Kuba Station

Wpisy od kwiecień 2008

Opowiesci tajwanskie.Cz.10: Jak uczeń Janek uczył się odróżniać pierogi od spania

kwiecień 29, 2008 · 2 komentarzy

1. Jak uczeń Janek uczył się odróżniać pierogi od spania

Australijczykowi rozchorowała się noga i nie przyprowadziła go do szkoły. Przez nogę Australijczyka zostałem sam na sam z Azjatami. Miażdżąca przewaga. Ośmiu na jednego. Różniło nas prawie wszystko. Ja wywodziłem się ze świata, gdzie podstawą było obijanie się, kombinowanie i narzekanie. Oni z takiego, gdzie ceniono pracę, dyscyplinę i ślepe posłuszeństwo. Większość z nich albo uczyła się już wcześniej chińskiego, albo miała z nim styczność – na tej samej zasadzie, na której, będąc Polakiem, chcąc nie chcąc, ma się kontakt z angielskim, niemieckim czy rosyjskim. Chiński był w Azji tym czym w Europie był angielski, będąc Azjatą nie sposób było go nie znać.

Ja Azjatą jednak nie byłem. Niby przyjechałem z Europy – wyzwolonej, bogatej, otwartej na świat. Tak naprawdę pochodziłem jednak z biednego prowincjonalnego europejskiego kraju, gdzie wiedza o świecie, a tym bardziej dalekiej Azji, opierała się na ogólnikach i rzadkich przekładach z języka angielskiego (na dziesięć przełożonych z języka chińskiego na angielski książek przypadał jeden przekład z chińskiego na język polski). Przygodę z chińskim zacząłem więc od zera zer, tzn. moja wiedza w tym przedmiocie równała się wiedzy o fizyce jądrowej i rachunkowości. Nie dziw więc, że gdy siedziałem tak w tej ławeczce, deszcz lał za oknem, a ja otoczony byłem przez Koreańczyków, Japończyków, Wietnamczyków i Indonezyjczyków, wydało mi się przez chwilę, że śnię na jawie. Nie wiedziałem nawet czy ten chiński kiedykolwiek mi się do czegoś przyda, jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że moje zmaganie się z chińskim miało w tym momencie charakter szerszy i że bylo pojedynkiem o kontrolę nad moim własnym życiem. Nie pozostało mi zatem nic innego jak z lękliwą nadgorliwością pierwszoklasisty wcisnąć się bezszelestnie na dno szkolnego krzesełka i pilnie wyłapywać krążące w powietrzu dźwięki, z nadzieją, że przynajmniej uda mi się przechwycić co dziesiąte.

Chiński Indonezyjczyków i Wietnamczyków był na tyle dobry, że mogliby bez problemu wskoczyć od razu na poziom zaawansowany. Zaczęli jednak od podstaw, aby nauczyć się pisać po chińsku. I aby spychać mnie na szczyty rozpaczy. Przy tym gdy chiński Indonezyjczyków był dla mnie rozpoznawalny mniej więcej jako chiński, Wietnamczycy nie potrafili wymówić głosek dż, sz, cz, dź, ć, ś, których język wietnamski nie zawierał, a które były podstawą języka chińskiego, co czyniło z ich chińskiego komiczne sepleniące narzecze, zrozumiale jedynie dla nauczycielki Ciou i wprawionych w chińskiej mowie Indonezyjczyków. Grupa słabszych, czyli kolejno: Polacy, czyli ja we własnej osobie, Japończycy i Koreańczycy podczas przemów Wietnamczyków, z braku innej opcji, uśmiechała się głupkowato do władcy wszechświata w osobie nauczycielki Ciou. Jako że język polski podobnie jak chiński obfitował w głoski dż, sz, cz i td., z wymową chińskich głosek nie miałem problemu. Gorzej z tonami, które były podstawą języka chińskiego, a któraż to podstawa była dla mnie niesłyszalna. Tonalność języka chińskiego oznaczała mniej więcej tyle, że jeden wyraz zmieniał znaczenie w zależności od wypowiadanych w nim tonach i jako że tonów było cztery, jeden wyraz mógł oznaczać tyle ile mogło występować w nim kombinacji tonów. Przykładowo wyraz „shui jiao” wypowiadany na tonie czwartym – opadajacym – oznaczal spanie, natomiast na tonie trzecim – opadajaco – wznoszacym – pierogi.

——–

2. Załamanie ucznia Jana i rozmowa o zadaniach domowych teachera Jeffa.

W mojej szkole stosunek liczebny „białych” do Azjatów wynosił mniej więcej 1 do 10. „Biały” był dźwignią handlu, to jego wizerunek pojawiał się najczęściej na reklamach. To „biały” podbijał i plądrował świat. To „biały” bez problemu pokonał Chiny w XIX-wiecznych wojnach opiumowych. To „biały” pokonał Japonię, która w pierwszej połowie XX wieku wyrastała na mocarstwo azjatyckie. To wreszcie „biały” nie dopuścił do inwazji komunistycznych Chin na Tajwan. „Biały” był niepokonany. Miał w sobie coś, co należało szanować i czego należało się jednocześnie bać. Z „białym” należało się więc liczyć specjalnie. To nic, że ów „biały” nigdy nie był Polakiem, a Brytyjczykiem, Amerykaninem, Francuzem, Niemcem czy Holendrem. Liczył się kolor skóry. Gdy poszedłem więc prosić o przełożenie Chinese Club – dwóch dodatkowych godzin chińskiego, na podstawie których otrzymywało się na Tajwanie przedłużenie wizy – z piątku na inny dzień, gdyż w piątek nauczałem w tym samym czasie nielegalnie angielskiego – specjalnie dla mnie, dla „białego”, utworzono nową, czwartkową grupę Chinese Club – w godzinach, które byłyby dla mnie wygodne. Dołączyło do niej jeszcze kilka osób, tym samym na piątkowy Chinese Club z niewiadomych powodów uczęszczało piętnastu studentów, a na czwartkowe pięciu a gdy Indonezyjczyk próbował przenieść się z grupy piątkowej na czwartkową, odmówiono mu – ot nie był „biały”. Na żelazny glejt „białego” udało mi się zatem połączyć nauczanie angielskiego w Happy Miriam, czyli dość spore pieniądze, ze szkołą chińskiego, czyli przedłużeniem wizy, przez co mogłem spokojnie na Tajwanie te pieniądze zarabiać. Tu magiczne koło “szkoła chińskiego – wiza – pieniądze ze szkoły angielskiego” harmonijnie się zamykało.

Zacząłem dzielić dzień między rannym uczeniem się chińskiego, a popołudniowym uczeniem angielskiego, zręcznie balansując między przygłupawą gębą ucznia a nieomylną gębą nauczyciela. I wszystko wydawało się przebiegać harmonijnie do czasu feralnego czwartku, kiedy to na Chinese Club me „białe” lwie morale zastąpione zostały przez psi upadek.

Chinese Club wydawał się rzeczą prostą. Ot dwie godziny siedzenia w klasie i ćwiczenia chińskiego w parach. Jakże się myliłem! Razem ze mną na czwartkowe przedłużenie mej wizy przybył młody ubrany w szara szatę mnich buddyjski z Korei, poza tym dwie 20-letnie Koreanki i mały Wietnamczyk. Wszyscy posługiwali się już jako tako chińskim, w czym przodował mały Wietnamczyk z groteskowym narzeczem pozbawionym dż, cz i sz. Nikt natomiast nie znał angielskiego, łącznie z panią nauczycielką – kobietą około 40-tki, małą, krępą, energiczną, konkretną – co stało się przyczynkiem mej tragedii. Na początku udawało mi się jeszcze dotrzymywać kroku grupie. Tempo pani nauczycielki było jednak dla mnie zabójcze. Zaraz po wprowadzeniu nowych słów zmuszony byłem wykorzystać je w zdaniu. Kleiłem proste formułki, nie rozumiejąc ich do końca, z czasem jednak, gdy kilka prostych formułek zaczęło nakładać się na siebie, zgubiłem się. Już nie tyle nie rozumiałem co się do mnie mówi, co zacząłem oddalać się duchem od nieprzyjaznego mi miejsca. Z nerwów nie potrafiłem już nawet powtórzyć prostej formułki. Pani stała nade mną i tak oto kazała powtarzać: „Ni chuan bai se de yifu. Ni hen xihuan bai se ma? Wo jue de ju se de xiezi hen hao kan. Ni jue de zen me yang? Wo xihuan hong se de maozi ke shi wo buxihuan chuan bai se de kuzi” (Nosisz białe ubranie. Lubisz kolor biały? Uważam, że pomarańczowe buty są ładne. A ty co o tym sądzisz? Lubię czerwone czapki, ale nie lubię nosić białych spodni”). Powtarzałem automatycznie, byle tylko dała mi spokój, a w mojej głowie ni z tego ni z owego zaczęła rozbrzmiewać pieśń karateków „Sjang sjang osjankuła, szari le kukulkum” z „Podróży Pana Kleksa”. Przypomniałem sobie olimpiadę z matematyki w szkole podstawowej, kiedy to nie znając rozwiązania zadań, napisałem zupełnie absurdalny ciąg znaków matematycznych, łudząc się, że być może ktoś z komisji nabierze się na ten mocno naciągany falsyfikat. Tak jak i wtedy nikt się nie jednak nabrał, tak i teraz pani nauczycielka nie chciała nabrać się na mą podróbkę chińskiej mowy i bez przerwy mnie poprawiała. W pewnym momencie pomyślałem o ucieczce z sali, a nawet o morderstwie z afekcie – pani nauczycielki, buddyjskiego mnicha, Wietnamczyka i Koreanek.

Nie zabiłem ich jednak. Nie uciekłem z klasy, ani się nawet nie rozpłakałem. Ot nie wytrzymałem tej tortury i powiedziałem pani, że nie będę powtarzał, że już nie mogę, że za dużo, że białe spodnie mi się mieszają z czerwoną czapeczką a żółte buty z niebieską koszulka. W grupie zapanowało ciche poruszenie. Mnich przełknął ślinę, przerywając konwersacje z młodymi Koreankami o żółtych butach. Pani spojrzała na mnie ze strachem. „Biały” wyszedł na idiotę, tak być nie może, to podważyłoby cały system społeczny Tajwanu, a sama pani utraciłaby twarz jako nauczycielka. Pani zaczęła pocieszać, że to dopiero pierwsza lekcja, że jeszcze się nauczę, że będzie dobrze, że będzie dobrze, będzie dobrze. Będzie dobrze.

Gdy zaraz po Chinese Club jechałem nauczać angielskiego do Happy Miriam, z wyczerpania zasnąłem w autobusie. Nie miałem siły, aby minę głupiego uczniaka zamienić nagle na pozę wszechwiedzącego nauczyciela. Mogłem teraz odbić sobie Chinese Club i zrobić małym Tajwańczykom English Club z kolorowymi czapeczkami, butami i spodniami, który zraziłby ich do angielskiego na wieki. Byli jednak grzeczni. Profilaktycznie przestawiłem koło siebie kosz na śmieci, żeby nie zakładali go sobie na głowę. Ożywienie wywołał jedynie wielki komar, który wleciał do klasy, szybko jednak wyleciał. Rozmawialiśmy o sposobach rozwiązywania zadań domowych – że podczas rozwiązywania zadań domowych nie wolno oglądać telewizji ani jeść ani też pluć na zeszyt.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , ,

Teoria poznania ucznia Jana

kwiecień 21, 2008 · 1 komentarz

Pewnego razu uczeń Janek w drodze do szkoły rozmyślał o sposobie poznania świata. Spoglądając na psa z kobietą, doszedł nagle do wniosku, że życie rządzi się zasadą projekcji i redukcji. Teorie na temat rzeczywistości są lustrzanym odbiciem stanu naszego umysłu, który z miliona informacji wybiera i syntetyzuje jedynie te, które logicznie potwierdzą właśnie tę, a nie inną koncepcję – stwierdził Janek, popijając buteleczkę napoju energetyzującego. Tym samym człowiek nieszczęśliwy i zagubiony będzie na przekór wszystkiemu widział wokoło nieustanne przejawy zła i zepsucia. Z kolei ten pewny siebie i zadowolony bez problemu wyłowi z rzeczywistości to, co jasne i dobre.

Janek minął sklep z owocami a potem zakład naprawy skuterów, zerkając ukradkiem na niebieskie klapki mechanika spuszczającego olej z silnika motoru. Świat jest na tyle zróżnicowany – snuł dalej wywód Janek – że każda nawet najbardziej niewiarygodna teoria znajdzie w nim potwierdzenie. Spór o prawdę obiektywną w tym ujęciu jest nierozstrzygalny – zamknięci w swoich własnych ograniczonych perspektywach, aby wysuwać wnioski ogólne, z braku dostatecznych argumentów, skazani jesteśmy jedynie na wieczne uproszczenia i pseudoprawdy. Eureka! – wykrzyknął Janek - Jeśli ja jestem podmiotem poznania, i jeśli wszystko jest tylko moją interpretacją, zacznę metodycznie, nawet na przekór sobie, interpretować rzeczywistość jako miejsce jasne i przyjazne. W końcu lepiej być Jankiem wesołym niż smutnym. W tym momencie facet jadący na skuterze opluł Janka binlangiem. Czerwona plama chaotycznie wkomponowała się w marynarskie czarno-białe pasy koszulki Janka.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz.9. Jak uczeń Janek poznał w szkole nowych kolegów

kwiecień 21, 2008 · 1 komentarz

Neil wkracza do sali krokiem nadmorskiego wczasowicza. Siada na krzesełku. Częstuje wszystkich orzeszkami. Pyta czy było jakieś zadanie domowe. Ma 50 lat, jest Australijczykiem  i mieszka w Tajpej już na tyle długo, by w końcu podjąć decyzję o nauczeniu się chińskiego. To już jego drugie podejście do kursu. Z pierwszego nic nie zrozumiał, nauczycielka za szybko wprowadzała materiał. Teraz to co innego. Pani Ciou jest, według Neila, dobrą nauczycielką, a przynajmniej wprowadza materiał wolniej niż ta z wcześniejszego kursu.

Ja i Neil to jedyni „biali” w klasie. Reszta to dwudziestokilkuletni Azjaci – dwóch Koreańczyków, dwóch Wietnamczyków, dwóch Indonezyjczyków, Japończyk i Japonka. Bananowa młodzież  – modnie ubrani, pewni siebie, uśmiechnięci. Mniej zamożne dzieci z Azji nie przyjeżdżają na Tajwan. Za drogo. Wietnamczyk czy Indonezyjczyk – bez kieszonkowego rodziców – nie miałby za co się tu utrzymać. Nawet przy perfekcyjnym opanowaniu angielskiego nauczycielem nie zostanie – nie przypomina Amerykanina. Przyjezdny Azjata może na Tajwanie co najwyżej sprzątać.

Co innego Polak, Czech czy Rosjanin.

Indonezyjczycy wyciągnęli mnie na obiad do baru. Jako jedyni z grupy Azjatów rozmawiają po angielsku. Z innymi wymieniam na razie usmiechy. Wyjście na obiad w Azji to nie byle co, bo odpowiednik polskiego wypadu na piwo, kiedy to można zawrzeć bliższe znajomości. Indonezyjczyk nr 1: Xieyongsen. Mieszka u rodziny pod Tajpei. Dojazd do szkoły zajmuje mu ponad godzinę. W rysach jego twarzy widać chińskie pochodzenie. Wesoły charakter połączony z krępą budową ciała nadaje mu cech pogodnej, wzbudzającej zaufanie rubaszności a la Zagłoba. Indonezyjczyk nr 2: Mayuese – przypomina bardziej Hindusa niż Chińczyka. Czarna karnacja, buty adidas superstar, szwajcarski zegarek z górnej półki. Jest katolikiem, nosi na szyi krzyż, kiedyś był nawet ministrantem. Chce, żeby zwracać się do niego Josue. Chłopak za pan brat ze światem – ekstrawertyczny, towarzyski, szybko nawiązujący znajomości. W Indonezji uczył się pół roku chińskiego, przez co teraz nie ma problemu z komunikacją z tubylcami. Chce witać się ze mną licealnym systemem sportowym – podaje ręke, po czym wykonuje kombinację „przybić” przedramieniem. Po tym do czego przyzwyczaili mnie Tajwańczycy, wiecznie skryci za niewyrażającymi żadnych emocji maskami ludzi-ryb, jego zachowanie przypomina nadpobudliwego Tygrysa z Kubusia Puchatka. Pyta z czym kojarzy mi się Indonezja. Coś jak Tajlandia? Pytam z czym kojarzy mu się Polska. Coś jak Rosja?

Kategorie: Kamera i Disco · Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

Opowiesci tajwanskie.Cz.8. Jak teacher Jeff zostal uczniem.

kwiecień 14, 2008 · 4 komentarzy

Przez moment zgubiłem drogę. Na google maps wydawało się to o wiele prostsze. Uratowała mnie babka ze stacji benzynowej, pokazała kierunek ręką. Potem zobaczyłem park i już wiedziałem, że zdążę. W „Seven-Eleven” kupiłem napój energetyzujący i bułkę z budyniem. Dziesięć minut przed godziną zero stałem już przed budynkiem. Zapowiadała się ładna pogoda. Po czole spływał mi pot a na ulicy samochody ścigały się hałaśliwie ze skuterami. Rano włożyłem białą koszulę i krawat. Jak za dawanych czasów, gdy granice między pojęciami były wyraźniejsze i nie istniała wolność wyboru. Pamiętam pierwsza klasę szkoły podstawowej, wniesienie sztandaru i śpiewanie hymnu. A potem czerwone odznaki wzorowego ucznia. Wjechałem na piąte piętro. Ze mną jakaś Azjatka i dwóch białasów. Wzrok wbity w ścianę windy. Telewizor w windzie. W telewizorze facet. Wysiadłem na piątym piętrze. Salki oddzielone od korytarza szklanymi szybami. Minąłem kilka z nich i zatrzymałem się przy numerze 509. W środku pusto i ciemno. Krzesełka i tablica. W sali obok toczyła się ożywiona dyskusja. Zszedłem piętro niżej do toalety dla chłopców. Przy pisuarze murzyn w szacie buddyjskiego mnicha. Wróciłem na górę do sali 509. Pani siedziała już w środku. Starsza pani – mała, żywa, pogodna.

- Dzień dobry, ja na chiński – dygnąłem.

- Proszę bardzo – pani uśmiechnęła się i położyła mi na stoliku kartkę z listą obecności. Na niej tylko dwa nazwiska pochodzenia europejskiego, w tym jedno moje.

- Nazywam się nauczycielka Ciou i jestem Tajwanką, a ty?

- Ja nazywać się Janek i być z Polski – wydukałem po chińsku.

- Bardzo dobrze – nauczycielka Ciou zastosowała podręcznikowy chwyt marketingu pedagogicznego, tak często używany przez teachera Jeffa w szkole Happy Miriam.

Chwile potem do salki wszedł nieśmiało młody Japończyk, po nim drugi, trzeci, czwarty. Usiedli w rządku. Nauczycielka Ciou rozdała im kartki. Przedstawili się i okazało się, że ten, którego wziąłem za Japończyka był Koreańczykiem, i odwrotnie – Japończykiem był młody chłopak naprzeciwko mnie po drugiej stronie sali, który wydawał się Koreańczykiem. Skład grupy uzupełniło poza tym dwóch Indonezyjczyków, Wietnamczyk, Japonka i jeszcze jeden Koreańczyk. Na końcu do salki wpadł 50-letni biały facet o opalonej na czerwono lub po prostu przepitej twarzy, który okazał się Australijczykiem. Moja-klasa.tw.

Nauczycielka Ciou wyciągnęła mapkę świata i każdy pokazywał na niej swój kraj. Pokazałem swój i usiadłem. Mój kraj był najdalej i w tym miejscu wydawał się najmniej realny. Potem było „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam” i „do widzenia”. Chłopięcy chór skrzekliwie powtarzał za panią chińskie zwroty. Przypomniałem sobie piosenkę kung-fu z „Podróży Pana Kleksa”, której mając 8 lat nauczyłem się na pamięć i śpiewałem ją kolegom na trzepaku, popisując się swoja znajomością chińskiego. Po latach, właśnie na Tajwanie, miałem się przekonać, że piosenka była jedynie żartem jej autora – napisana była ani nie po chińsku, ani w żadnym innym znanym języku. Przez chwilę pomyślałem, że być może cała ta lekcja chińskiego jest tylko starannie wyreżyserowaną przez nieznane mi siły filmową inscenizacją. Nie sposób było bowiem zatrzymać wytycznych surrealistycznego scenariusza, w którym z grupka Azjatów i starym Australijczykiem uczyłem się gdzieś na końcu świata języka chińskiego. Z drugiej strony to ja właśnie bylem autorem tej opowieści – trafiłem tu z własnej woli, płacąc za to przy okazji dość duże pieniądze – nie wypadało mi wiec narzekać. Ćwiczyliśmy w parach, liczyliśmy do dziesięciu. Potem były tony i ćwiczenie tonów na przykładzie „jeść” i „pić”. A potem co lubisz jeść, czego nie lubisz, a potem wreszcie była przerwa i Koreańczyk spytał się mnie czy interesuję się piłką nożną. Ja spytałem czy zna karatekę Masutatsu Oyamę, który był Koreańczykiem, ale stał się Japończykiem. Japończyk wtrącił, że zna piłkarza Podolski, a Indonezyjczyk powiedział, że był ministrantem w kościele. Poszedłem do toalety. Tym razem było w niej aż trzech murzynów przebranych w buddyjskie szaty.

Po przerwie nauczycielka Ciou uczyła chińskich fonemów, a na koniec zjawiła się pani z dziekanatu z aparatem korekcyjnym na zębach, rozdała informatory i legitymacje i puściła film promujący szkołę. Po lekcji poszedłem do dziekanatu prosić o przełożenie „Chinese Club” – dwóch dodatkowych godzin chińskiego w czytelni dla osób chcących przedłużyć wizę – z piątkowego popołudnia na inny dzień. Mimo mych próśb, okazało się to jednak niemożliwe. Jadać winda w dol wiedziałem, ze detal ten za kilka chwil zburzy mi cały porządek tego tak przyjaźnie zapowiadającego się dnia.

Słońce wyszło zza chmur, samochody i skutery pędziły ulicą. Stanąłem na światłach i zaczęło do mnie docierać, że będą musiał pożegnać się z rola teachera Jeffa w Happy Miriam, gdzie uczyłem angielskiego właśnie w piątkowe popołudnia.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Kura w lodówce

kwiecień 10, 2008 · 1 komentarz

Kategorie: Kamera i Disco
Otagowane: , , ,

Opowiesci tajwanskie.Cz.7. Jak teacher Jeff nauczał o łazience.

kwiecień 3, 2008 · Dodaj komentarz


Dawno dawno temu, na końcu świata w odległej Tajwanii, mistrz Jeff postanowił przekazać swym uczniom tajniki dobrego zachowywania się przy stole. W tym celu wezwał przed swe oblicze trzech najlepszych, stanął na środku sali, rozłożył ręce i, korzystając z  tajemnic marketingu pedagogicznego – punktów, pieczątek, entuzjastycznych pochwał, piosenek i gier – skupił na sobie uwagę wybrańców, rzecząc:

Jam jest Jeff, twój Mistrz, który naukami swymi wywiedzie cię z niewoli natury i uczyni członkiem społeczeństwa.

Pierwsze: I. Mistrz Jeff jest najmądrzejszy i należy się go, pod karą utraty punktu, bezwzględnie słuchać

II. Za każdą dobrą odpowiedź będziesz otrzymywał jeden mały punkt. Dziesięć małych punktów to jedna gwiazdka, a dziesięć gwiazdek to pieczątka mistrza Jeffa w zeszycie i powód to dumy.

III. Nie będziesz rzucał papierkami, gumka itp. w mistrza Jeffa ani w swych kolegów

IV. Jeśli chcesz coś powiedzieć, podnieś rękę

V. Do toalety możesz wychodzić tylko pojedynczo.

V. Nie będziesz grał w gry elektroniczne ani wymieniał sie karteczkami z Dragon Balls podczas nauk

VI. Przy stole nie wolno pluć, smarkać i kichać bezpośrednio na talerz

VII. Przy stole nie wolno mlaskać ani rozmawiać z pełnymi ustami

VIII. Pamiętaj, aby przy stole siedzieć prosto

IX. Pamiętaj o odpowiednim rozłożeniu sztućców przy stole – widelec na lewo, łyżka na prawo, talerz w środku

X. Będziesz milcząco uśmiechać się przy stole i podczas nauk

(Mistrz Jeff nie nauczał przy tym o bekaniu, gdyż publiczne bekanie w Tajwanii było równie popularne jak karaoke czy serki tofu).


Gdy mistrz Jeff – po odjęciu punktów za wskazanie złej odpowiedzi, co wolno, a czego nie wolno - dostrzegł w oczach swych uczniów łzy zrozumienia, uznał, że gotowi są przyjąć nauki o łazience. Powstał, spojrzał im głęboko w załzawione oczy i zaczął nauczać ich słowami:

Błogosławieni, którzy myją ręce, albowiem ich ręce będą czyste.

Błogosławieni, którzy używają mydła, albowiem mydło czyści dogłębnie.

Błogosławieni, którzy biorą kąpiel i błogosławieni, którzy biorą prysznic, błogosławieni, którzy używają ręcznika i którzy nie przesiadują długo w łazience,

Albowiem oni punkty dostaną, a dziesięć małych punktów to jedna gwiazdka, a dziesięć gwiazdek to osobista pieczątka mistrza Jeffa w zeszycie, a jedna pieczątka, to ciastko ze sklepu 7/11”.

Jeden z uczniów rozpłakał się nagle i padł w konwulsjach na podłogę, zrzucając ze stołu zeszyt i piórnik.

- Czemu płaczesz uczniu? – spytał mistrz Jeff.

- Bo Jeremy zabrał mi ołówek – odparł leżący na ziemi.

- Mistrzu, wcale nie zabrałem mu ołówka! – krzyknął Jeremy.

Mistrz Jeff spojrzał gromowładnie na Jeremiego, trzymającego w dłoni skradziony ołówek, i rzekł: - Nie będziesz zabierał podczas nauk ołówka bratu swemu. Za zabranie ołówka odejmuje ci punkt – i co mistrz rzekł, to zrobił, jednym ruchem wymazując z tablicy punkt pod imieniem ucznia Jeremiego. Jeremy spojrzał z wyrzutem na mistrza Jeffa, padł na ławkę i zalał się łzami.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Opowieści tajwańskie. Cz. 6. Teacher Jeff w pralni

kwiecień 2, 2008 · Dodaj komentarz

pralnia1.jpgpralnia2.jpgpralnia3.jpg

Maszyna łapczywie wsysa 100-dolarowy banknot. Kilka sekund oczekiwania i do szufladki na dole wpadają 10-dolarowe monety. Ładuję ubrania do pralki. Potem działam według instrukcji: 1. zamknąć szczelnie i wsypać proszek – zamykam, wsypuję, 2. wybrać program – wybieram, 3. wrzucić monety – wrzucam dziesiątkami sto dolarów. Coś zgrzyta w środku. Pralka przez chwilę jakby sie waha, w końcu jest na rozkazy moich monet. Na wyświetlaczu wyskakuje informacja, że pranie będzie trwało 33 minuty. Siadam wygodnie przy oknie obok młodej Tajwanki. Tajwanka czyta książkę, pije herbatę z mlekiem w plastikowym kubku. Jej pranie skończy się za 14 minut. Ucieka na zewnątrz, zapala papierosa, strugi deszczu ganiają się po szybie.

Pralnia mieści się na skrzyżowaniu ulic Shida i Roosvelt, zaraz przy 5 wejściu do stacji metra Taipower Building Station. Dziś w pralni jest pusto. Pralki odpoczywają. Należy im się – w niektóre dni pracują non stop bez wytchnienia. Największa z nich – pralka matka – mieści 26 kg prania. Kosztuje najdrożej – 200 dolarów. Najpopularniejsze są jej dzieci -16-kilogramówki – za 100 dolarów, oraz najmniejsze -10-kilogramówki za 60 dolarów. Proszek, dezynfekator i wybielacz można kupić w tej samej maszynie, gdzie rozmienia się pieniądze. Kosztują 20 dolarów. Na Tajwanie do prania nie stosuje się gorącej wody, stąd popularność dezynfektorów. Potem zawartość pralki wkłada się do wielkich suszarek, które nie dość, że pozbawiają ubrania wody, rozprawiają się również z zarazkami – tak przynajmniej głosi napis na suszarkach. Wszystko pod nadzorem kamer, gdyby komuś przyszło do głowy aspołeczne zachowanie, pralni w końcu nikt nie pilnuje, a wiadomo – ludziom czasami odbija. Na przykład teraz jakiś biały kuca niepostrzeżenie w rogu, słucha iPoda. Kto wie, co sobie myśli i dlaczego kuca, a nie stoi. Kamer obserwujących przez 24 godziny ludzkie myśli jeszcze jednak nie stworzono – a przecież większość przestępstw ma swoje źródło w ludzkich głowach. Gdyby tak w porę wykryć myślowych dewiantów, zapobiegło by to wielu tragediom.

Tajwanka wraca do środka, ciągnąc za sobą rozwiązane sznurówki rozpadających się trampek Conversa. Zmiana. Teraz ja idę zaczerpnąć powietrza na zewnątrz. Ulica rozpływa się w deszczu. Ludzie na skuterach opancerzeni są w długie kurtki przeciwdeszczowe. Są maszynami reagującymi rykiem silników na zielone światło. Przypominają postaci z teledysku A-ha “Take On Me”. Skutery warczą, prześcigając się nawzajem z samochodami. Szaleńcze tour de Taipei. Ci na przejściu dla pieszych, mimo zielonego światła, rozglądają się uważnie dokoła. Na Tajwanie dopiero od niedawna przejechanie pieszego jest winą kierowcy. Należy być przygotowanym na każdą ewentualność. Nigdy nie wiadomo skąd nadjedzie samochód. Człowieku przechodzący przez jezdnie: memento mori.

Na szybie pralni kartka ze zdjęciem mężczyzny. Uwaga! Kradnie damską bieliznę! Ktokolwiek widział, niech powiadomi policję. Mężczyzna ze zdjęcia ma na twarzy wszechobecną na Tajwanie – chroniącą przed spalinami i wirusami – maskę, a na głowie kask motorowy. Przyglądam się pędzącym do metra ludziom, znikają tak szybko, że nie potrafię dostrzec w ich twarzach żadnych znaków szczególnych. Każdy z nich może być mężczyzną ze zdjęcia. Każdy z nich nosi w sobie zarodek złodzieja majtek, strażnika z Abu Ghraib lub odwrotnie – świętego i bohatera. W gruncie rzeczy niczym się od niech nie różnię. Po drugiej stronie skrzyżowania szaleją światła neonów. Jak w wesołym miasteczku. Jeden z nich przedstawia kaczkę, inny bijące serduszka. Nagle wyrasta nade mną starszy facet.

- Przepraszam, nie wie Pan, o której zaczyna się msza? – pyta. Spoglądam na niego, jak wyrwany z odległego snu. Dostrzegam, że zaraz obok pralni wisi podświetlany neonem wielki różowy krzyż.- Tutaj obok jest kościół – uśmiecha się facet. Wydaje mi się, że skądś go znam. - Nie wiem, ja jestem tylko z pralni – odpowiadam.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,