Kuba Station

Krótka opowieść o rudym, kiełbaskach i jego matce, czyli pochwała inności

czerwiec 21, 2009 · Skomentuj

Było ich dwoje. Matka i syn. Mieszkali w rozpadającej się lepiance otoczonej przez nowoczesne apartamentowce z basenami. Ludzie mawiali, że brakuje im piątej klepki, my jednak chcielibyśmy w nich widzieć przede wszystkim artystów, których sztuka zasadzała się na niecodziennym sposobie stąpania, owdziewania się, bycia.  To, że byli w jakiś sposób artystami nie podlegało wątpliwości. Jeśli zadaniem sztuki jest zmuszanie do myślenia, ich pojawianie się wybudzało zawsze z odrętwienia codziennością i było jak łyk mocnej kawy w pochmurny, senny dzień. Tajwańczyków w niczym nie przypominali. Łączyła ich charakterystyczna twarz małych troli z zadartymi nosami oraz rozbiegane i duże oczy. Groteskowości dodawały im jeszcze wielkie, jakby napompowane lateksem, usta, ustawione w wiecznym klauno-pijackim grymasie uśmiechu.

Ona była kobieciną drobną i zalotną. W wiecznym, uśmiechu przechadzała się w krótkich spódniczkach po dzielnicy, kokietując ulicznych sprzedawców zawieszonymi wokół kostek srebrnymi łańcuszkami. Po zmroku jak nic można by wziąć ją za nastolatkę. Czas, wielki nieprzyjaciel piękna i młodości, robił jednak swoje, pokrywając jej twarz głębokimi zmarszczkami, a włosy – długie prawie do pasa – siwizną. Ona nic sobie jednak z tego nie robiła i wieczorami przesiadywała wśród lokalnych pijaczków w ulicznym barze karaoke, śmiejąc się i z nimi rubasznie i obściskując.

Umięśniona, drobna sylwetka upodobniała go do akrobatów, będących atrakcją dawnych, objazdowych cyrków. W odróżnieniu od nigdy nie spieszącej się matki, zawsze gdzieś w chorobliwym przejęciu pędził. Włosy farbował na rudo i paradował w krótkich, jaskrawych spodenkach i różowej koszulce z trupią czaszką. Na zewnętrznej części dłoni  domowym sposobem wytatuowany miał niewielki znak tao. W wikendy, gdy malownicza dzielnica Xindian zapełniała się turystami, rudy przyciągał na ulicę rozklekotany wózek i sprzedawał z powagą kiełbaski. Co pewien czas dołączała doń matka, z uśmiechem zachwytu spoglądając to na tłuste kiełbaski, to na tłocząca się ulicą, żądną jadła i niedzielnych rozrywek, ciżbę.

Zobacz także:

Z kroniki starego bloku

→ Leave a CommentKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , ,

Spotkanie z piosenką: Fatcat and Fishface

czerwiec 6, 2009 · Skomentuj

Więcej o Fatcat and Fishface:

Fatcat and Fishface

→ Leave a CommentKategorie: Kamera i Disco
Otagowane:

Krótka historia oparta na szalonych faktach

maj 28, 2009 · Skomentuj

Historia ta oparta jest na faktach. Trudno przy tym orzec na ile fakty te zgodne są z prawdą, cóż jednak znaczą fakty wobec ciekawej historii, która nawet jeśli się nie wydarzyła, to wydarzyć przecież się mogła a nawet powinna.

Pewnego razu w dalekiej krainie Tajwanii było sobie dwóch Tajwańczyków i Amerykanin. Na potrzeby tej opowieści Tajwańczyka nr 1 nazwijmy Li, nr 2 Wang, z kolei Amerykanina – Bill. Cała historia zaczyna się w momencie, gdy Bill wynajął pokój w mieszkaniu uprzednio wynajętym przez Li i Wanga. Tajwańczycy trudnili się w pocie czoła studiowaniem czipów i procesorów, Amerykanin nauczaniem angielskiego. Wang i Li studiowali dnie całe, kładąc się spać z podręcznikiem pod poduszką. Jak na Tajwańczyków przystało nosili firmowe okulary, byli schludni i grzeczni. Jeśli i nawet byli gdzieś na dnie głowy zbuntowani, nie okazywali tego, gdyż okazywanie złości i porywów gniewu zostało im już od pacholęctwa wypedagogikowane. Gdzież tam im było przy tym do ich europejskich rówieśników, zbuntowanych przeciwko rodzicom, znakom firmowych i schludnej odzieży. Wang i Li wręcz odwrotnie znaki firmowe i odzież schludną nieprzyzwoicie afirmowali, nie odbiegając przy tym od całej masy podobnej sobie wiekiem młodzieży tajwańskiej. Pochodzący z innej planety Amerykanin – typ młodocianego swawolnika – nie mógł zrozumieć grzeczności swych współlokatorów, którzy całymi dniami tylko się uczyli, a nocami, miast się włóczyć po barach, spali jak przedszkolaki. Bill przyjeżdżając na Tajwan, nie tyle miał w planie mnisie odosobnienie, co dzikie przygody i swawole. Nic mu było jednak do stylu życia swych współlokatorów, niemniej jeśli już żyli życiem naukowo-zakonnym – żalił się znajomym Bill – jak przystało na mnichów, mogliby posprzątać czasami mieszkanie. Nieuporządkowany w sposobie bycia Amerykanin dla równowagi potrzebował porządku w domu, i nadmierny kurz i glon drażnił zarówno jego przewody nosowe, jakoż i nerwowe.

Wszystko zaczęło się więc od kurzu. Od kurzu i od dziewczęcych chichotów, które mniej więcej co trzecią noc dobiegały z pokoju Amerykanina. Popularność raczej mało urodziwego Billa  opierała się przy tym po troszę na jego chłopięcej zadziorności, po trosze na samej amerykańskości. Trudno winić tajwańskie dziewczęta o to, że Amerykanina podziwiały, przecież podziwu tego uczyły jej tajwańskie podręczniki historii, programy telewizyjne, filmy sensacyjne i sama kultura chińska, która akcentowała znaczenie bogatego wyjścia za mąż. Podchmielony już nieco Amerykanin, stojący przy barze w jednym z klubów nocnych, obsypywał dziewczęta najszczerszymi komplementami jak złotem, że piękne, zgrabne, kształtne, lśniące. Dziewczęta bardzo często świadomie podejmowały ową grę i w odpowiedzi jeszcze bardziej się prężyły i wiły. Gdy tajwańscy współlokatorowie Amerykanina wybudzali się ze snu i w gniewie nasłuchiwali dziewczęcych wzdychań i pisków dochodzących zza cienkiej ściany, skrycie obmyślali krwawy plan zemsty. Nocne lęki przed niezdanym egzaminem mieszały się wówczas z frustracją, że to nie oni – uczący się całymi dniami, grzeczni i przyzwoici otrzymują nagrodę, ale ów beztroski hulaka zza ściany. Sami jednocześnie się go bali i podziwiali, i zamieszkali z nim razem właśnie dla prestiżu mieszkania z Amerykaninem. Pochodzili z małego miasteczka na południu Tajwanu i wynajęcie mieszkania z Amerykaninem podnosiło ich w oczach rodziców, babć i ciotek, że studia nie pójdą na marne – dziś mieszkanie z Amerykaninem, jutro robienie z nim biznesu i duże, duże pieniądze, Gucci, Ferrari, bęc.

Mimo szczerych chęci, i przyjaźni tajwańsko-amerykańskiej na szczeblu państwowym, Wang i Li oraz Bill z każdym dniem czuli do siebie coraz większą niechęć. Amerykanin postanowił nie sprzątać mieszkania i w miarę jak kurz coraz bardziej zarastał półki, rosła w nim również nienawiść do dwóch grzecznych Tajwańczyków. Równocześnie z każdym kolejnym dziewczęcym chichotem dochodzącym z pokoju Amerykanina, po kłębach nerwowych Wanga i Li rozlewało się nowe morze gniewu. Rano mijali się w łazience bez słowa, nie spoglądając sobie nawet w oczy. Drażnił ich już każdy generowany przez Amerykanina dźwięk, chrząknięcie i wielkopański sposób stawiania kroków. Atmosfera stawała się nie do zniesienia. Sam specjalnie wracał późno do domu, aby nie oglądać rybich twarzy Tajwańczyków. O poranku wychodził z pokoju dopiero wtedy, gdy ci wyszli do szkoły. Wiadomo już było, że sytuacja ta trwać dłużej nie może, że musi dojść do wielkiego wybuchu, ostatecznego pojedynku, który krwawo zakończy męczącą dla obu stron sytuację.

Jako że wszystko ma swój początek i koniec, również historia dwóch Tajwańczyków i Amerykanina uwięzionych w jednym mieszkaniu musiała dobiec końca. Koniec ów rozpoczął się po kolejnej z rządu libacji urządzonej w pokoju Amerykanina, kiedyż to doprowadzeni do kresu duchowych wytrzymałości Tajwańczycy, wprowadzili w życie okrutny plan zemsty, którego wizualizowanie od tygodni działało kojąco na ich skołatane bezsennością dusze. W tym oto momencie Wang i Li, stali się kosmiczną jednością, łączeni nienawiścią do wspólnego wroga, dlatego odtąd traktowali ich będziemy jako jedno ciało o imieniu Liwang. Wypadki przedstawione poniżej potoczyły się błyskawicznie. O poranku, gdy Amerykanin w najlepsze odsypiał nocne harce, Liwang wyszedł na podwórze i zgarnął z ulicy świeże psie odchody a następnie wrzucił je prosto do pralki, w której leżały ubrania Billa. Potem, gdy Bill włączał pralkę, zachowywał wszelkie pozory codziennej krzątaniny. Ciężko stwierdzić, czy Tajwańczycy działali tutaj w pełni władz umysłowych czy też nienawiść – siostra miłości – zupełnie odebrała im jasność myślenia. Być może sądzili, że podejmie on ów sposób walki i po wyciągnięciu z prania umaczanych w psich odchodach ubrań, nie łapiąc winowajcy za rękę, będzie udawał, że nic się nie stało. Świadczy o tym chociażby fakt, że gdy Amerykanin po otworzeniu pralki bez pukania wszedł do ich pokoju, wykazali prawdziwe zdziwienie. Bill bez słowa przewrócił Liwanga na ziemię i tak długo bił, aż wybił mu wszystkie zęby. Liwang się nie bronił, cierpliwie przyjmując ciosy, być może sądząc, że obrona oznaczałaby przyznanie się do winy. Wydawać by się mogło, że na tym sprawa powinna się zakończyć, każdy dostał w końcu za swoje. Tajwańczykom widocznie nie było jednak dość. Cóż tedy uczynili? Uczynili to, co każdy porządny, niewinnie napadnięty obywatel uczyniłby na ich miejscu. Wezwali policję. No i zrobił się wielki mafan. Policja przyjechała, połamane zęby zaprotokołowała, ujrzawszy jednak dowody rzeczowe w postaci wypranych w psich odchodach ubrań Amerykanina, nie wiedziała co uczynić i aby wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, po tajwańsku wymknęła się tylnymi drzwiami.

Na tym też historia o dwóch Tajwańczykach i Amerykaninie się zamyka. Bill zaraz po tym wydarzeniu na dobre wyniósł się od Liwanga i należy przypuszczać, że w przyszłości nie będą robić razem interesów. Tajwańczykowi utrata zębów wyszła nawet na dobre, gdyż na ich miejsce wstawił sobie nowe, piękniejsze od wcześniejszych. Wciąż pozostaje kwestią otwartą, kto zwyciężył a kto przegrał w tym całym sporze. I niechaj, Drogi Czytelniku, Twe szlachetne serce i bystry rozum pomogą ci znaleźć na to odpowiedź.

Zobacz także:

Krótka opowieść z Francuzem w tle

→ Leave a CommentKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: ,

Krótkie ujęcie z majowego poranka

maj 24, 2009 · Skomentuj

Dzień to był jak codzień. Słońce świeciło, odbijało się w rzece, a chmurki w bezruchu bielały. Był poniedziałek a w poniedziałki na turystycznej dzielnicy Xindian drzemało się po hałaśliwym weekendzie. Drzemała baba od zgniłych owoców, a przez sen obcinała z rytmicznym chrzęstem pomalowane na czerwono paznokcie u nóg, zjadane potem na lunch przez święte rodziny karaluszego robactwa. Drzemał dziadek, co obok wielkiego telewizora zbudował sobie w mieszkaniu ołtarzyk na cześć chińskich brodatych bogów. Telewizor przygrywał mu wiecznie, więc i tym razem nawet w półśnie dziadek napromieniowywał się przyjaznym blaskiem odbiornika. Po drugiej stronie ulicy w ciasnych klatkach drzemały kury, czekając bezgłośnie na rzeź, a facet od kur mokrą zmiotką zgarniał odchody swych pierzastych więźniów prosto do kanału, skąd ruszały one w długą podróż do rzeki a z rzeki do mórz i oceanów stając się pokarmem dla krewetek i wielorybów. Na wiszącym moście, w sobotnie popołudnia szczelnie zatknanym przez hordy turystów z miasta, nie stało żywej duszy, nie licząc wychudłych psów w podskokach goniących w sobie tylko znanym kierunku. I byłby to jak najbardziej dzień jak codzień, najprawdziszy, dzień a priori, czysty jak go Pan Bóg stworzył, gdyby nie jeden dziwny szczegół, dostrzegalny dopiero ze środka wiszącego mostu. W dole, na przyrzecznym pasażu tańczyli półnadzy młodzieńcy z kolorowymi parasolami. W środku, między nimi podskakiwała panienka. To wiła się, to prężyła. Dookoła grupy tanecznej rozstawiona była ekipa telewizyjna. Otóż, mimo że obok działo się milion innych spraw, właśnie tam, na pasażu nad spokojną rzeczką w dzielnicy Xindian wielkiego azjatyckiego miasta, odbywało się ponadnarodowe misterium-szwindel – zamiana wody w wino i fikcji w rzeczywistość – będące kluczem do zrozumienia naszej zawiłej współczesności. Nagrywano telewizyjny program rozrywkowy. Program tak dla dziadka od chińskiego ołtarza jak i dla baby obcinającej czerwone paznokcie u nóg. Program tak dla faceta od kurzych odchodów, jak i być może nawet dla samych kur i psów biegnących w sobie tylko znanym kierunku. Program, dzięki któremu świat tańczących z parasolami młodzieńców i wijącej się wśród nich panienki stawał się światem bardziej realnym od świata realnego, mimo że tak naprawdę z rzeczywistością miał mało wspólnego. Wobec tak wielkiego telewizyjnego wydarzenia cała reszta schodziła na drugi plan. Znikała baba obcinająca paznokcie, znikały kury i ich wędrujące po oceanach odchody, znikały karalusze rodziny oraz bezpańskie psy. Znikały dla świata i nawet dla samych siebie, bo pan kamerzysta nie ujął ich w kadrze. No bo przecież – odpowiedzmy sobie sami – czyż ślicznym panienkom i chłopcom przystoi towarzystwo kurzo-karalusze?

→ Leave a CommentKategorie: Opowiesci tajwanskie

Spotkanie z piosenką: Lykke Li “I’m good, I’m gone” (clip)

maj 5, 2009 · Skomentuj

→ Leave a CommentKategorie: Kamera i Disco
Otagowane:

Jak szkoła Szczęśliwej Maryi wizytatora przyjmowała

kwiecień 26, 2009 · 1 komentarz

images4
Działo się to bardzo dawno temu i trudno określić czy jest prawdą, niemniej pewnego dnia dyrektorka ze szkoły pod wezwaniem Szczęśliwej Maryi tak oto rzekła do ticzera Jeffa:

- Ticzerze Jeffie, jutro o godzinie zero wizytację będziemy mieli ze światowego centrum dowodzenia Szczęśliwej Maryi.

Ticzer Jeff przełknął ślinę.

- Wizytację z centrum dowodzenia??

- Bliżej nieokreślony człowiek prezesa prezesów chciałby przyjrzeć się Pańskim słynnym metodom nauczania – odpowiedziała ze spokojem dyrektorka.

Ticzer Jeff  w noc poprzedzającą wizytację nie mógł spać. „Co jeśli wizytator jest Amerykanin albo Anglik i rozpozna, że jestem oszust?” – rozmyślał. „Co, jeśli rozpozna, wyda policji, wyrok dożywocia, kara śmierci, ścięcie mieczem?”. „Co, jeśli to wszystko spisek, zemsta Chińczyków na Polakach za Wojny Opiumowe?”. „Dlaczego zainstalowali w mojej sali kamerę i każdy mój ruch i grymas można oglądać teraz na wielkim telewizorze umieszczonym zaraz przy wejściu do szkoły? Tak, Chińczycy myślą, że mnie mają , ale ja się nie dam, oj trzykrotnie nie dam!”.

W dzień wizytacji ticzer Jeff  przywdział najdroższy krawat od Gucciego i ogolił się w najmodniejszym, japońskim zakładzie fryzjerskim. W szkole Szczęśliwej Maryi  zjawił się długo przed godziną zero. Pozmiatał salę, kurze wytarł, poukładał równo krzesełka i posprawdzał funkcjonalność pisaków do tablicy. Gdy zaczęli zjawiać się pierwsi uczniowie, był niezwykle formalny.

- Siąść prosto, ładnie, nie garbić się, milczeć i uśmiechać – nakazał.

Jako że czas pędzi nieubłaganie, i takoż biedni, głupi i biali, jakoż bogaci, mądrzy i kolorowi, nie mają na to wpływu, w końcu nastała i godzina zero, w której, jako miał zjawić się, tako się zjawił, potężny wizytator-inkwizytor. Pierwsza do klasy wkroczyła dyrektorka Tiffany.

- Dzieci drogie, mam zaszczyt przedstawić Wam, naszego przyjaciela ze światowego centrum dowodzenia Szczęśliwej Maryi, który dziś razem z Wami będzie siedział w klasie, klaskał, skakał i śpiewał – rzekła Tiffany i zza jej pleców wyłonił się oblany młodzieńczym trądzikiem Chińczyk, około trzydziestki, w okularkach i białym kołnierzyku wystającym spod czarnego swetra – wypisz wymaluj student- prymus, młody naukowiec, działacz Odnowy w Duchu Świętym.

- Cześć dzieci, jestem George – szepnął nieśmiało wizytator i schował się w ławce, wyciągając nań kajecik do tajemnych zapisków.

- Powitajmy radośnie Georga – zawtórował ticzer Jeff.

- Dzień dobry, Georgu! – podniósł się anielski chór dziewięciolatków.

- Drogie dzieci, powiedzcie mi proszę, co lubicie jeść? – rozpoczął pokaz ticzer Jeff.

Jeden z uczniów, który zazwyczaj miał niewiele do powiedzenia, podniósł rękę. Ticzer Jeff, mimo że spodziewał się podstępu, wspaniałomyślnie udzielił mu głosu.

- Czy mogę wyjść do ubikacji? – zapytał uczeń.

- Ależ, proszę bardzo – uśmiechnął się dobrotliwie Jeff, spoglądając kątem oka na groźnego wizytatora Georga, notującego coś w swym kajeciku.

To, co działo się potem, nie jest warte szerszego omówienia. Zaprzestańmy na tym, że ticzer Jeff tradycyjnie pytał, uczniowie tradycyjnie odpowiadali, a wizytator George tradycyjnie lub nie notował coś w swym kajecie. Pod koniec lekcji ticzer Jeff był już porządnie zmęczony, gdyż na część wizytatora naklaskał, naśpiewał i naskakał się po trzykroć. I trudno jest nawet orzec, czy przyniosło to jakieś efekty. Po lekcji wizytator szybko zniknął, ticzer Jeff chcąc się dowiedzieć jakie wywarł na nim wrażenie, zapytał o to dyrektorkę Tiffany.

- I co?

- Jak co? – zdziwiła się Tiffany.

- Co z wizytatorem?

- A z wizytatorem! Już wyszedł – odpowiedziała. – Widzę, że bierze Pan to wszystko zbytnio do siebie, a należy na to spojrzeć z szerszego, filozoficznego punktu widzenia: szkoła to nie tylko ławki, uczniowie i nauczyciele, ale także wizytatorzy, bez których żadna szkoła nie może być w pełni szkołą, czyż nie?

- No tak.

- Ludzie widzą, że szkoła wizytowana, czyli porządna i na poziomie, zapisują do niej swe pacholęta, i w ten sposób tako i Pan jak i ja codziennie mamy pełną lodówkę świeżego serka tofu z kawiorem.

- Z Pani dyrektor to jest prawdziwy lis – skwitował z podziwem ticzer Jeff.

- Ach, jedna z moich sióstr mieszka w USA – odpowiedziała Tiffany.

→ 1 komentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane:

Jak serce i głowa Koziołka na różne tematy się spierały

kwiecień 25, 2009 · Skomentuj

images3

Działo się to dawno temu i w ogóle nie wiadomo czy było prawdą, niemniej pewnego razu Koziołek został badaczem. Badaczem gazetowo-internetowych opisów podróży i dalekich krain. Wszystko pod sztandarem zdrowego pragmatyzmu – po pierwsze: odnaleźć tegoż wzór, po drugie: skopiować , po trzecie: stać się poczytnym i bogatym koźlim autorem. Badał zatem, czytał i badał, aż w końcu odkrył tajemną formułę badanych opisów. Była prosta i zasadzała się na zachwytach. Zachwytach kolorowych. Przyprawionych nutką tajemniczości .

„O jakżeż przebić się do tych podróżniczo-gazetowych egzaltyzmów, by parodiami się nie stały?” – zapytywał Koziołek sam siebie, wiedząc, że z przyrodzenia pozbawiony był egzaltyzmów. „O Jakżeż się przebić, gdy przyszło mi żyć w jednej z odległych krain i trenować się tu nie tyle w rozedrganych zachwytach, co w szaro-burej codzienności?”.

Koziołek usłyszał wtedy głos dobywający się prosto z serca: „O krytykancie! Ignorancie! Świat jest pełen magii i kolorów, których nie potrafisz dostrzec”. Koziołek zadumał się, spojrzał we własne serce i przyznał mu rację. Po chwili usłyszał jednak inny głos. Tym razem dobywający się z głowy. „Dlaczegóż dostrzegamy bajeczność i czary w miejscach odległych a nie potrafimy ich dostrzec za naszym własnym oknem? Dlaczegóż zaokniasta rzeczywistość miała by być mniej zaczarowana niż mongolskie stepy, afrykańskie sawanny czy chińskie nocne markety?”. Koziołek i tym razem zadumał się, spojrzał we własną głowę i przyznał jej rację.

Serce widząc, że traci Koziołka, przyspieszyło rytm. W głowie Koziołka zawirowało od nadmiaru krwi. Serce, wykorzystując ów moment nieuwagi głowy, tak oto Koziołkowi rzekło: „Podróż stanowi wielki symbol we wszystkich koźlęcych krainach i tak jak inne zbiorowe symbole ma swój wielki cel: podtrzymuje słabe koźlęce głowy w wyprostowanej pozycji. Zaokniasta codzienność bez marzenia o dalekich, magicznych krainach byłaby dla małych koziołków nie do zniesienia. W kosmicznym cyklu codzienności: dom – pożywienie – praca, opowieści o podróżach spełniają rolę wentylatora. Muszą więc składać się z zachwytu i magii – czegoś, co tak łatwo zostaje pochłonięte przez codzienność” – zakończyło serce, po czym dodało: „Inną rzeczą jest to, czy dane miejsce jest zaczarowane naprawdę czy też nie, w ostatecznym rozrachunku nie zależy to jednak od miejsca, ale od nas samych”.

„Teraz już rozumiem – opisy podróży muszą łączyć się z zachwytem” – wybeczał Koziołek.

Powalona na łopatki wywodem serca głowa próbowała się jeszcze bronić: W takim razie nie ma różnicy między wysypiskiem a koralowymi rafami?”.

Zdezorientowany Koziołek spojrzał wyczekująco w stronę serca. To przez chwilę milczało, po czym rzekło: „Na wysypisku można być najszczęśliwszym kozłem na ziemi, a na rafach kozłem najbardziej niepocieszonym, wszystko zależy od ciebie, mały Koziołku”.

→ Leave a CommentKategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: ,

Koziołek w krainie różożowych, co wyblabladzić się chcieli

kwiecień 14, 2009 · Skomentuj

images2

Koziołek wędrował i wędrował w poszukiwaniu Pacanowa aż pewnego razu trafił do krainy różożowych kozłów. W krainie tej posługiwano się różożowym językiem, panowały tu różożowe zwyczaje, pozdrawiano się na różożowo, na różożowo kłócono, na różożowo prowadzono interesy oraz oglądano różożową telewizję. Świat różożowych przypadł Koziołkowi do gustu. „Jakaż to odświeżająca odmiana po krainie blabladych kozłów! O jakimiż szczęściarzami jesteście, o różożowi!” – zabeczał Koziołek. Różożowi przypatrywali się z niedowierzaniem Koziołkowi. „Cóż pięknego jest w różużu? Wszem i wobec wiadomo, że najpiękniejszy jest blablady i nikt różożowego już nie lubi. Chcemy być blabladzi – w sztuce wybladzania szkolimy naszych doktorów i wizażystów, na blablado wycinamy nasze oczy, nosy i myśli ”.  Słysząc to Koziołek, zadumał się. „W krainie blabladych kozlów robiono wszystko by się odblabladzić, dlatego nigdy nie doceniałem mojej blabladości – nie sądziłem, że gdziekolwiek może być ona darzona podziwem”. Nagle Koziołek podskoczył w miejscu i radośnie zabeczał. „Czyż świat nie jest zabawny? Jeśli w krainie blabladych marzy się o byciu różożowym, a w różożowych o blabladym, Pacanowa należy wypatrywać w najmniej spodziewanym miejscu”.

→ Leave a CommentKategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane:

Spotkanie z piosenką: Al Bano i Romina Power

kwiecień 11, 2009 · Skomentuj

→ Leave a CommentKategorie: Kamera i Disco
Otagowane: ,

Krótka opowieść o misternych relacjach między puk puk a ko ko

kwiecień 7, 2009 · 1 komentarz

images1

Dokładnie tak. Puk puk i ko ko. Dziewczęta w tajpejskim metrze masowo malują sobie po twarzach. Masowo to oczywiście zbyt duże słowo, poprzestańmy więc na tym, że do aktów owych dochodzi wcale nierzadko. Bez skrępowania wyjmują lusterka, pudry i szminki. Powoli jak na teatralnej scenie pędzlują nosy i rzęsy. Nikt nie patrzy w ich stronę, ba, nikt nie patrzy dłużej na nikogo, bo nachalne patrzenie uchodzi w tej krainie za niegrzeczne. Publiczne malowanie się zaś uchodzi, wręcz kobiecie przystoi, bo czyni ją tym bardziej kobietą. Podobnież jak i bekanie. Wstrzymywanie się jest przecież niezdrowe, a wiadomo, gdy gdzieś wysuwany jest argument zdrowia, wszystko jest wówczas dozwolone.

Polskie „puk puk” (dźwięk będący odpowiednikiem pukania do drzwi) to po chińsku „ko ko”. Patrzę się im w metrze prosto w twarz. Jeśli im wolno wszem i wobec bekać, tudzież publicznie się malować, ja w ramach protestu będę się nachalnie patrzył. Oczywiście nikt nawet nie wie, że moje patrzeniowe „puk puk” to w istocie misterne „ko ko”. Protestuję zatem sobie a muzom. Z drugiej strony czuję się w tym wszystkim naprawdę wolny, jak małe dziecko albo wariat, mogę sobie patrzeć do woli. Jestem cudzoziemcem, na dodatek białym – wszystkie odchylenia i perwersje będą mi w ostateczności wybaczone. Mógłbym zacząć chodzić nagle na rękach. Albo zaśpiewać piosenkę. Albo pójść na całość i przed opuszczeniem wagonu złożyć namiętny pocałunek na usta siedzącego naprzeciwko pięćdziesięcioletniego Tajwańczyka z teczką.

Zobacz również:

Krótka opowieść o Hitler Cafe

→ 1 komentarzKategorie: Zapiski Koziolka Matolka
Otagowane: , , , ,