyków. Grupa słabszych, czyli kolejno: Polacy, czyli ja we własnej osobie, Japończycy i Koreańczycy podczas przemów Wietnamczyków, z braku innej opcji, uśmiechała się głupkowato do władcy wszechświata w osobie nauczycielki Ciou. Jako że język polski podobnie jak chiński obfitował w głoski dż, sz, cz i td., z wymową chińskich głosek nie miałem problemu. Gorzej z tonami, które były podstawą języka chińskiego, a któraż to podstawa była dla mnie niesłyszalna. Tonalność języka chińskiego oznaczała mniej więcej tyle, że jeden wyraz zmieniał znaczenie w zależności od wypowiadanych w nim tonach i jako że tonów było cztery, jeden wyraz mógł oznaczać tyle ile mogło występować w nim kombinacji tonów. Przykładowo wyraz „shui jiao” wypowiadany na tonie czwartym – opadajacym – oznaczal spanie, natomiast na tonie trzecim – opadajaco – wznoszacym – pierogi.
——–
2. Załamanie ucznia Jana i rozmowa o zadaniach domowych teachera Jeffa.
W mojej szkole stosunek liczebny „białych” do Azjatów wynosił mniej więcej 1 do 10. „Biały” był dźwignią handlu, to jego wizerunek pojawiał się najczęściej na reklamach. To „biały” podbijał i plądrował świat. To „biały” bez problemu pokonał Chiny w XIX-wiecznych wojnach opiumowych. To „biały” pokonał Japonię, która w pierwszej połowie XX wieku wyrastała na mocarstwo azjatyckie. To wreszcie „biały” nie dopuścił do inwazji komunistycznych Chin na Tajwan. „Biały” był niepokonany. Miał w sobie coś, co należało szanować i czego należało się jednocześnie bać. Z „białym” należało się więc liczyć specjalnie. To nic, że ów „biały” nigdy nie był Polakiem, a Brytyjczykiem, Amerykaninem, Francuzem, Niemcem czy Holendrem. Liczył się kolor skóry. Gdy poszedłem więc prosić o przełożenie Chinese Club – dwóch dodatkowych godzin chińskiego, na podstawie których otrzymywało się na Tajwanie przedłużenie wizy – z piątku na inny dzień, gdyż w piątek nauczałem w tym samym czasie nielegalnie angielskiego – specjalnie dla mnie, dla „białego”, utworzono nową, czwartkową grupę Chinese Club – w godzinach, które byłyby dla mnie wygodne. Dołączyło do niej jeszcze kilka osób, tym samym na piątkowy Chinese Club z niewiadomych powodów uczęszczało piętnastu studentów, a na czwartkowe pięciu a gdy Indonezyjczyk próbował przenieść się z grupy piątkowej na czwartkową, odmówiono mu – ot nie był „biały”. Na żelazny glejt „białego” udało mi się zatem połączyć nauczanie angielskiego w Happy Miriam, czyli dość spore pieniądze, ze szkołą chińskiego, czyli przedłużeniem wizy, przez co mogłem spokojnie na Tajwanie te pieniądze zarabiać. Tu magiczne koło “szkoła chińskiego – wiza – pieniądze ze szkoły angielskiego” harmonijnie się zamykało.
Zacząłem dzielić dzień między rannym uczeniem się chińskiego, a popołudniowym uczeniem angielskiego, zręcznie balansując między przygłupawą gębą ucznia a nieomylną gębą nauczyciela. I wszystko wydawało się przebiegać harmonijnie do czasu feralnego czwartku, kiedy to na Chinese Club me „białe” lwie morale zastąpione zostały przez psi upadek.
Chinese Club wydawał się rzeczą prostą. Ot dwie godziny siedzenia w klasie i ćwiczenia chińskiego w parach. Jakże się myliłem! Razem ze mną na czwartkowe przedłużenie mej wizy przybył młody ubrany w szara szatę mnich buddyjski z Korei, poza tym dwie 20-letnie Koreanki i mały Wietnamczyk. Wszyscy posługiwali się już jako tako chińskim, w czym przodował mały Wietnamczyk z groteskowym narzeczem pozbawionym dż, cz i sz. Nikt natomiast nie znał angielskiego, łącznie z panią nauczycielką – kobietą około 40-tki, małą, krępą, energiczną, konkretną – co stało się przyczynkiem mej tragedii. Na początku udawało mi się jeszcze dotrzymywać kroku grupie. Tempo pani nauczycielki było jednak dla mnie zabójcze. Zaraz po wprowadzeniu nowych słów zmuszony byłem wykorzystać je w zdaniu. Kleiłem proste formułki, nie rozumiejąc ich do końca, z czasem jednak, gdy kilka prostych formułek zaczęło nakładać się na siebie, zgubiłem się. Już nie tyle nie rozumiałem co się do mnie mówi, co zacząłem oddalać się duchem od nieprzyjaznego mi miejsca. Z nerwów nie potrafiłem już nawet powtórzyć prostej formułki. Pani stała nade mną i tak oto kazała powtarzać: „Ni chuan bai se de yifu. Ni hen xihuan bai se ma? Wo jue de ju se de xiezi hen hao kan. Ni jue de zen me yang? Wo xihuan hong se de maozi ke shi wo buxihuan chuan bai se de kuzi” (Nosisz białe ubranie. Lubisz kolor biały? Uważam, że pomarańczowe buty są ładne. A ty co o tym sądzisz? Lubię czerwone czapki, ale nie lubię nosić białych spodni”). Powtarzałem automatycznie, byle tylko dała mi spokój, a w mojej głowie ni z tego ni z owego zaczęła rozbrzmiewać pieśń karateków „Sjang sjang osjankuła, szari le kukulkum” z „Podróży Pana Kleksa”. Przypomniałem sobie olimpiadę z matematyki w szkole podstawowej, kiedy to nie znając rozwiązania zadań, napisałem zupełnie absurdalny ciąg znaków matematycznych, łudząc się, że być może ktoś z komisji nabierze się na ten mocno naciągany falsyfikat. Tak jak i wtedy nikt się nie jednak nabrał, tak i teraz pani nauczycielka nie chciała nabrać się na mą podróbkę chińskiej mowy i bez przerwy mnie poprawiała. W pewnym momencie pomyślałem o ucieczce z sali, a nawet o morderstwie z afekcie – pani nauczycielki, buddyjskiego mnicha, Wietnamczyka i Koreanek.
Nie zabiłem ich jednak. Nie uciekłem z klasy, ani się nawet nie rozpłakałem. Ot nie wytrzymałem tej tortury i powiedziałem pani, że nie będę powtarzał, że już nie mogę, że za dużo, że białe spodnie mi się mieszają z czerwoną czapeczką a żółte buty z niebieską koszulka. W grupie zapanowało ciche poruszenie. Mnich przełknął ślinę, przerywając konwersacje z młodymi Koreankami o żółtych butach. Pani spojrzała na mnie ze strachem. „Biały” wyszedł na idiotę, tak być nie może, to podważyłoby cały system społeczny Tajwanu, a sama pani utraciłaby twarz jako nauczycielka. Pani zaczęła pocieszać, że to dopiero pierwsza lekcja, że jeszcze się nauczę, że będzie dobrze, że będzie dobrze, będzie dobrze. Będzie dobrze.
Gdy zaraz po Chinese Club jechałem nauczać angielskiego do Happy Miriam, z wyczerpania zasnąłem w autobusie. Nie miałem siły, aby minę głupiego uczniaka zamienić nagle na pozę wszechwiedzącego nauczyciela. Mogłem teraz odbić sobie Chinese Club i zrobić małym Tajwańczykom English Club z kolorowymi czapeczkami, butami i spodniami, który zraziłby ich do angielskiego na wieki. Byli jednak grzeczni. Profilaktycznie przestawiłem koło siebie kosz na śmieci, żeby nie zakładali go sobie na głowę. Ożywienie wywołał jedynie wielki komar, który wleciał do klasy, szybko jednak wyleciał. Rozmawialiśmy o sposobach rozwiązywania zadań domowych – że podczas rozwiązywania zadań domowych nie wolno oglądać telewizji ani jeść ani też pluć na zeszyt.

























