Kuba Station

Wpisy od luty 2008

Opowieści tajwańskie, cz. 2. Jak teacher Jeff uczył się wyrzucać śmieci.

luty 26, 2008 · 1 komentarz

wesole-miasteczko.jpg


Zbliżała się siódma wieczorem. Teacher Jeff mocnym chwytem szarpnął worki i zszedł na dół. Na dworze panowała pustka i ciemność. Wąska uliczka po brzegi zastawiona była skuterami. Teacher Jeff przełknął nerwowo ślinę. Siedzący nieruchomo pod sklepem Tajwańczyk spojrzał ukradkiem w jego stronę. Pies leżący u jego nóg także podniósł głowę. Obok teachera Jeffa stanęła babcia i zaczęła przyglądać się jego śmieciom. Powiedziała coś i poklepała worki. Teacher Jeff przestraszył się: czyżby coś nie tak było z moimi śmieciami? - pomyślał. Babcia zagadywała dalej. Czekanie zaczęło męcząco się wydłużać. Teacher Jeff wyszedł na środek ulicy z nadzieją, że uda mu się dostrzec śmieciarkę. Z oddali dobiegała cicha melodyjka przypominająca polskie samochody rozwożące lody. Teacher Jeff połączył obie melodyjki w logiczną całość – w Polsce jest teraz pora obiadu, tutaj kolacji i lody zdążyły się zepsuć.

Pod blokiem zjawiło się coraz więcej ludzi. Byli spokojni, nieruchomi, kontemplujący. Nosili w końcu w genach chińską cnotę cierpliwości. Tymczasem babcia nie przestawała mruczeć do teachera Jeffa. Mruczała nawet intensywniej. On nic nie rozumiał. Kiwał po dziennikarsku głową. W odróżnieniu od otaczających go teraz ludzi w wyhodowanej w dolinie Odry i Nysy krwi miał zapisany pośpiech i wieczne poczucie niespełnienia. Jakaś kobieta przytargała dwa olbrzymie worki. Chłopak w klapkach i białym fartuchu kucharskim doniósł dwa następne.  Otworzyli wielkie worki i zaczęli wsadzać do nich worki mniejsze. Śmieciarka była tuż obok. Wysoki ton melodyjki przypominał teacherowi Jeffowi wesołe miasteczko… a tłum był coraz większy i większy. Chłopak w klapkach pospiesznie upychał nogami małe worki do większego.

Śmieciarka podjechała, budząc podziw i grozę. Wyskoczyło z niej dwóch umorusanych facetów. Byli ministrantami dzisiejszej mszy. Majestat samochodu przypomniał Jeffowi dziecięce marzenie o pracy śmieciarza. Tłum zaczął natarcie. Faceci w maskach na twarzy wrzucali worki do paszczy samochodu. Ta zachłannie je pożerała. Teacher Jeff podążył za innymi. Facet w masce pokręcił jednak głową i odrzucił jego worek. Co nie tak z moimi śmieciami?! – przeraził się Jeff. Ludzie na migi pokazali mu drugą śmieciarkę. Okazało się, że worek Jeffa był nieoznakowany,a worki nieoznakowane wrzucało się na drugi, mniejszy samochód, jadący kilka metrów za śmieciarką-matką. Faceci w maskach wyładowali z drugiego samochodu wielką plastikowa beczkę. Ludzie obsiedli beczkę ze wszystkich stron jak muchy. Zaczęli wrzucać do niej kompost. Klejący się śluz zaczął spływać po jej brzegach. Jeff z trudem przecisnął się przez tłumek. Zamknął oczy, żeby nie patrzeć na cuchnącą zawartość beczki. Energicznie wyrzucił resztki ze swojej reklamówki do środka.

Ludzie dookoła byli jakby spokojniejsi. Wolnymi kroczkami rozchodzili się z pustymi wiadrami do domów. Oto na oczach Jeffa dokonał się rytuał wielkiego, zbiorowego, sąsiedzkiego wypróżnienia . Ba, sam poczuł ulgę. Karawana śmieciarek pojechała dalej. Można było odejść. Wrócić na stanowisko. Żyć dalej jak gdyby nigdy nic.

Zobacz także: Wyrzucanie śmieci

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Opowieści tajwańskie, część 1. Narodziny teachera Jeffa

luty 25, 2008 · 3 komentarzy

Poniedziałek, godz. 12. Jessie to agentka Polaków. Wróciła właśnie z wakacji na Filipinach. Mieszka na piątym pietrze nowego, strzeżonego budynku w centrum Tajpej. Wjeżdżam na piąte piętro. Lśniąca winda z lustrem. Przed drzwiami agentki równo ustawione butki. Dzwonię do drzwi. Agentka otwiera, rozmawia przez telefon. Eleganckie spodnie, elegancka bluzeczka, elegancki sweterek.  Zza miny poważnej bizneswoman przebija się jednak co pewien czas szelmowski, filuterny uśmieszek przekupki ze straganu. Każe mi usiąść na krześle przed dębowym biurkiem. Mieszkanie lśni i błyszczy. Jak w reklamie środków do mycia podłóg. Jessie jako kobieta już nie pierwszej młodości zdaje sobie sprawę ze znaczenia pozorów w życiu. One decydują o sukcesie w interesach. Teraz tajwańska Madonna rozmawia przez telefon z jakimś Belgiem. W jej angielskim słychać wyraźny chiński akcent. Kończy rozmowę z Belgiem.

- Co by cie interesowało? – Jessie energicznie obraca się w moja stronę.
- 10 godzin tygodniowo, nie mniej niż 600 dolarowa za godzinę – odpowiadam wyuczoną formułkę.
- Dla Polaków jest teraz ciężko. Przyjechało  dużo native-speakerów z USA i Wielkiej Brytanii. Masz pozwolenie na pracę? – Jessie blefuje, wie, że pozwolenia na prace nie mam.
- Nie mam.
- To niedobrze, jeśli policja cię złapie, ja też będę miała kłopoty – standardowa rozmowa z nowymi klientami. – Gdyby ktoś cię złapał, nie znamy się – zastrzega Jessie, wiedząc dobrze, że ryzyko jest tak małe, że prawie nie istnieje.

80 proc. obcokrajowców w tajpejskich prywatnych szkołach angielskiego pozwolenia na pracę nie posiada. Wiedzą o tym wszyscy. Wie rząd, wie policja. W sytuacji ignorowania Tajwanii na arenie międzynarodowej, władzom zależy jednak na dobrym wizerunku kraju w świecie. Dobre traktowanie ludzi z Zachodu jest wiec jednym z nieoficjalnych priorytetów rządu. Wpadki zdarzają się tylko wtedy, gdy ktoś złoży donos na konkretną szkole. Takie donosy wymiotły by jednak większość obcokrajowców z Tajwanu. Kto uczyłby wtedy dzieci angielskiego? I tu koło się zamyka.

- W tym momencie mam dla ciebie tylko jedna ofertę, tyle że szkoła znajduje się godzinę od centrum, w Luzhou City- Jessie łypie małymi oczkami w moja stronę.

- To za daleko – odpowiadam. Targowanie jest standardem podczas spotkań z Jessie. Na dojazd do Luzhou City traciłbym dziennie dwie godziny.

- W porządku, zadzwoń zatem jutro o dwunastej, może będę miała dla ciebie coś innego. Tak czy siak przez pierwszy miesiąc oddajesz mi dziesięć procent swoich dochodów, z pracy, którą ci zorganizuję.

Dziękuję. Uśmiecham się. Wstaje. Wychodzę.
—-
Tajpej. Dzień następny. 11: 40. Dzwonię do Jessie.

- Dzień dobry, i  co? – pytam.
- Omówiłam cię na jutro na godzinę 14:30.
- Doskonale. Jak tam dojechać?
- Ze stacji głównej autobus nr 245, jedzie się 40 minut.
- Oj, to daleko.
- Daleko, ale płacą 800 dolarów za godzinę.
- Okej, jak się nazywa szkoła?
- Happy Miriam.
- W porządku.
- Acha, nie mów im, że jesteś Polakiem – zaznacza Jessie. – Powiedz, że jesteś Anglikiem.
- Rozpoznają, że nie mówię z angielskim akcentem.
- Powiedz więc, że jesteś z Kanady, mało kto wie jak brzmi akcent kanadyjski.
- Dobrze.
– Nie mów też, że nie masz doświadczenia – dodaje. – Powiedz, że pracowałeś już z dziećmi i że jesteś Kanadyjczykiem.

—-
Dzień następny. Po godzinnej podroży autobusem na przedmieścia Tajpej staję przed kolorowym szyldem szkoły „Happy Miriam”. Podciągam spodnie, poprawiam kołnierzyk. Z szerokim uśmiechem witam się z siedzącą za biurkiem młodą Tajwanka. Za szybą Chińczyk w zafarbowanych na blond włosach skacze przed gromadką małych Tajwańców. Naucza. Siedząca na dziecięcym krzesełku kobieta – matka jednego z dzieci – uśmiecha się nieśmiało w moja stronę. Podziwia. I ma rację.  Moja blada facjata ni mniej ni więcej symbolizuje przecież białego, doskonałego człowieka, czyli znanego z telewizji, wiecznie pogodnego, zadowolonego z siebie, bogatego i odważnego Amerykanina – któż nie chciałby, aby jego dziecię, nie chłonęło takiej twarzy. Mimo świadomości, że pozory są po mojej stronie, czuję się jednak niepewnie jak przed ustnym egzaminem, do którego się nie przygotowałem i wiem, że moja jedyna bronią jest blef.

- Jestem Tiffany, a Pan zapewne Jeff? – Tiffany ma twarz ślicznej, małej dziewczynki, na jej głowie da się jednak zauważyć już kilka siwych włosów. – Jessie opowiadała, że ma Pan małe doświadczenie, ale jest Pan Amerykaninem i Pana żona uczy już na Tajwanii od kilku lat, zatem udzieli Panu na pewno niezbędnych rad.

Przełykam ślinę. Uśmiecham się. Próbuję ułożyć sobie wszystko w jedna logiczna całość. Tiffany? Żona? Jeff? Amerykanin?

- Cóż, moje doświadczenie wcale nie jest takie małe – dodaję z poważną miną. – Nie pracowałem wprawdzie jeszcze na Dalekim Wschodzie, ale za to cale życie spędziłem nauczając angielskiego w innych zakątkach świata.

- To bardzo dobrze – Tiffany kiwa głową. – U nas uczyłby pan dzieci od 7 do 12 lat, przez 10 godzin tygodniowo. Popołudnia: wtorki, środy i piątki. Wcześniej chcielibyśmy jednak, żeby zaprezentował nam pan krótkie 10 minutowe demo lekcji.

- Ależ oczywiście – uśmiecham się w duchu. Cały poprzedni wieczór oglądałem DVD z przykładowymi demo lekcji. Opracowałem aż trzy piosenki i cztery zabawy. Wchodzę do pustej salki.

- Ile lat mają dzieci, przed którymi mam występować? – pytam z pedagogicznym przejęciem.

- Niestety w tym momencie nie ma dzieci, będzie Pan występował przede mną i przed moją koleżanką.

Zwyczajowo się uśmiecham, bo cóż innego mi pozostało. Staje na środku salki. Dwie 30-letnie Tajwanki zasiadają w małych dziecięcych ławeczkach.

- Dzień dobry dzieci, nazywam się Jeff i będę was uczył języka angielskiego – zaczynam.

- Dzień dobry, nauczycielu Jeffie – odpowiadają dwie trzydziestolatki wbite w małe dziecięce ławki.

- Lubicie ziemniaki? Jeśli tak, to zaśpiewam wam piosenkę o ziemniakach:

One potato, two potatoes, three potatoes, four…

———-
Tajpej. Dzień następny. Godz. 9 rano. Tajwanka z Happy Miriam odpowiedziała, ze oddzwoni. Gdy w Europie taka odpowiedz należy uznać za dobry znak, na Tajwanie, gdzie publicznie nie zwykło się wyrażać o kimś złej opinii, oznacza to po prostu klęskę i konieczność szukania nowej pracy. Tym razem jestem omówiony w prestiżowym przedszkolu „Czekolada”.

Przedszkole „Czekolada” już na samym wejściu sprawia wrażenie poważnej firmy. Poważna jest też Tajwanka, która wita się ze mną urzędowo i wskazuje mi miejsce, gdzie mam usiąść. Każe mi wypełnić formularz o pracę. Imię: Jeff. Nazwisko: MacCox. Narodowość: English. Adres zamieszkania: nie pamiętam, ale to nie jest konieczne. Wykształcenie: nauczanie przedszkolne, Oksford. Doświadczenie w pracy na Tajwanie: szkoły YoYo i Happy Miriam.

Pani pyta dlaczego chcę opuścić Happy Miriam? Ano dlatego, odpowiadam, że szukam szkoły, a szczególnie przedszkola, które jest bliżej mojego mieszkania. Niemniej oczywiście kocham uczyć w Happy Miriam i będę tęsknił do moich dzieciaków. Pani jest najwyraźniej usatysfakcjonowana taką odpowiedzią.

- Czy ma Pan doświadczenie w pracy z dwulatkami na Tajwanii? – pyta pani.

- Z dwulatkami co prawda nie mam, ale za to doskonale mi się pracuje z pięciolatkami, a miedzy pięciolatkiem a dwulatkiem już tak dużej różnicy nie ma – uśmiecham się radośnie.

Pani tym razem moja odpowiedz nie bawi.

- Fakt, doświadczenia nie mam, ale zawsze fascynowały mnie przedszkola i marzyłem o pracy w jednym z nich – staram się ratować wszystkimi chwytami.

- Muszę zobaczyć czy poradzi Pan sobie z dwulatkami – rzecze urzędowo pani. -  Proszę zdjąć buty, założyć kapcie i iść za mną – kapcie zakładam, ruszam za panią. Po schodkach. Na pięterko.

Stajemy przed salką. Słupieję. W środku stadko sięgających mi do kolan Tajwańczyków. Właśnie skończyła im się pora karmienia. Dwulatki spoglądają na mnie w górę jak małe małpki. Ślina cieknie im z ust, ledwo co trzymają się na nogach. Pani kierowniczka każe mi zaczynać demo. Mam w zanadrzu moje trzy piosenki i cztery zabawy. Wkładam na ręce pacynki – niedźwiedzia i świnię.

- Hellou, nazywam się Jeff i zaśpiewam wam piosenkę – nie widać żadnego odzewu, dzieci patrzą się na mnie tym samym przestraszonym wzrokiem małpek. Zaczynam od standardu: „If you are happy and you know it, clap your hands” (Jeśli jesteś szczęśliwy i wiesz o tym, klaśnij w ręce). Dzieciom się chyba podoba. Zaczynają podrygiwać. Dobra nasza. Zaczynam machać im przed oczami świnią i niedźwiedziem. Jedno dziecko się rozpłakało. Podskakuję, pląsam. Część dzieci zaczyna podskakiwać razem ze mną. Inne dalej stoją nieruchomo. Każe im uformować koło. Brak odzewu. Ustawiam je. Tym razem zaczynam piosenkę o ziemniakach. Tańczymy. Dzieci się przewracają, tańczę na kolanach. Pani kierowniczka patrzy jednak na to wszystko ze znudzoną miną. Prosi, żebym pokazał jakąś zabawę. Jak najbardziej: “Może tradycyjna angielska zabawa w świnie i niedźwiedzia?”.  Po jednej stronie sali kładę pacynkę ze świnią, po drugiej z niedźwiedziem. Każe dzieciom znaleźć świnię. Wolna amerykanka raczkujących dwulatków rzuca się na pacynkę. Teraz łapiemy niedźwiedzia. Dwulatki zmieniają kierunek raczkowania. Rozszarpują niedźwiedzia. Znowu tańczymy. Tym razem do przeboju: “Head and shoulders, knees and toes” (Głowa, barki, kolana i palce). Pani kierowniczka ma już chyb a dosyć, mówi, żebym przerwał i zszedł na dół do jej biura. Żegnam  się z dwulatkami. Turlają sie po podłodze.

Pani kierowniczka ni z tewgo ni z owego zarzuca mi, że moja wymowa słowa „hurrey” w piosence „If you happy” nie jest angielska – krótko mówiąc na tajwański okrężny sposób insynuuje, że nie jestem native-speakerem, a jakimś oszustem. Oburzam się.

- Proszę pani, nie mam swojemu „hurra” nic do zarzucenia.

- Na pewno nie jest to angielskie „hurra” – odpowiada pani, cały czas zachowując hipergrzecznościowe formy rozmowy.

- Bo to jest wymowa oksfordzka, pani w swym ograniczeniu zna widocznie jedynie wymowę amerykańską.
Kobieta nic nie odpowiada. Odpowiedź oznaczałaby złamanie tajwanskiego bon tonu i okazanie gniewu. Zgodnie z zasadami etykiety mówi, że zadzwoni. Zgodnie z zasadami etykiety, mimo że nie jest mi do śmiechu, uśmiecham się. Kłaniam się nisko. Wychodzę.

——
Kilka godzin później.
Dzwonie do agentki Jessie. Mam już tego dość. Niech załatwi mi coś niewymagającego występów przed 30-latkami ani 2-latkami. Niech najlepiej załatwi mi coś niewymagającego mówienia.

- Cierpliwości, powiedziałam im w Happy Miriam, że nie mam dla nich nikogo innego oprócz ciebie – Jessie jest dobrym graczem, robi w końcu w tym interesie od lat. Z dostarczenia szkole  nauczyciela ma podwójny zysk: płaci jej nauczyciel szukający pracy oraz szkoła, która szuka nauczyciela.

– Wytłumaczyłam im, że byleś zestresowany i że szybko się uczysz.
—–
Dzień następny.

Telefon.

- Dzień dobry, tu Tiffany ze szkoły Happy Miriam, po przeanalizowaniu wszystkich kandydatur zdecydowaliśmy się wziąć właśnie Pana. Zaczyna Pan w następnym tygodniu.

Kategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , ,

Ameryka to Piekny Kraj

luty 22, 2008 · Dodaj komentarz

blog5.jpg

Najpopularniejsza i przewaznie jedyna praca jaka podejmuja na Tajwanie obcokrajowcy jest nauczanie angielskiego w prywatnych szkolach dla dzieci (oprocz nauczania angielskiego mozna tu jedynie zostac modelka/modelem). W 80 proc. obcokrajowcy podejmuja ta prace nielegalnie, lecz wladze przymykaja na ten proceder oko.  Angielski jest czyms prestizowym, symbolizuje zachodni piekny swiat – symbolizuje USA (chinska nazwa na USA to Piekny Kraj). To, co amerykanskie jest zatem piekne a sami Amerykanie darzeni sa szacunkiem i zaufaniem (w drugiej polowie XX wieku w ramach zimnej wojny z komunistycznymi Chinami wspierali finansowo i militarnie Tajwan). Z owego kultu Ameryki korzystaja nie tylko studenci z Wielkiej Brytanii, ale rowniez inni mieszkancy globu przypominajacy wygladem Amerykanow, w tym Polacy. W internecie roi sie od ogloszen, gdzie poszukuje sie angielskich native-speakerow (osob, ktorych rodzimym jezykiem jest angielski) a prywatna szkola angielskiego bez native-speakera jest nic nie warta. Zarobki native-speakerow wahaja sie od 600 do 1000 dolarow tajwanskich za godzine (ok. 60 – 100 zl). W jaki jednak sposob jednak Polacy sa zatrudniani w charakterze angielskich native-speakerow? Po pierwsze wygladem przypominaja szanowanych Amerykanow. Po drugie malo kto na Tajwanie orientuje sie w jakim jezyku mowi sie w Polsce, najczestszy poglad w tym wzgledzie jest taki, ze w Polsce jako w kraju europejskim mowi sie po angielsku.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: ,

Wyrzucanie smieci

luty 22, 2008 · Dodaj komentarz

W co graja Tajwanczycy?

Wchodzenie w nowa kulture jest jak podroz w czasie do przeszlosci - cofamy sie do okresu wczesnego dziecinstwa, gdy wszystkiego trzeba uczyc sie od poczatku – mowienia, pisania, jedzenia, korzystania z toalety, usmiechania sie, przechodzenia przez jezdnie. Najporostsze czynnosci urastaja do rangi problemu. W swiecie chinskich znaczkow trudnoscia staje sie nawet znalezienie wlasciwej ulicy, kupienie sobie bulki w sklepie czy wyrzucenie smieci…

***

Wyrzucenie smieci nie jest na Tajwanie czynnoscia tak prosta jak mogloby sie wydawac. Smieci sa segregowane i wyrzucane jedyne w okreslonych porach – i nie robi sie tego bynajmniej z wyzszych ekologicznych pobudek, ale ze wzgledow czysto praktycznych – w kraju gdzie gestosc zaludnienia wynosi 637 osob na km2 (prawie szesciokrotnie wiecej niz w Polsce) zalegajace w smietnikach czy na ulicach smieci szybko przeksztalcilyby caly kraj w jedno wielkie wysypisko i stalyby sie zarodkiem narodowej epidemii chorobotworczej.

 Smieci segreguje sie w domach. Potem w okreslanych dniach i o okreslonej godzinie sie je wyrzuca. Nadjezdzajace smieciarki wydaja z siebie wesola melodyjke, taka jaka w Polsce wydaja samody rozworzace lody. Mieszkancy bloku na dzwiek wesolej smieciarskiej melodyjki wychodza pprzed klatke ze smieciami. Samochody staja pod blokiem. Kazdy jest od innego rodzaju smieci. Ludzie grzecznie wrzucaja smieci – tu resztki jedzenia, tam butelki a tam papier i kartoniki. Za wyrzucenie smieci o niewlasciwej porze groza surowe kary.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: ,

W poszukiwaniu Wyspy Wynalazców

luty 22, 2008 · Dodaj komentarz

Trafiłem do tej krainy zupełnie przypadkowo. Z Tajwanią nigdy nie miałem nic wspólnego. Interesowała mnie tak samo jak Malezja czy Wyspy Salomona. Jadąc na ten koniec świata, myślałem bardziej o Argentynie Witolda Gombrowicza i Afrykach Artura Rimbauda i Lousia Ferdynanda Celinie. Tak jak oni chciałem na chwilę uciec od wszystkiego, w co byłem zaplątany i znaleźć się w próżni czystego patrzenia na rzeczywistość. Zaczynając życie po raz drugi przekonałem się jednak, że ludzie w swym bełkocie są we wszystkich krainach tacy sami. I nawet jeśli ucieczka z jednego bełkotu w inny bełkot przynosi w pierwszym momencie orzeźwienie, zakładanie nowych masek na starą twarz jest zawsze i wszędzie tym samym męczącym oszustwem. Można uciec od konkretnych miejsc i konkretnych ludzi, przed sobą samym uciec już jednak się nie da.

Kategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , , ,