Opowieści filipińskie.Cz.5. Przeprawa przez morze i pogrążone w ciemności miasteczko
Po kilku dniach na rajskiej wyspie Cacnipa zaczęło wiać nudą. Na dodatek spadł deszcz i jedyne co nam pozostało to z resortowej restauracji wpatrywać się w morze i szaloną-małpę, która zmoknięta jak kura kryła się w swoim karmikowym domku. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Niespodziewanie na wyspę przybyli nowi goście – cztery bogate Filipinki po czterdziestce. Poinformowano nas, że Filipinki następnego dnia z rana płyną łodzią do miejscoowści El Nido – na północy Palwanu – i jeśli chcemy, możemy się zabrać z nimi. Podróż morska miała trwać 4 godziny. Trzeba było wyruszyć wcześnie rano, gdyż po południu w oklicy prognozowano burze. Resztę dnia spędziliśmy na łażeniu po plaży, łapaniu kijanek oraz leżeniu w hamakach i obserwowaniu 40-letnich Filipinek, które wyrwane z ról żon i matek budziły w sobie na nowo filuterne nastolatki, pozując na plaży w dwuznacznych pozach do zdjęć.
Łodzią kierował ten sam facet, który przywiózł nas do „Kokosowego Resortu”. Na brzegu żegnała nas Kulka-Filipinka i pies. W miarę oddalania się od wyspy domki i palmy robiły się coraz mniejsze, aż w końcu cała plaża zamieniła się w mały jasny punkcik. Łódź mieściła akurat sześć osób. Z przodu usadowiły się Filipinki, za nami siedział sternik. Gdy wypłynęlismy na pełne morze, fale podniosły się i łódź zaczęła kołysać się na wszystkie strony jak liść na wietrze. Co pewien czas woda wielkim chlustem wlewała się za burtę i nasze ubrania po raz kolejny nadawały się do wykręcania. Sternik palił papierosa, i zwalniając lub przyśpieszając, próbował uniknąć zderzeń z falami. Gapiłem sie tępo w morze, początkowo widząc tylko fale i obciążone cięzkimi chmurami ciemne niebo. Z czasem jednak spostrzegłem, że fale różnią się między sobą i przyjmują różnorakie, ludzkie kształty. Ludzka projekcja – rzutowanie swoich uczuć i wyobrażeń na rzeczywistość zewnątrzą – była zatem procesem autonomicznym jak oddychanie i trawienie. Wystarczyło się z czymś - nieważne człowiekiem, psem czy kamieniem - zetknąć przez dłuższą chwilę, by zaczynało żyć naszym własnym życiem. Projekcja obejmowała nie tylko innych ludzi, ale także wielką pustynię falującej wody, z którą w tym momencie miałem kontakt. Umysł bronił się w ten sposób prze lękiem i racjonalizował to co nieznane i groźne. Oswajał świat. Po trzech godzinach przebijania się przez martwą wodę czułem już tętniące dookoła mnie życie. Chmury jakby ścigały się z naszą łodzią, ciągnąc ze sobą białą, nieprzeźroczystą ścianę deszczu łączącą niebo i wodę. Po lewej stronie burty prawie dotykając powierzchni morza ciągnęły z kolei czarne chmury burzowe. Minęliśmy kilka wysp, które po chwili utonęły w chmurach. Niemal w ostatniej chwili wpłynęliśmy do bajecznej, położonej pod poteżnym klifem zatoki El Nido, która teraz pogrążyła się w ciemności. Postawiliśmy stopy na brzegu i rozszalała się potężna burza. Pioruny biły w wodę.
El Nido było niewielkim miasteczkiem z kilkoma wąskami ulicami i domkami. Samo w sobie nie stanowiło specjalnej atrakcji, jednak stąd właśnie wyruszano do Archipelagu Bacuit – grupy tropiklanych wysepek, wokół których znajdowały się jedne z najpiękniejszych na świecie miejsc do nurkowania w rafach koralowych. Wynajęliśmy pokój w domku pod potężnym klifem. Właścicielka poinformowała nas, że prąd jest dostępny między 6 wieczorem i 6 rano, co stanowiło i tak w miasteczku luksus, gdyż w większej jego częsci prąd wyłączano już o 1 w nocy. Od razu udaliśmy się do miejscowego centrum turystycznego – El Nido Boutique & Art Cafe. Zastaliśmy tam prawie samych białych turystów. Jedli pizzę i pili kawę. Wokół nich uwijała się filipińska obsługa. W rogu sali znajdowało się cos w rodzaju agencji turystycznej. Siedziała tam młoda, śliczna Filipinka. Spytałem ile kosztują bilety samolotowe z lokalnego lotniska do Manili. Cena przekraczała budżet całej naszej wyprawy, zdecydowaliśmy się zatem na samolot z Puerto Princessa, do którego dotarcie z El Nido zajmowało 8 godzin autobusem. Młoda Filipinka była nie w humorze. Nagle w jej stronę odwróciła się biała kobieta, która do tej pory siedziała do nas tyłem i pisała coś na laptopie, i zupełnie, nie zwracając na nas uwagi, zaczęła pouczać Filipinkę jak powinno obsługiwać się klientów. Filipinka miała łzy w oczach, biała kobieta uśmiechnęła się do nas niczym zła czarownica z bajki o kopciuszku i zniknęła na zapleczu. Zamówiliśmy rekomendowaną w przewodniku Lonely Planet pizzę. W menu oprócz potraw znajdowały się opisy wycieczek po okolicy oraz wycinki z anglojęzycznych gazet. W jednym z znajdowało się zestawienie najszczęśliwszych narodów na świecie. Na pierwszym miejscu znajdowali się Duńczycy, Filipińczycy na dziewiętnastym, a Polacy na pięćdziesiątym trzecim. Inny artykuł opisywał historię Niemki, która wyszła za Filipińczyka i osiadła na końcu świata na Filipinach w niewielkim miasteczku El Nido. Na zdjęciu zła czarownica, którą spotkaliśmy przed chwilą, ściskała się radośnie z Filipińczykiem.
O godzinie 7 wieczorem El Nido znikało w mroku. Ulice oraz większość domów, ze względu na konieczność oszczędzania prądu, pogrążone były w ciemności. Z okien dobiegał jedynie blask świec. Światło dostępne było jedynie w wybranych hotelach i restauracjach. W jednej z nich spotkaliśmy cztery Filipinki z łodzi. Jadły przyniesioną przez siebie rybę i ośmiornicę. Zamówiłem specjalnośc lokalu: rybę w occie, kurczaka, ryż z fasolką i banana. Mężczyźni siedzący przy stoliku obok oglądali w telewizorze walki kogutów. W ringu kogut Sebastian dziobał sie z kogutem Jose, cała walkę zaś kontrolował biegający między kogutami sędzia. Na lustrze w toalecie przyklejona była naklejka: Jesus is the Lord (Jezus jest Panem).
Większość kafejek internetowych była wieczorem zamknięta. Wreszcie znaleźliśmy jedną, w której był prąd. Nosząca dumną nazwę „Computer Centre” składała się z dwóch komputerów, przy czym jeden z nich był zepsuty. Sprzedawano tam również pamiątki ślubne i koszulki. Przy komputerze siedziały dzieci. Na ziemi leżał wielki pies i obgryzał kość.
W jednym z domów przy świecach zgromadziła się grupa ludzi. Na środku pogrązonego w półmroku pokoju siedział facet i grał na gitarze.
Kupiłem w piekarni ciasteczka kokosowe. Dziewczyna zainkasowała pieniądze, prawie na mnie nie spoglądając. Była pochłonięta telewizorem, gdzie odbywało się właśnie filipińskie wydanie programu „Idol”. Piosenkarz o wibrującym głosie ronił łzy miłości i tęsknoty do ukochanej. Rozległy się brawa. Jury w dowód uznania aż powstało.


















