Pewnego razu, dawno dawno temu, bo pod koniec XV wieku, w dalekich Chinach odkryto niezawodny lek przeciwbólowy, uspokajający i nasenny. Otrzymywano go przez wysuszenie soku mlecznego z niedojrzałych makówek maku lekarskiego. Lek ów z czasem – ze względu na jego działanie relaksujące i euforyczne – zaczęto stosować nie tylko w celach leczniczych, ale również, ot, dla poprawienia nastroju – towarzysko. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać palarnie cudownego specyfiku a liczba jego rozmarzonych amatorów zwiększała się z roku na rok. Widząc tak duży popyt na lek w Chinach, handlujący z Państwem Środka Brytyjczycy zaczęli w XVIII wieku eksportować remedium do Europy, gdzie bardzo szybko także zyskało wielką popularność. Mniej więcej w tym samym czasie władze chińskie zorientowały się jednak, że zażywanie specyfiku silnie uzależnia i pozbawia mocy życiowych, czyniąc chłopstwo Cesarstwa niezdolne do pełnienia swych podstawowych funkcji społecznych, czyli uprawy ryżu i płacenia podatków. W 1729 roku zabroniono więc w Chinach palenia substancji,zamknięto liczne już wtedy palarnie, a jego sprzedaż zaklasyfikowano jako przestępstwo.
Niestety Brytyjczycy uczynili już ze sprzedaży owego leku główne źródło finansowania swego imperium. Produkowano je w podbitych przez WB Indiach a potem sprzedawano w Azji i Europie. Płacono nim za tak popularną na Wyspach Brytyjskich, a produkowaną w Chinach herbatę. Cóż zatem mieli począć Brytyjczycy z cesarskim zakazem? Jako ze nie w ciemię bici byli, zaczęli handlować specyfikiem nielegalnie. Tym samym wpływy do kasy Brytyjczyków pozostały niezmienne, a liczba uzależnionych od leku w Chinach utrzymywała się na tym samym poziomie co dawniej, z tą różnicą, że na handlu bogaciło się teraz nie państwo, a chińskie organizacje przestępcze, które kupowały towar po cenie hurtowej od Brytyjczyków i dostarczały go spragnionym klientom w Chinach.
Sytuacja ta trwała do czasu, gdy w 1839 roku chińska policja cesarska przechwyciła i spaliła 20 tys. skrzyń nielegalnie sprowadzonego do portu w Kantonie leku. Wzburzeni Brytyjczycy wypowiedzieli na to wojnę Chinom, którą przy pomocy również zaangażowanych w nielegalny handel nielubianych przez siebie Francuzów, szybko wygrali. W wyniku porażki w 1842 roku Chiny zostały zmuszone do podpisania traktatu w Nankinie. Na jego mocy Wielka Brytania przejmowała w posiadanie Hong Kong oraz uzyskiwała zgodę na wymianę nielegalnego specyfiku na chińską herbatę. Imperium Brytyjskie stało sie wówczas największą w dziejach instytucją handlującą narkotykami. Za sprawą Jej Wysokości Królowej Brytyjskiej już w 1900 roku paliło opium 40 milionów Chińczyków, z czego 15 milionów nałogowo.
Tymczasem, gdy Brytyjczycy toczyli z Chinami „pierwszą wojnę opiumową”, wiele tysięcy mil od Hong Kongu, wielki, uzależniony od opium, polski poeta Juliusz Słowacki wydał swój wiekopomny poemat pt. „Beniowski”. Co się z tym zupełnie nie łączy, kilkadziesiąt lat później, w 1988 roku, w samym Hong Kongu nakręcony został kultowy film akcji pt. „Krwawy sport”, w którym oślepiony Jean-Claude Van Damme w morderczej walce pokonał silą ducha walczącego nie fair Bolo Yeunga. Z kolei w 1994 roku wówczas jeszcze nie kultowy reżyser Wang Kar-Wai nakręcił w Hong Kongu kultowy „Chungking Express”, a w Lany Poniedziałek 2008 roku trafił tam – w celu wyrobienia sobie tajwańskiej wizy – znany nam wszystkim teacher Jeff. Przypadkowo zatrzymał się w sfilmowanym przez Wang Kar-Waia Chungking Mansions, gdzie spotkało go wiele niespodziewanych przygód…
CDN
Mordercza walka Jeana-Claude’a Van Damme z Bolem Yeungiem
„Moja babcia miała dwa lata, kiedy zaczęto jej bandażować stopy. Jej matka, która sama miała krępowane stopy, najpierw kawałkiem białego materiału o długości sześciu metrów przywiązywała jej palce, oprócz dużego, do podeszwy stopy. Potem na wierzchu położyła duży kamień i zgruchotała kości. Babcia krzyczała w potwornym bólu, ale matka wetknęła jej między zęby kawałek materiału, żeby nie było słuchać krzyków. Ten ból babcia znosiła wielokrotnie.Trwało to kilka dobrych lat. Nawet kiedy kości były już połamane, stopa była krępowana bandażem z grubego materiału w dzień i w nocy, bo gdyby ją uwolniono, mogłoby się zdarzyć, żę kości zaczną się zrastać. Przez lata moja babka żyła w nieustannym bólu. Kiedy prosiła, żeby rozwiązać bandaże, matka szlochała i mówiła jej, że to by zrujnowało jej życie i że robi to dla jej szczęścia.
W tych czasach [początek XX-wieku – przyp. Kuba], kiedy kobieta wychodziła za mąż, rodzina pana młodego zaczynała od obejrzenia stóp. Uważano, że duże, normalne, przynoszą wstyd domowi męża. Teściowa unosiła brzeg długiej spódnicy panny młodej i jeśli jej stopy miały więcej niż dwadzieścia centymetrów, demonstracyjnie, z potępieniem, opuszczała spódnicę i wycofywała się, zostawiając pannę młodą pod krytycznym spojrzeniem gości weselnych, którzy przyglądali się jej stopom i w otwarcie obraźliwy sposób wyrażali pogardę . Czasem matka litowała się nad córką i rozluźniała bandaże, ale kiedy dziewczyna podrosła i musiała znosić pogardę rodziny męża i ogólną dezaprobatę, sama winiła swoją matkę za to, że okazała wcześniej słabość.
Tradycja krępowania stóp została wprowadzona w Chinach ponad tysiąc lata temu podobno przez jedną z konkubin cesarza. Uważano, że widok kobiety kuśtykającej na malusieńkich stópkach pobudza erotycznie, a mężczyźni, bawiąc się tymi stópkami, zawsze schowanymi w jedwabnych haftowanych bucikach, podniecają się. Kobiety nie zdejmowały bandaży nawet wtedy, gdy już były zupełnie dorosłe, jakby ich stopy mogły znowu urosnąć. Rozluźniały więzy tylko czasami w nocy, w łóżku, kiedy wkładały buciki na miękkiej podeszwie. Mężczyźni rzadko widywali ich stopy gołe – zazwyczaj były pokryte gnijącą skórą i cuchnęły, kiedy zmieniano bandaże. Z dzieciństwa pamiętam, że babcię stale bolały. Kiedy wracałyśmy z zakupów do domu, pierwszą rzeczą, jaką robiła po powrocie, było zanurzenie stóp w misce gorącej wody – i wtedy wzdychała z ulgą. Potem obcinała kawałki martwej skóry. Bolały ją połamane kości i paznokcie, które wrastały w poduszki pod palcami.Babci zaczęto krępować stopy w tym czasie, gdy już przestano uważać to za rzecz pożądaną. Kiedy w 1917 roku urodziła się młodsza siostra babci, zaniechano już tego i szczęśliwie uniknęła tej tortury.Ale gdy moja babcia dorastała w tak niedużym mieście jak Yixian nadal powszechnie uważano, że małe stopy są podstawowym warunkiem dobrego małżeństwa.”.
Podczas gdy za najmodniejszą maksymę świata zachodniego można uznać sformułowanie “Express Yourself” (Wyrażaj siebie), maksymą Wschodu będzie coś zupełnie przeciwnego – „Hide Yourself” (ukrywaj siebie).
Za zachodnimi hasłami: „Bądź sobą”, „Bądź autentyczny”, „Bądź asertywny”, „Wyrażaj siebie” stoi przeświadczenie, że tłumienie emocji prowadzi do zaburzeń psychicznych. Tymczasem na Wschodzie publiczne wyrażanie emocji – mimo wzorowaniu się na stylu bycia świata zachodniego – jest wciąż w złym tonie. Chińskie i tajwańskie nastolatki są zatem grzecznei czyste, dorośli z kolei są posłuszni i powściągliwi, za czym stoi konfucjańska z ducha teoria posłuszeństwa wobec autorytetu (rodzica, państwa, władcy) i nadrzędności interesów grupy ponad interesem jednostki. Dlatego też w historii Chin bardzo rzadko dochodziło do otwartych buntów czy rewolucji, które zdarzały się notorycznie w najnowszej historii Europy. Buntu wśród ludzi Wschodu nie dało się jednak zupełnie stłumić. Schodził on do podziemi, przybierając formę tajnych stowarzyszeń i spisków, które z czasem skrytobójczo obalały władcę-ciemiężyciela.
Ekstrawertyzm kulturowy Zachodu stoi więc w opozycji do introwertyzmu Wschodu, niemniejw tym wszystkim ani jedna ani druga strona nie wydaje się być do końca zadowolona. Okazało się bowiem, że Zachód ze swoim kultem indywidualizmu i wolności jednostki do „wyrażania siebie” zabrnął w ślepą uliczkę. Nie uwzględniono bowiem, że kult jednostki i co za tym idzie podważenie autorytetów(Boga, władcy, rodziny) na dłuższą metę jest dla owej jednostki psychicznie nie do zniesienia. Co z tego, gdy „wyrażamy siebie”, „jesteśmy sobą” i „jesteśmy autentyczni”, gdy tak naprawdę nie wiemy kim jesteśmy? Zachód odczuł zatem potrzebę głębi, zwracając się w stronę wschodniego introwertyzmu – w postaci buddyzmu, jogi czy pielgrzymek do Tybetu i Indii.
Tymczasem Wschód jakby na przekór, nie dostrzegając tego, czym tak zachwyca się w nim samym Zachód – odczuł potrzebę zweryfikowania swojej niepisanej maksymy „ukrywaj siebie”. Okazało się bowiem, że publiczne niewyrażanie emocji wcale nie oznacza, że wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi. Za kamiennymi twarzami kryją się bowiem w istocie wielkie emocje, czego dowodem jest potężna liczba depresji i samobójstw , która dotyka społeczeństwa Japonii, Tajwanu czy Chin. Cóż gdy mamy oparcie w autorytetach, gdy nasze prawdziwe emocje, nasze prawdziwe Ja jest stłumione? Uczmy się „wyrażać siebie”, tak jak robią to uśmiechnięci, pewni siebie ludzie Zachodu. Pielgrzymujmy do mekkiszczęśliwości w USA, Francji i UK.
Budynek, w którym mieszkam, to dawna łódź wojenna zbudowanaz podmokłej, gnijącej tektury. Chwieje się przy najmniejszym podmuchu wiatru, nie mówiąc juz o tajfunach czy trzęsieniach ziemi. Pokrywa ją gąszcz roślin zaplątanych w połamane maszty, które teraz służą mieszkańcom budynku do suszenia ubrań. Każda maleńka kajuta jest zajęta do ostatniego milimetra. Oprócz ludzi-ryb mieszkają tu koty, karaluchy, komary i włochate pająki. Walka z robactwem w miejscu oddalonym dwieście metrów od rzeki jest bezcelowa. Dla własnego spokoju z nieproszonymi współmieszkańcami trzeba się po prostu polubić. Twarz budynku-łodzi pokrywają plamy starczej pleśni i właśnie to ona oraz rośliny wrośnięte w strukturę ścian utrzymują budynek jeszcze w pionie. Ma już trzydzieści lat. Na Tajwanie to naprawdę dużo. Budynek zbudowany był dla armii Chang Kaj-szeka.. Stacjonowali tu oficerowie, przygotowani w każdej chwili na atak ze strony komunistycznych Chin Mao Zedonga. Z czasem stał się taki jak jego chińscy wojskowi mieszkańcy – ascetyczny i milczący, mimo ciągłej świadomości śmierci w niespodziewanym bombardowaniu. Budynek przetrwal jednak lęk przed bombardowaniami, przetrwal nawet śmierć Mao i Czang Kaj-Szeka. Doświadczenia sprawiły, że dziś stary i zgarbiony spogląda na pędzące po przyległej ulicy samochody z niezauważalnym uśmiechem, wypowiadającym niemo prastarą prawdę: wszystko mija. Bęc.
Piosenkarka 南拳媽媽 w piosence zatytułowanej “What can I do”. Ona jest w nim zakochana. I nie wie co ma zrobić, żeby się w niej też zakochał. Czy ma udawać słodką dziewczynkę czy może powiedzieć mu wprost kim jest i co do niego czuje? Typowy tajwański pop z gatunku “pink rock”. Tajwańczycy nie mieli swej młodzieżowej rebeli na wzór tej w Europie Zachodniej i USA w 1968 roku. Nie mieli ruchu hipisowskiego ani punk rocka czy kultury alternatywnej. Nie mieli swoich The Doors, Velvet Underground i Sex Pistols. Bunt przeciwko autorytetom – rodzicom czy władcom – był od zawsze w kulturze chińskiej jednym z poważniejszych wykroczeń. Ekstrawertyczny bunt młodzieżowy w wydaniu Zachodnim, mimo zalewu zachodniej popkultury, nigdy tutaj zatem nie zaistniał. Popkultura zachodnia zastała na Tajwanie wydestylowana z wszelkich chropowatości i brudów. Na ulicach Taipei trudno dziś o zbuntowanych nastolatków z irokezami na głowach, smutnych 15-latków w czarnych płaszczach, znerwicowanych miłosników amfetaminy czy błędnooczastych palaczy marihuany w wiszacych na biodrach spodniach. Do ich ubrań – i tak pozbawionych już wszlekich kontrowersji i plam – dodano jeszcze róż i czerwień, przyprawione polewką klejącego lukru. W efekcie dominującym kolorem tajwańskiej popkultury stał się kolor “pinky” a jedynym jej tematem – nastoletnia romantyczna miłość.
Dyrektorka Tiffany życzy sobie, żebym zjawił się pół godziny wcześniej. Tak robił poprzedni nauczyciel – niejaki James – miał dzięki temu czas na przygotowanie się do lekcji. Nie chcę być gorszy od Jamesa. Wychodzę z domu w samo południe. Dźwigam plecak z pięcioma kilogramami książek: podręczniki grupa E1 i E2, ćwiczenia grupa E1 i E2, podręczniki do wymowy grupa E1 i E2, dzienniki obecności. Mimo ciężaru, poruszam się prężnym harcerskim krokiem. Najważniejsze to polubić pracę, którą się wykonuje, w ten sposób życie staje się znośniejsze. Zresztą tak naprawdę innego wyjścia nie ma – zawsze i wszędzie to samo: praca, szef, pełne entuzjazmu rozmowy kwalifikacyjne, CV z zapasem na następne życia, a potem różaniec dni codziennych, spoglądanie na zegarek w oczekiwaniu na godzinę, po której można wyjść z pracy i skoncentrować się na czymś innym niż ślamazarny ruch wskazówek zegara.
W metrze niewyrażające żadnych emocji twarze Tajwańczyków. Niektórzy śpią, większość beznamiętnie patrzy przed siebie. Jak ryby w zastygniętym jeziorze. Odmawiam nauczycielską mantrę: kocham nauczać, kocham dzieci, kocham róże, kocham bratki… Chuj z dziećmi i różami. Najważniejsze w tym wszystkim jest 800 świętych dolarów tajwańskich na godzinę. Przeciętny pasażer tego metra zarabia kilkakrotnie mniej. Przeciętny pasażer tego metra pragnie jednak, by jego dziecię było za pan brat ze światem, więc płaci za lekcje angielskiego ze mną, podróbką Georga Busha i Brada Pitta. Ale o tym cicho sza. Na Stacji Głównej wychodzę z podziemi metra. Mijam tysiąc ludzi-ryb. Wsiadam w autobus. Przede mną 50 minut jazdy labiryntem uliczek i budynków. Kierowca rozmawia z babciami, które wtaczają się do środka pojazdu obwieszone wielkimi torbami. Gapię się w telewizory rozmieszczone w autobusie. Przygody Paris Hilton i Nicole Ritchie pt. „Simple life”. Potem reklamy restauracji – taniec mięs i klusek w talerzu. Robię się głodny i senny. Za oknem dostrzegam wielką figurę Buddy stojącą na dachu budynku. Kilkadziesiąt metrów za nią wielkie logo McDonalda, a zaraz po nim figura Maryi stojąca na dachu katolickiej szkoły. Bóstwa Zachodu kontra bóstwo wschodnie. Transformers to ukryta moc. Paris Hilton głupkowato uśmiecha się w telewizorze. Do autobusu wchodzą nastoletnie dziewczęta w jednakowych dresach – odpowiednikach brytyjskich mundurków szkolnych. Dziewczęta patrzą się na mnie i chichoczą. Mylą mnie ze śnieżno zębnymi bohaterami amerykańskich reklam. Nicole Ritchie odkurza w telewizorze. Na każdym rogu szkoły angielskiego dla dzieci. Nad nimi bilbordy z roześmianymi białymi ludźmi biegnącymi po łące za rękę z azjatyckimi dziećmi. Widziałem to już w gazetkach roznoszonych przez Świadków Jehowy. Brakuje tylko lwa pod rękę z zającem. Dziewczęta chichoczą. Za oknem wielka głowa słonia zapraszająca do indyjskiej restauracji. Dziewczęta wysiadają, machają mi na pożegnanie. Bilbordy przedwyborcze – hieroglify chińskich znaczków i przesympatyczni skośnoocy politycy. Ostatni przystanek, wciskam guzik wysiadania na żądanie. Nowe, bogate osiedle. Rząd szkół angielskiego. Na samym rogu cel mej podroży – szkoła Happy Miriam. Poprawiam pognieciony kołnierzyk. Przylizuję włosy. Chrząkam. Z szerokim podpatrzonym na bilbordach uśmiechem wchodzę do środka. “Hellou ewrybady!”.
—————–
Dyrektorka Tiffany ma dla mnie materiały dydaktyczne, przy okazji przeprasza za swój angielski. Mowie jej, żeby się nie przejmowała. Odbijam kartę obecności w zegarze. 13.17. 43 minuty przed czasem, jestem lepszy od nauczyciela Jamesa. Proszę nauczyciela Johna o pomoc przy kserowaniu. Nauczyciel John bez słowa wpisuje kod. Ksero zaczyna działać. Nauczyciel John ucieka, nie patrząc mi w oczy. Nauczyciel John to Tajwańczyk z przefarbowanymi na żółto włosami. Też udaje, że jest angielskim native-speakerem – tzw. CBC (Canadian Born Chinese)- Chińczykiem urodzonym w Kanadzie. Boi się, że jako rodzony Kanadyjczyk go zdemaskuję. Akcent Kanadyjski jest na tyle nieznany, że najwygodniej jest udawać właśnie Kanadyjczyka. Tym samymw naszej szkole angielskiego naucza dwóch fałszywych Kanadyjczyków – Polak i Chińczyk. Zostaniemy rozpoznani dopiero wtedy, gdy zjawi się tu prawdziwy native-speaker. To jest jednak mało prawdopodobne – native-speakerzy wybierają szkoły, do których dojazd nie zabiera aż tak dużo czasu. Możemy więc z Johnem spać spokojnie i systematycznie zarażać język angielski przyszłych tajwańskich pokoleń wirusem akcentu chińskiego i polskiego.
———————-
Zamykam się w swojej salce na piętrze. Umieszczono mnie tu, żebym nie był za bardzo na widoku. Nigdy nie wiadomo czy konkurencyjne szkoły nie będą chciały z zazdrości donieść na Happy Miriam zatrudniającą nielegalnie tak wybitnego specjalistę jak ja. Jest kilka minut przed czternastą. Przed samym startem słucham jeszcze płyt z odpowiednią wymową słówek, których dziś będę nauczał, nerwowo przeglądam książki i robię plan spektaklu. Wreszcie rozlega się dźwięk werbli i kurtyna idzie w górę. Tajwański nauczyciel wprowadza dzieci. Nauczanie początkowe. 7-9 lat. Idą równo rządkiem jak kaczki. Tajwański nauczyciel grzecznie dyga i wychodzi. Drzwi się zamykają i zostaję sam na sam z widownią. Mali, szczerbaci Tajwańczycy patrzą wyczekująco na mój ruch. – Gut morning uczniowie – zaczynam przedstawienie. – Gut morning nauczycielu Jeffie – odpowiada gromadka. – Hau ar ju uczniowie? – pytanie. – Okej – odpowiedź. – No to uczniowie powiedzcie mi jak się nazywacie? Uczniowie na potrzeby lekcji ze mną przyjęli angielskie imiona. Tak więc jest wśród nas skośnooki Hank, Jeremy, Anny, Pinky, Cindy, Angelina, Johnny, Billi. Tajwan u swych najczystszych źródeł, ludzie w swej ludzkiej a nie rybiej postaci. Zarodek przyszłych ludzkich charakterów. O czymżeś słynący z produkcji czipow Tajwanie zasłużył sobie na to, by Polak uczył Twe dzieci angielskiego?!Wzruszony i z poczuciem winy zaczynam opowiadać im o pozdrowieniach, że rano inaczej trzeba, że wieczorem inaczej, że po południu. A oni, że dlaczego. A ja ze spokojem, że tak już jest. A oni: a dlaczego tak jest. A ja już z mniejszym spokojem, że tak jest, bo jest. A oni, że dlaczego tak jest, że tak jest. A ja już z bardzo małym spokojem, że tak jest, bo jest i jest i koniec pytań. Pozdrawiać się teraz będziemy. „Gut morning, gut iwning, gut afternun”. Tymczasem Hank zakłada sobie kosz na śmieci na głowę i gromadka zamiast się pozdrawiać, z gromkim śmiechem podziwia kosz na głowie Hanka. Krzyczę na Hanka, żeby zdjął do cholery kosz z głowy i zaczął się pozdrawiać. Ten nie zwraca na mnie zupełnie uwagi i wyskakuje na środek sali z koszem na głowie i tańczyć sambę zaczyna. Uczniowie chichoczą, wstają, książki spadają na podłogę. Zaczynają dziki taniec małpek w klatce. O Paris Hilton! O Nicole Ritchie! O boginie pozorów! Pomóżcie! Jestem przecież jednym z was! Boginie obojętnie milczą, a z klasy robi się zoo. Nie ma rady, nie wyrzucę ich wszystkich z sali, jestem przecież większy i mądrzejszy. Muszę coś zrobić. Musze coś zrobić. A może ich pobić? Rzucić w nich krzesłami? Najlepiej coś zaśpiewam i zatańczę. Piosenka jest dobra na wszystko, a przynajmniej na małych Tajwańczyków. Intonuję „Head and shoulders. Knees and toes”. Reagują natychmiastowo. Występ Hanka schodzi na drugi plan. Teraz skaczą i śpiewają. Hank również dołącza do anielskiego chóru. Śpiewamy i śpiewamy, śpiewamy i śpiewamy. Głowa, ramiona, kolana i palce. Zmęczyli się skakaniem. Jest spokój na następne piętnaście minut. Każę im pisać w zeszycie pozdrowienia. Dziesięć razy. Siadam wyczerpany na krześle. Spoglądam na zegarek. Myślę o piosenkach, które jeszcze zaśpiewam, o piosenkach, które śpiewałem i których im nie zaśpiewam. Przychodzi mi do głowy “Rota”, “Przybiezeli do Betlejem pasterze” i “Lambada”.
Japonia made in Tajpej. Centrum rozrywkowo-zakupowe – Ximen Ding. Godzina 21. Wyjście trzecie ze stacji metra – jeden przystanek niebieską linią od Stacji Głównej. Po drugiej stronie ulicy ogromny budynek Party World – umówiłem się tam na karaoke – narodową rozrywkę Tajwańczyków. Dookoła budynki ozdobione lśniącymi bilbordami. Na nich loga firm i biali, piękni ludzie reklamujący lśniące produkty. Mac Donald, Jeans, More choice, more satisfaction. Azjaci milionami wylewają się z podziemi metra i rozpoczynają maraton zakupowo-jedzeniowy. Taniec samochodów i skuterów na ulicach. Żółte taksówki co chwila porywające młode dziewczęta obwieszone torbami pełnymi zakupów. Młodzież porusza się grupkami. Jest podekscytowana. Dziewczęta stawiają małe kobiece kroczki hollywoodzkich gwiazd filmowych. Mało różnią się przy tym od swych europejskich odpowiedników. Tak samo różowe i świecące. Popkultura - wyabstrahowana z kontrkulturowego buntu i rockowych chropowatości – przybrała tutaj jednak formę najczystszą – cukierkową, czyniąc z tajwańskich dziewcząt i chłopców wyznawców doskonałych. Tajwańczycy są wystarczająco bogaci, aby świat zachodnich reklam stał się ich własnym światem. Pustka Zachodu zapakowana w różowe pudełka z falbankami sprzedaje się tutaj jak świeże bułeczki. Tymczasem bezdomny bez nóg położył się przy wyjściu z metra i gra na harmonijce. Niemiłosiernie fałszuje. Taksówka uderzyła w motor. Od razu zjawia się policja. Taksówkarz spokojnie wychodzi z samochodu. Beznamiętnie dotyka błotnika. Policjant notuje coś w notesiku. Metroseksualni chłopcy z natapirowanymi włosami wychodzą radośnie z KFC. Chłopcy przejmują kobiece formy, a dziewczęta, zamiast się emancypować na podobieństwo kobiet Zachodu, osadzają się jeszcze bardziej w stereotypowej – lalkowatej- kobiecości. Parada klonów – boysbandów i Paris Hilton. Bezdomny gra na harmonijce jedyną punkową piosenkę na tej ulicy. Znudziło mu się leżenie. Wczołguje się na wózek i odjeżdża. Wreszcie zjawia się Kai Lee z grupką znajomych. Przeprasza, bo w Party World wszystkie salki są zajęte. Ale nie muszę się martwić – Party World zapłaci nam za taksówki, które zawiozą nas do innego oddziału – z wolnymi salkami.