Poniedziałek, godz. 12. Jessie to agentka Polaków. Wróciła właśnie z wakacji na Filipinach. Mieszka na piątym pietrze nowego, strzeżonego budynku w centrum Tajpej. Wjeżdżam na piąte piętro. Lśniąca winda z lustrem. Przed drzwiami agentki równo ustawione butki. Dzwonię do drzwi. Agentka otwiera, rozmawia przez telefon. Eleganckie spodnie, elegancka bluzeczka, elegancki sweterek. Zza miny poważnej bizneswoman przebija się jednak co pewien czas szelmowski, filuterny uśmieszek przekupki ze straganu. Każe mi usiąść na krześle przed dębowym biurkiem. Mieszkanie lśni i błyszczy. Jak w reklamie środków do mycia podłóg. Jessie jako kobieta już nie pierwszej młodości zdaje sobie sprawę ze znaczenia pozorów w życiu. One decydują o sukcesie w interesach. Teraz tajwańska Madonna rozmawia przez telefon z jakimś Belgiem. W jej angielskim słychać wyraźny chiński akcent. Kończy rozmowę z Belgiem.
- Co by cie interesowało? – Jessie energicznie obraca się w moja stronę.
- 10 godzin tygodniowo, nie mniej niż 600 dolarowa za godzinę – odpowiadam wyuczoną formułkę.
- Dla Polaków jest teraz ciężko. Przyjechało dużo native-speakerów z USA i Wielkiej Brytanii. Masz pozwolenie na pracę? – Jessie blefuje, wie, że pozwolenia na prace nie mam.
- Nie mam.
- To niedobrze, jeśli policja cię złapie, ja też będę miała kłopoty – standardowa rozmowa z nowymi klientami. – Gdyby ktoś cię złapał, nie znamy się – zastrzega Jessie, wiedząc dobrze, że ryzyko jest tak małe, że prawie nie istnieje.
80 proc. obcokrajowców w tajpejskich prywatnych szkołach angielskiego pozwolenia na pracę nie posiada. Wiedzą o tym wszyscy. Wie rząd, wie policja. W sytuacji ignorowania Tajwanii na arenie międzynarodowej, władzom zależy jednak na dobrym wizerunku kraju w świecie. Dobre traktowanie ludzi z Zachodu jest wiec jednym z nieoficjalnych priorytetów rządu. Wpadki zdarzają się tylko wtedy, gdy ktoś złoży donos na konkretną szkole. Takie donosy wymiotły by jednak większość obcokrajowców z Tajwanu. Kto uczyłby wtedy dzieci angielskiego? I tu koło się zamyka.
- W tym momencie mam dla ciebie tylko jedna ofertę, tyle że szkoła znajduje się godzinę od centrum, w Luzhou City- Jessie łypie małymi oczkami w moja stronę.
- To za daleko – odpowiadam. Targowanie jest standardem podczas spotkań z Jessie. Na dojazd do Luzhou City traciłbym dziennie dwie godziny.
- W porządku, zadzwoń zatem jutro o dwunastej, może będę miała dla ciebie coś innego. Tak czy siak przez pierwszy miesiąc oddajesz mi dziesięć procent swoich dochodów, z pracy, którą ci zorganizuję.
Dziękuję. Uśmiecham się. Wstaje. Wychodzę.
—-
Tajpej. Dzień następny. 11: 40. Dzwonię do Jessie.
- Dzień dobry, i co? – pytam.
- Omówiłam cię na jutro na godzinę 14:30.
- Doskonale. Jak tam dojechać?
- Ze stacji głównej autobus nr 245, jedzie się 40 minut.
- Oj, to daleko.
- Daleko, ale płacą 800 dolarów za godzinę.
- Okej, jak się nazywa szkoła?
- Happy Miriam.
- W porządku.
- Acha, nie mów im, że jesteś Polakiem – zaznacza Jessie. – Powiedz, że jesteś Anglikiem.
- Rozpoznają, że nie mówię z angielskim akcentem.
- Powiedz więc, że jesteś z Kanady, mało kto wie jak brzmi akcent kanadyjski.
- Dobrze.
– Nie mów też, że nie masz doświadczenia – dodaje. – Powiedz, że pracowałeś już z dziećmi i że jesteś Kanadyjczykiem.
—-
Dzień następny. Po godzinnej podroży autobusem na przedmieścia Tajpej staję przed kolorowym szyldem szkoły „Happy Miriam”. Podciągam spodnie, poprawiam kołnierzyk. Z szerokim uśmiechem witam się z siedzącą za biurkiem młodą Tajwanka. Za szybą Chińczyk w zafarbowanych na blond włosach skacze przed gromadką małych Tajwańców. Naucza. Siedząca na dziecięcym krzesełku kobieta – matka jednego z dzieci – uśmiecha się nieśmiało w moja stronę. Podziwia. I ma rację. Moja blada facjata ni mniej ni więcej symbolizuje przecież białego, doskonałego człowieka, czyli znanego z telewizji, wiecznie pogodnego, zadowolonego z siebie, bogatego i odważnego Amerykanina – któż nie chciałby, aby jego dziecię, nie chłonęło takiej twarzy. Mimo świadomości, że pozory są po mojej stronie, czuję się jednak niepewnie jak przed ustnym egzaminem, do którego się nie przygotowałem i wiem, że moja jedyna bronią jest blef.
- Jestem Tiffany, a Pan zapewne Jeff? – Tiffany ma twarz ślicznej, małej dziewczynki, na jej głowie da się jednak zauważyć już kilka siwych włosów. – Jessie opowiadała, że ma Pan małe doświadczenie, ale jest Pan Amerykaninem i Pana żona uczy już na Tajwanii od kilku lat, zatem udzieli Panu na pewno niezbędnych rad.
Przełykam ślinę. Uśmiecham się. Próbuję ułożyć sobie wszystko w jedna logiczna całość. Tiffany? Żona? Jeff? Amerykanin?
- Cóż, moje doświadczenie wcale nie jest takie małe – dodaję z poważną miną. – Nie pracowałem wprawdzie jeszcze na Dalekim Wschodzie, ale za to cale życie spędziłem nauczając angielskiego w innych zakątkach świata.
- To bardzo dobrze – Tiffany kiwa głową. – U nas uczyłby pan dzieci od 7 do 12 lat, przez 10 godzin tygodniowo. Popołudnia: wtorki, środy i piątki. Wcześniej chcielibyśmy jednak, żeby zaprezentował nam pan krótkie 10 minutowe demo lekcji.
- Ależ oczywiście – uśmiecham się w duchu. Cały poprzedni wieczór oglądałem DVD z przykładowymi demo lekcji. Opracowałem aż trzy piosenki i cztery zabawy. Wchodzę do pustej salki.
- Ile lat mają dzieci, przed którymi mam występować? – pytam z pedagogicznym przejęciem.
- Niestety w tym momencie nie ma dzieci, będzie Pan występował przede mną i przed moją koleżanką.
Zwyczajowo się uśmiecham, bo cóż innego mi pozostało. Staje na środku salki. Dwie 30-letnie Tajwanki zasiadają w małych dziecięcych ławeczkach.
- Dzień dobry dzieci, nazywam się Jeff i będę was uczył języka angielskiego – zaczynam.
- Dzień dobry, nauczycielu Jeffie – odpowiadają dwie trzydziestolatki wbite w małe dziecięce ławki.
- Lubicie ziemniaki? Jeśli tak, to zaśpiewam wam piosenkę o ziemniakach:
One potato, two potatoes, three potatoes, four…
———-
Tajpej. Dzień następny. Godz. 9 rano. Tajwanka z Happy Miriam odpowiedziała, ze oddzwoni. Gdy w Europie taka odpowiedz należy uznać za dobry znak, na Tajwanie, gdzie publicznie nie zwykło się wyrażać o kimś złej opinii, oznacza to po prostu klęskę i konieczność szukania nowej pracy. Tym razem jestem omówiony w prestiżowym przedszkolu „Czekolada”.
Przedszkole „Czekolada” już na samym wejściu sprawia wrażenie poważnej firmy. Poważna jest też Tajwanka, która wita się ze mną urzędowo i wskazuje mi miejsce, gdzie mam usiąść. Każe mi wypełnić formularz o pracę. Imię: Jeff. Nazwisko: MacCox. Narodowość: English. Adres zamieszkania: nie pamiętam, ale to nie jest konieczne. Wykształcenie: nauczanie przedszkolne, Oksford. Doświadczenie w pracy na Tajwanie: szkoły YoYo i Happy Miriam.
Pani pyta dlaczego chcę opuścić Happy Miriam? Ano dlatego, odpowiadam, że szukam szkoły, a szczególnie przedszkola, które jest bliżej mojego mieszkania. Niemniej oczywiście kocham uczyć w Happy Miriam i będę tęsknił do moich dzieciaków. Pani jest najwyraźniej usatysfakcjonowana taką odpowiedzią.
- Czy ma Pan doświadczenie w pracy z dwulatkami na Tajwanii? – pyta pani.
- Z dwulatkami co prawda nie mam, ale za to doskonale mi się pracuje z pięciolatkami, a miedzy pięciolatkiem a dwulatkiem już tak dużej różnicy nie ma – uśmiecham się radośnie.
Pani tym razem moja odpowiedz nie bawi.
- Fakt, doświadczenia nie mam, ale zawsze fascynowały mnie przedszkola i marzyłem o pracy w jednym z nich – staram się ratować wszystkimi chwytami.
- Muszę zobaczyć czy poradzi Pan sobie z dwulatkami – rzecze urzędowo pani. - Proszę zdjąć buty, założyć kapcie i iść za mną – kapcie zakładam, ruszam za panią. Po schodkach. Na pięterko.
Stajemy przed salką. Słupieję. W środku stadko sięgających mi do kolan Tajwańczyków. Właśnie skończyła im się pora karmienia. Dwulatki spoglądają na mnie w górę jak małe małpki. Ślina cieknie im z ust, ledwo co trzymają się na nogach. Pani kierowniczka każe mi zaczynać demo. Mam w zanadrzu moje trzy piosenki i cztery zabawy. Wkładam na ręce pacynki – niedźwiedzia i świnię.
- Hellou, nazywam się Jeff i zaśpiewam wam piosenkę – nie widać żadnego odzewu, dzieci patrzą się na mnie tym samym przestraszonym wzrokiem małpek. Zaczynam od standardu: „If you are happy and you know it, clap your hands” (Jeśli jesteś szczęśliwy i wiesz o tym, klaśnij w ręce). Dzieciom się chyba podoba. Zaczynają podrygiwać. Dobra nasza. Zaczynam machać im przed oczami świnią i niedźwiedziem. Jedno dziecko się rozpłakało. Podskakuję, pląsam. Część dzieci zaczyna podskakiwać razem ze mną. Inne dalej stoją nieruchomo. Każe im uformować koło. Brak odzewu. Ustawiam je. Tym razem zaczynam piosenkę o ziemniakach. Tańczymy. Dzieci się przewracają, tańczę na kolanach. Pani kierowniczka patrzy jednak na to wszystko ze znudzoną miną. Prosi, żebym pokazał jakąś zabawę. Jak najbardziej: “Może tradycyjna angielska zabawa w świnie i niedźwiedzia?”. Po jednej stronie sali kładę pacynkę ze świnią, po drugiej z niedźwiedziem. Każe dzieciom znaleźć świnię. Wolna amerykanka raczkujących dwulatków rzuca się na pacynkę. Teraz łapiemy niedźwiedzia. Dwulatki zmieniają kierunek raczkowania. Rozszarpują niedźwiedzia. Znowu tańczymy. Tym razem do przeboju: “Head and shoulders, knees and toes” (Głowa, barki, kolana i palce). Pani kierowniczka ma już chyb a dosyć, mówi, żebym przerwał i zszedł na dół do jej biura. Żegnam się z dwulatkami. Turlają sie po podłodze.
—
Pani kierowniczka ni z tewgo ni z owego zarzuca mi, że moja wymowa słowa „hurrey” w piosence „If you happy” nie jest angielska – krótko mówiąc na tajwański okrężny sposób insynuuje, że nie jestem native-speakerem, a jakimś oszustem. Oburzam się.
- Proszę pani, nie mam swojemu „hurra” nic do zarzucenia.
- Na pewno nie jest to angielskie „hurra” – odpowiada pani, cały czas zachowując hipergrzecznościowe formy rozmowy.
- Bo to jest wymowa oksfordzka, pani w swym ograniczeniu zna widocznie jedynie wymowę amerykańską.
Kobieta nic nie odpowiada. Odpowiedź oznaczałaby złamanie tajwanskiego bon tonu i okazanie gniewu. Zgodnie z zasadami etykiety mówi, że zadzwoni. Zgodnie z zasadami etykiety, mimo że nie jest mi do śmiechu, uśmiecham się. Kłaniam się nisko. Wychodzę.
——
Kilka godzin później.
Dzwonie do agentki Jessie. Mam już tego dość. Niech załatwi mi coś niewymagającego występów przed 30-latkami ani 2-latkami. Niech najlepiej załatwi mi coś niewymagającego mówienia.
- Cierpliwości, powiedziałam im w Happy Miriam, że nie mam dla nich nikogo innego oprócz ciebie – Jessie jest dobrym graczem, robi w końcu w tym interesie od lat. Z dostarczenia szkole nauczyciela ma podwójny zysk: płaci jej nauczyciel szukający pracy oraz szkoła, która szuka nauczyciela.
– Wytłumaczyłam im, że byleś zestresowany i że szybko się uczysz.
—–
Dzień następny.
Telefon.
- Dzień dobry, tu Tiffany ze szkoły Happy Miriam, po przeanalizowaniu wszystkich kandydatur zdecydowaliśmy się wziąć właśnie Pana. Zaczyna Pan w następnym tygodniu.