Historia ta oparta jest na faktach. Trudno przy tym orzec na ile fakty te zgodne są z prawdą, cóż jednak znaczą fakty wobec ciekawej historii, która nawet jeśli się nie wydarzyła, to wydarzyć przecież się mogła a nawet powinna.
Pewnego razu w dalekiej krainie Tajwanii było sobie dwóch Tajwańczyków i Amerykanin. Na potrzeby tej opowieści Tajwańczyka nr 1 nazwijmy Li, nr 2 Wang, z kolei Amerykanina – Bill. Cała historia zaczyna się w momencie, gdy Bill wynajął pokój w mieszkaniu uprzednio wynajętym przez Li i Wanga. Tajwańczycy trudnili się w pocie czoła studiowaniem czipów i procesorów, Amerykanin nauczaniem angielskiego. Wang i Li studiowali dnie całe, kładąc się spać z podręcznikiem pod poduszką. Jak na Tajwańczyków przystało nosili firmowe okulary, byli schludni i grzeczni. Jeśli i nawet byli gdzieś na dnie głowy zbuntowani, nie okazywali tego, gdyż okazywanie złości i porywów gniewu zostało im już od pacholęctwa wypedagogikowane. Gdzież tam im było przy tym do ich europejskich rówieśników, zbuntowanych przeciwko rodzicom, znakom firmowych i schludnej odzieży. Wang i Li wręcz odwrotnie znaki firmowe i odzież schludną nieprzyzwoicie afirmowali, nie odbiegając przy tym od całej masy podobnej sobie wiekiem młodzieży tajwańskiej. Pochodzący z innej planety Amerykanin – typ młodocianego swawolnika – nie mógł zrozumieć grzeczności swych współlokatorów, którzy całymi dniami tylko się uczyli, a nocami, miast się włóczyć po barach, spali jak przedszkolaki. Bill przyjeżdżając na Tajwan, nie tyle miał w planie mnisie odosobnienie, co dzikie przygody i swawole. Nic mu było jednak do stylu życia swych współlokatorów, niemniej jeśli już żyli życiem naukowo-zakonnym – żalił się znajomym Bill – jak przystało na mnichów, mogliby posprzątać czasami mieszkanie. Nieuporządkowany w sposobie bycia Amerykanin dla równowagi potrzebował porządku w domu, i nadmierny kurz i glon drażnił zarówno jego przewody nosowe, jakoż i nerwowe.
Wszystko zaczęło się więc od kurzu. Od kurzu i od dziewczęcych chichotów, które mniej więcej co trzecią noc dobiegały z pokoju Amerykanina. Popularność raczej mało urodziwego Billa opierała się przy tym po troszę na jego chłopięcej zadziorności, po trosze na samej amerykańskości. Trudno winić tajwańskie dziewczęta o to, że Amerykanina podziwiały, przecież podziwu tego uczyły jej tajwańskie podręczniki historii, programy telewizyjne, filmy sensacyjne i sama kultura chińska, która akcentowała znaczenie bogatego wyjścia za mąż. Podchmielony już nieco Amerykanin, stojący przy barze w jednym z klubów nocnych, obsypywał dziewczęta najszczerszymi komplementami jak złotem, że piękne, zgrabne, kształtne, lśniące. Dziewczęta bardzo często świadomie podejmowały ową grę i w odpowiedzi jeszcze bardziej się prężyły i wiły. Gdy tajwańscy współlokatorowie Amerykanina wybudzali się ze snu i w gniewie nasłuchiwali dziewczęcych wzdychań i pisków dochodzących zza cienkiej ściany, skrycie obmyślali krwawy plan zemsty. Nocne lęki przed niezdanym egzaminem mieszały się wówczas z frustracją, że to nie oni – uczący się całymi dniami, grzeczni i przyzwoici otrzymują nagrodę, ale ów beztroski hulaka zza ściany. Sami jednocześnie się go bali i podziwiali, i zamieszkali z nim razem właśnie dla prestiżu mieszkania z Amerykaninem. Pochodzili z małego miasteczka na południu Tajwanu i wynajęcie mieszkania z Amerykaninem podnosiło ich w oczach rodziców, babć i ciotek, że studia nie pójdą na marne – dziś mieszkanie z Amerykaninem, jutro robienie z nim biznesu i duże, duże pieniądze, Gucci, Ferrari, bęc.
Mimo szczerych chęci, i przyjaźni tajwańsko-amerykańskiej na szczeblu państwowym, Wang i Li oraz Bill z każdym dniem czuli do siebie coraz większą niechęć. Amerykanin postanowił nie sprzątać mieszkania i w miarę jak kurz coraz bardziej zarastał półki, rosła w nim również nienawiść do dwóch grzecznych Tajwańczyków. Równocześnie z każdym kolejnym dziewczęcym chichotem dochodzącym z pokoju Amerykanina, po kłębach nerwowych Wanga i Li rozlewało się nowe morze gniewu. Rano mijali się w łazience bez słowa, nie spoglądając sobie nawet w oczy. Drażnił ich już każdy generowany przez Amerykanina dźwięk, chrząknięcie i wielkopański sposób stawiania kroków. Atmosfera stawała się nie do zniesienia. Sam specjalnie wracał późno do domu, aby nie oglądać rybich twarzy Tajwańczyków. O poranku wychodził z pokoju dopiero wtedy, gdy ci wyszli do szkoły. Wiadomo już było, że sytuacja ta trwać dłużej nie może, że musi dojść do wielkiego wybuchu, ostatecznego pojedynku, który krwawo zakończy męczącą dla obu stron sytuację.
Jako że wszystko ma swój początek i koniec, również historia dwóch Tajwańczyków i Amerykanina uwięzionych w jednym mieszkaniu musiała dobiec końca. Koniec ów rozpoczął się po kolejnej z rządu libacji urządzonej w pokoju Amerykanina, kiedyż to doprowadzeni do kresu duchowych wytrzymałości Tajwańczycy, wprowadzili w życie okrutny plan zemsty, którego wizualizowanie od tygodni działało kojąco na ich skołatane bezsennością dusze. W tym oto momencie Wang i Li, stali się kosmiczną jednością, łączeni nienawiścią do wspólnego wroga, dlatego odtąd traktowali ich będziemy jako jedno ciało o imieniu Liwang. Wypadki przedstawione poniżej potoczyły się błyskawicznie. O poranku, gdy Amerykanin w najlepsze odsypiał nocne harce, Liwang wyszedł na podwórze i zgarnął z ulicy świeże psie odchody a następnie wrzucił je prosto do pralki, w której leżały ubrania Billa. Potem, gdy Bill włączał pralkę, zachowywał wszelkie pozory codziennej krzątaniny. Ciężko stwierdzić, czy Tajwańczycy działali tutaj w pełni władz umysłowych czy też nienawiść – siostra miłości – zupełnie odebrała im jasność myślenia. Być może sądzili, że podejmie on ów sposób walki i po wyciągnięciu z prania umaczanych w psich odchodach ubrań, nie łapiąc winowajcy za rękę, będzie udawał, że nic się nie stało. Świadczy o tym chociażby fakt, że gdy Amerykanin po otworzeniu pralki bez pukania wszedł do ich pokoju, wykazali prawdziwe zdziwienie. Bill bez słowa przewrócił Liwanga na ziemię i tak długo bił, aż wybił mu wszystkie zęby. Liwang się nie bronił, cierpliwie przyjmując ciosy, być może sądząc, że obrona oznaczałaby przyznanie się do winy. Wydawać by się mogło, że na tym sprawa powinna się zakończyć, każdy dostał w końcu za swoje. Tajwańczykom widocznie nie było jednak dość. Cóż tedy uczynili? Uczynili to, co każdy porządny, niewinnie napadnięty obywatel uczyniłby na ich miejscu. Wezwali policję. No i zrobił się wielki mafan. Policja przyjechała, połamane zęby zaprotokołowała, ujrzawszy jednak dowody rzeczowe w postaci wypranych w psich odchodach ubrań Amerykanina, nie wiedziała co uczynić i aby wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, po tajwańsku wymknęła się tylnymi drzwiami.
Na tym też historia o dwóch Tajwańczykach i Amerykaninie się zamyka. Bill zaraz po tym wydarzeniu na dobre wyniósł się od Liwanga i należy przypuszczać, że w przyszłości nie będą robić razem interesów. Tajwańczykowi utrata zębów wyszła nawet na dobre, gdyż na ich miejsce wstawił sobie nowe, piękniejsze od wcześniejszych. Wciąż pozostaje kwestią otwartą, kto zwyciężył a kto przegrał w tym całym sporze. I niechaj, Drogi Czytelniku, Twe szlachetne serce i bystry rozum pomogą ci znaleźć na to odpowiedź.
Zobacz także:
Krótka opowieść z Francuzem w tle
Spotkanie z cytatem. część 1.
sierpień 7, 2009 · Dodaj komentarz
“Kiedy żyjesz tak długo jak ja, zaczyna ci się wydawać, że słyszałeś już wszystko, że nie ma niczego, co mogłoby cię jeszcze zaszokować. Rośnie w tobie małe samozadowolenie z twej tak zwanej wiedzy o świecie. Aż nagle, od czasu do czasu, zdarza się coś, co wytrząsa cię z twego wygodnego kokonu poczucia wyższości, i po raz kolejny przypomina ci, że tak naprawdę nie wiesz o życiu nic.”
Paul Austen “The Brooklyn Follies”
→ Zostaw KomentarzKategorie: Kamera i Disco
Otagowane: comment ca va, Paul Austen