Kuba Station

Krótka opowieść o Athuli

październik 21, 2009 · Dodaj komentarz

Był dla mnie jak układanie puzzli. Z każdą wizytą dokładałem do jego obrazu w mojej głowie nowy element, by z czasem zaczęła mi się zarysowywać jego pełna, choć zawsze mglista sylwetka. Był zamknięty w sobie i oszczędny w słowach, chociaż wszyscy brali go za pogodnego, gadatliwego faceta. Może ze względu na duże, ciemne oczy i nienaturalnej wielkości wargi, które nadawały jego twarzy rubasznego, sympatycznego wyglądu. Za każdym razem próbowałem ciągnąć go za język. Odpowiadał zwięźle lub tylko uśmiechał się pod nosem, co tylko podsycało moją ciekawość. Z czasem nie pytałem już wprost, ale okrężnie. „W muzeum narodowym jest teraz wystawa figurek Buddy ze Sri lanki” – wtrącałem. „Naprawdę?” – dziwił się Athula, po czym odpowiadał: „W Xindian jest dużo buddyjskich świątyń”. Jego kram z naleśnikami w srilańskim stylu obsiadała zawsze chmara białych mężczyzn z piwem. Szeptali coś do niego w zaufaniu, on potakiwał głową i robił swoje naleśniki, pocąc się przy tym od żaru pieca, na którym smażył.

Pochodził ze Sri Lanki.  Przyjechał na Tajwan jeszcze w latach 80-tych. Powoli nauczył się chińskiego. Potem znalazł tajwańską żonę. Miał z nią dziecko. Otworzył naleśnikowe stoisko na przedmieściach Tajpej, gdzie sam sobie był szefem i pracownikiem. Co prawda nie był biały, co dawałoby mu automatycznie szacunek tubylców, niemniej biali mieszkający w Tajpej garnęli do niego, uznając za swojego. Rozmawiał po angielsku, przez co Amerykanie czy Anglicy mogli do woli mówić do niego. A on im w tym nie przeszkadzał. Nie przerywał, nie podważał. Za to chyba go lubili. Dla Tajwańczyków był obcym tak jak i oni. Wierzyli, że rozumiał ich perspektywę. W jego naleśnikowym kramie mogli poczuć się mniej samotnie.

Zbierali się u Athuli przeważnie wieczorem po pracy. Pili piwo, dyskutowali. Wielki grubas z tatuażami na przedramionach tłumaczył zebranym różnice między socjalizmem a komunizmem.  Podczas czerpania tchu na kształt czkawki bekał piwem. Athula nie uczestniczył w rozmowie. Z potem na czole ugniatał grube, naleśnikowe ciasto. Smażył je a potem faszerował sosem curry z rozgotowanym w nim mięsiwem. Fakt faktem ciasto Athuli, wśród wszechobecnej chińszczyzny, smakowało wybornie.  Było powiewem Zachodu w samym środku Orientu. Sam nie należał w istocie do żadnego ze światów. Lata spędzone na Tajwanie czyniły zeń prawie Chińczyka. Nauczył się śpieszyć powoli, był oszczędny w gestach, a jego wielka twarz wyrażała zawsze minimum emocji. Ze swoją misiowatą posturą i wielkimi oczami trudno, żeby ktoś wziął go za Tajwańczyka. Odróżniał go też luźny styl bycia – piracki kolczyk w uchu, niedbałe, zachodnie z ducha stroje. Prawdopodobnie byłby jednak obcym również w Europie czy Ameryce. Wychował się na Sri Lance, na jednym z końców świata, tam dorastał i stamtąd swego czasu uciekł. Wiedział chyba jednak, że powrót do kraju młodości był już w jego przypadku niemożliwy. Za długo przebywał za granicą, by czuć się obywatelem jakiegokolwiek kraju. Jego ojczyzną nie była już Sri Lanka ani Tajwan, ale jego naleśnikowe stoisko, językiem – mieszanina chińskiego i angielskiego, a czasami zapewne, choćby w snach, używanego na Sri Lance senegalskiego, krajanami zaś – żona i córka oraz grupa białych, zasiadająca każdego wieczoru przy jego sklepiku.

→ Zostaw KomentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , , , ,

Opowieści znad Zielonego Jeziora

wrzesień 27, 2009 · Dodaj komentarz

Cmentarz zdyscyplinowanych duchów

Mieszkałem na ulicy Zielonego Jeziora. Jezioro w istocie było zamkniętą rzeką, niemniej była w nim woda, a zdarzały się również różne odcienie zieleni, co chyba wystarczy, aby z ową nazwą nie dyskutować. Blok mój jak najbardziej odstawał swą programową nowoczesnością od jeziornego mułu i dzikich traw – należał do grupy apartamentowców z całodobową, usłużną ochroną, basenem, siłownią, stołem do pingponga. Niemniej tuż w jego sąsiedztwie znajdował się stary, wojskowy cmentarz. Nawet najbardziej nowoczesnym Tajwańczykom trudno było przejść nad tym, ot tak, do porządku dziennego. Z dziada pradziada wierzyli w ingerencję zaświatów w życie żywych. Kapryśnym duchom palili sztuczne pieniądze i karmili je ziemskimi strawami wystawianymi od święta do święta przed sklepy i domostwa.  Temat wojskowego cmentarza zbywali jednak logicznym stwierdzeniem, że ze strony tamtejszych duchów nic żywym nie grozi, gdyż, jak na wojskowych przystało, są to duchy wyjątkowo zdyscyplinowane.

Tajemnica zaginionego miasteczka

Do turystycznych atrakcji skansenu Zielonego Jeziora należał wiszący most, pływanie łódkami po rzece oraz posiłki w przyrzecznych restauracjach z widokiem na porośnięte gęstwiną drzew skały. Mało kto wiedział jednak, że gęste listowie kryło w sobie mroczną tajemnicę z przeszłości. Kilkanaście lat temu cała góra była wykarczowana i mieściło się tam wesołe miasteczko, zwane „Szczęśliwym”. Jak na wesołe miasteczko przystało był tam i diabelski młyn i karuzele i samochodowe tory dla dzieci. Miasteczko nie przynosiło jednak dochodu i postanowiono je zamknąć. Wówczas, podczas rozbiórki, wydarzyła się tragedia. Część diabelskiego koła przygniotła operatora dźwigu. Mężczyzna zginął na miejscu. Osierocił czwórkę małych dzieci.  Z powodu tragedii w pośpiechu zabrano tylko część miasteczkowego ekwipunku, porzucając rozebrane części karuzeli – łabędzie, koniki, samochodziki. Z czasem zamieszkały w nich dzikie zwierzęta  - ptaki, pająki i węże. Dawne chodniki, tory i karuzelowe place szybko zarosły gęstym listowiem, upodabniając niegdyś pełną życia górę do zapomnianego cmentarzyska. Starzy mieszkańcy ulicy Zielonego Jeziora twierdzili, że od czasu do czasu późną nocą z zarośniętej góry dochodziły skrzypiące odgłosy diabelskiego koła i dzikich ludzkich pisków.

Zobacz zdjęcia z “Nawiedzonego Miasteczka”: Nawiedzone Miasteczko

→ Zostaw KomentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , , ,

Krótka opowieść o Laszlo

wrzesień 13, 2009 · Dodaj komentarz

Świat a z nim inni ludzie są nam z natury niepoznawalni. Każde odbierane przez nas zmysłowe wrażenie w ułamku sekundy przebiega przez przewody naszego mózgu, który nazywa i selekcjonuje według swych ułomności i  kaprysów.  Fakt faktem zachodni filozofowie wiele się natrudzili, by przebić się na drugą stronę, do owej fenomenalnej – czystej – rzeczywistości. Filozofowie wschodni stworzyli nawet ku temu medytacyjną metodę – przyjmując sobie za wzór kamień. I jak donoszą ci, którym udało się przejść , po drugiej stronie nie ma nic, panuje tam absolutna cisza. W tym rozumieniu każde wypowiadane słowo jest oddalaniem się od prawdy, mnożeniem złudzeń. Na przekór ludzkim językom prawda ukryta jest w milczeniu”.

Francis Badon

Spotykałem go dzień w dzień na tajwańskim przystanku. Niewysoki. Dobrze zbudowany. Ciemny blondyn o krótko przystrzyżonych włosach. Nosił okulary, krótkie spodenki  i buty Puma Speed Cat koloru ciemny beż. Tak jak ja dzień w dzień czekał na autobus. Tak jak ja uczył angielskiego w prywatnej szkole na obrzeżach Tajpej. Tak jak ja odróżniał się od tubylców tym, a nie innym kolorem skóry. Staliśmy oddaleni od siebie kilka metrów. W milczeniu. Zanurzeni w czekanie. Na zdrowy rozum – jako dwóch Amerykano-Anglików – powinniśmy zacząć rozmawiać od razu. Dla Tajwańczyków byliśmy jak jednojajowe bliźnięta. On mnie jednak unikał. Ja jego. Odwracaliśmy głowy. W autobusie siadaliśmy w miejscu jak najdalej oddalonym od siebie. Nie lgnąłem do niego. Bałem się, że jako Angloamerykanin mógł mnie zdemaskować. Musiał myśleć to samo o mnie. Czułem jednak, że Amerykaninem ani Anglikiem być nie mógł. Brakowało mu tej kolonialnej pewności siebie. Był zbyt pochmurny i zanurzony w sobie.

Zagadka domniemanego nie-angloamerykanina długo nie dawała mi spokoju. Dalej spotykaliśmy się na przystanku. Dalej milczeliśmy i siadaliśmy w miejscach autobusu jak najdalej oddalonych od siebie. Bacznie go obserwowałem, czekając na chwilę, która go zdradzi.  Byliśmy zmęczeni po całym dniu skakania z dziećmi, o drobne potknięcie nie było więc trudno. W końcu długo wyczekiwany moment nadszedł.  Białemu zadzwonił w autobusie telefon. Odebrał  i mimo że próbował mówić cicho, zdołałem dosłyszeć, że z jego ust wydobywały się owszem frazy angielskie, akcentowane jednak nie po angielsku czy amerykańsku, ale po wschodnioeuropejsku. Polak, Czech albo Słowak – pomyślałem wówczas z tryumfem. Gdy skończył rozmowę, ruszyłem w jego stronę autobusu i usiadłem obok. „Polak?” – zapytałem z szerokim uśmiechem. „ Nie – odpowiedział nieco zmieszany. – Węgier”.

Nazywał się Laszlo. Na użytek tajwańskiej szkoły, w której uczył, przybrał jednak imię Leslie. Tak jak ten amerykański komik. Pochodził z Budapesztu. Miał 30 lat i studiował awf, specjalność koszykówka. Zjawił się na Tajwanie przypadkowo – z powodu Tajwanki. Poznał ją kilka lat wcześniej w Anglii. Pracował tam jako nocny ochroniarz w hotelach. Spotkał wówczas wielu Polaków, których za bardzo nie polubił. Pili tylko i się modlili. Wolał przebywać z Anglikami. Ci tylko pili. Nie, żeby żywił do Polaków jakaś urazę. Jego babcia miała kiedyś nawet Polskiego chłopaka. Gdy kilka lat temu umarł dziadek, przez Internet odnowiła z nim znajomość. Łudziła się, że dawny polski narzeczony wygląda tak samo jak pięćdziesiąt lat temu. Mina jej zrzedła, gdy w kamerze internetowej zobaczyła łysego, pomarszczonego dziadka.

Tajwanka Laszla studiowała w Anglii angielski, a dorabiała wieczorami w barze z frytkami. Właściwie Tajwanki były dwie. Gdy jedna, z którą był, wróciła na Tajwan, został chłopakiem tej drugiej, jej przyjaciółki. Tak już jakoś jest. Wcześniej jednak umówił się z tą pierwszą, że do niej przyjedzie. Zostawił więc jej przyjaciółkę i przyjechał. Gdy stanął pierwszy raz na lotnisku w Tajpej, nie miał nic – pieniędzy, mieszkania ani pracy. Miał jednak pewność, że wszystko z czasem się ułoży. Tak jak zawsze.

Tajwanka pomogła mu znaleźć mieszkanie. Czasami u niego pomieszkiwała. Czasami wracała do rodziców. Zapisał się do fikcyjnej szkoły, aby dostać wizę. Zjawiał się tam raz w tygodniu, aby złożyć podpis na liście obecności. Właściwie jedyne czego od niego oczekiwali to płacenie regularnie czesnego. Nie był zresztą sam – razem z nim do fikcyjnej szkoły chodzili Filipińczycy, Indonezyjczycy i Wietnamczycy. Był wśród nich nawet jeden Szwajcar. Nie było zresztą tak, że chińskiego się nie chciał uczyć. Chciał, ale nie miał na to czasu. Musiał pracować, aby opłacić mieszkanie i wizę. Pracę znalazł dzięki pewnemu pijanemu Amerykaninowi. Spotkał go w barze z zasikanymi spodniami opuszczonymi do kolan. Amerykanin był prawie nieprzytomny, ale zdołał  jeszcze zapisać mu numer do agentki, która potrafiła załatwić pracę każdemu – byle tylko był posiadaczem białej skóry. Agentką okazała się Jessie – obsługująca na Tajwanie prawie wszystkich Wschodnioeuropejczyków. Przy Jessie Laszlo nie musiał długo czekać na oferty. Już na drugi dzień zorganizowała mu pracę w szkole oddalonej pół godziny autobusem od centrum, gdzie z powodu braku metra żaden szanujący się angielski native-speaker nie trafiał. Trafiali tam uprzednio tylko Polacy. Teraz on – Węgier.

W szkole pracował od rana do wieczora, z trzygodzinną przerwą w samo południe. Jessie powiedziała im, że jest pół Anglikiem, pół Węgrem, przez co musiał odpowiadać na serię pytań czy Węgry leżą w Europie i w jakim języku się tam mówi. Przerwę – bądź przesypiał w szkole, bądź spędzał na pobliskiej siłowni, do której, aby nie marnować czasu, się zapisał. Siłownia tajwańska to nie tak jak na Węgrzech –  łyse, wytatuowane karki – ale starsze panie na rowerkach i dziadki na bieżni. Był zwolennikiem zdrowego trybu życia. Koszykówka, basen, biegi. Brzydził się narkotykami i ćpunami. Nie palił. Po pracy spotykał się ze swą Tajwanką. Też uczyła angielskiego, tyle że legalnie i w państwowej szkole średniej. Szli objęci na nocny market. Była strasznie zazdrosna, gdy w knajpie wymieniał się z innymi dziewczynami numerami telefonów. Czuł się tym skrępowany, jak w jakiejś klatce. Przecież nie byli mężem i żoną, żeby miał spoglądać cały czas tylko na nią. Zresztą co by miał robić z tymi wszystkimi Tajwankami. Fakt faktem mimo że płaskie jak deski, miały nogi jak marzenie. Tutaj to jednak nic nie znaczyło. Po bliższej znajomości okazywało się, że między rozmową a łóżkiem jeszcze długa i wyboista droga. To nie był świat wyuzdanych kobiet, ale grzecznych dziewczynek z jakiegoś dziwnego powodu ubierających się jak prostytutki. Był tym wszystkim już trochę zmęczony. Tęsknił za domem, gdzie czarne było czarnym, a białe – białym. Jeszcze rok, dwa i wróci na Węgry. Zabierze ze sobą swoją Tajwankę i wszystko z czasem się jakoś ułoży.

→ Zostaw KomentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , ,

Spotkanie z teledyskiem

wrzesień 10, 2009 · 1 komentarz

→ 1 komentarzKategorie: Kamera i Disco
Otagowane: ,

Krótka opowieść o ludziach zatopionych w błocie

sierpień 25, 2009 · Dodaj komentarz

Zaczęło się leniwie i słonecznie. Ticzer Jeff pokonał właśnie trudy swej zwyczajowej wyprawy do pracy i jak co dzień przekroczył próg szkoły pod wezwaniem Szczęśliwej Maryi. Wydarzeniem dnia było przydzielenie mu do najmłodszej grupy nowej uczennicy. Uczennica przyprowadzona została przez tatę i babcię, grzeczna i schludna, odpowiadała jak należy na wszystkie zadane jej pytania. W przerwie ojciec dziewczynki przyniósł ticzerowi Jeffowi kawę, na co Jeff odwdzięczył mu się stwierdzeniem, że ma mądrą córkę. Jako że była to już trzecia kawa wypita przez Jeffa tego dnia, poczuł objawy lekkiego kofeinowego przedawkowania.

Tymczasem kłębiaste chmury pokryły niebo a ciemności ziemię, co jeszcze bardziej  spotęgowało pokofeinowe rozdrażnienie Jeffa. W całej szkole zapanowało przedświąteczne poruszenie. W telewizorze obwieszczono tajfun a nazajutrz dzień wolny od pracy. Dzieci skakały z podniecenia a dorośli tylko dziwnie uśmiechali się pod nosem. Tajfun czynił przede wszystkim szkody prowincji, a wielkiemu, zbudowanemu z niezniszczalnego żelaza i stali miastu przynosił orzeźwiające ochłodzenie w środku upalnego lata oraz możliwość – a wręcz konieczność – legalnego odpoczynku – nadanego z dekretu bogów oraz ich ziemskich namiestników w postaci prezydenta i jego świty.

Agencje medialne wiadomość o tajfunie podłapały od razu – że duży, że groźny, będą ofiary, ewakuacje, płaczący ludzie. Ticzer Jeff przez kilka godzin wsłuchiwał się w łomotanie poruszanych wiatrem szyb, aż w końcu wieczorem zdobył się na odwagę i wyszedł na zewnątrz do pobliskiego sklepu spożywczego. Miast paniki i zabijania drzwi deskami, zobaczył wystrojonych chłopców i wypudrowane dziewczęta, pakujących się masowo do taksówek, które rozwoziły ich do KTV (Karaoke TV) – za każdym razem przeżywających w tajfunowe dni prawdziwe oblężenie.

W telewizorze podano, że z powodu potajfunowowej powodzi zalało błotem górską wioskę i los siedmiuset ludzi nie jest znany. Deszcz melancholijnie siąpił, a Jeff wpatrywał się z tarasu w malowniczą panoramę wiszącego mostu. Wiedział, że wszystko to wkrótce zniknie i stanie się jedynie mglistym, sennym wspomnieniem. Tym bardziej „tu i teraz” stawało się dla Jeffa intensywne i wyraźne. Po co mieszkańcom Polski, Paragwaju czy Namibii wiedza o zatopionych w tajwańskim błocie ludziach? – zastanawiał się Jeff. Doszukiwanie się w tym wszystkim szczególnej troski i współczucia byłoby naiwniactwem, czystej rozrywki  z krwią w tle – banałem.  Jaki był więc prawdziwy cel tych wszystkich telewizyjno-internetowych doniesień o tajfunach, trzęsieniach ziemi i rozłupywanych z trzaskiem głowach w najdalszych zakątkach świata? Terapeutyczny – wydumał Jeff. Codzienność stawała się znośniejsza ze świadomością, że tragedie zdarzają się częściej innym, a nie nam samym.

→ Zostaw KomentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , ,

Spotkanie z cytatem. część 1.

sierpień 7, 2009 · Dodaj komentarz

“Kiedy żyjesz tak długo jak ja, zaczyna ci się wydawać, że słyszałeś już wszystko, że nie ma niczego, co mogłoby cię jeszcze zaszokować. Rośnie w tobie małe samozadowolenie z twej tak zwanej wiedzy o świecie. Aż nagle, od czasu do czasu, zdarza się coś, co wytrząsa cię z twego wygodnego kokonu poczucia wyższości, i po raz kolejny przypomina ci, że tak naprawdę nie wiesz o życiu nic.”

Paul Austen “The Brooklyn Follies”

→ Zostaw KomentarzKategorie: Kamera i Disco
Otagowane: ,

Krótka opowieść o dworcowym czołobitniku

lipiec 23, 2009 · 1 komentarz

“Źródłem radości pisania jest poczucie przestrzeni. Nie przesadzajmy przy tym z misjonarstwem i doszukiwaniem się w tym wszystkim wyższych sensów. Pisanie nie jest niczym więcej niż ciągiem liter i zdań, ułożonych tak a nie inaczej, pod dyktando struktur samego języka jak i wyobraźni autora.  Cała tajemnica ukryta jest w fakcie, że to, co nie przystoi w tak zwanym realnym życiu, w życiu zdaniowo-literowym uchodzi płazem, a nieczęsto też zyskuje poklask. Ba, najbardziej nudnym pejzażom można doczepić epitetowych fresków , ułożyć świat od nowa, według własnych reguł”.

John McSmith “Księgi fałszywych praw”


Wszystko zaczynało się codziennie o godzinie 12.40, gdy wsiadałem do metra na stacji Xindien  w Tajpej. W ten sposób o 13. docierałem do stacji głównej, wypełzałem na powierzchnię i stawałem przy fontannie z pandami razem z losowo wybraną gromadą Tajwańczyków. Tak jak ja, wyczekiwali autobusu, mającego zawieść ich w różne miejsca i historie, które z braku czasu skomentujemy tutaj milczeniem. Cały ów przydworcowy pejzaż wydawał się przy tym męcząco chaotyczny, rzec by można: był to ot dworzec-świat. Pędzący nie wiadomo po co i na co, tam i spowrotem – ludzie, taksówki i autobusy. Szczęśliwie zasadą rządzącą ludzkimi umysłami nie jest jednak chaos, ale porządek, dlatego najbardziej chaotyczne miejsca nabierają z czasem w naszych oczach aż nadto przewidywalnego ładu i składu. Zgodnie z tym prawem po pewnym czasie zacząłem dostrzegać, iż nie jestem jedynym powtarzającym się elementem godziny 13., dworca głównego w Tajpej, wyjścia nr 5.  Każdy dzień stanowił przy tym nową odsłonę tego samego obrazu, w którym nagle zauważałem niewidoczny dotąd detal. By na dobre nie oszaleć, tako życie, jako i pisanie rządzi się sztuką selekcji, dlatego pominę w tym miejscu dziewięcdziesiąt dziewięc procent przedstawionego mi w tamtym miejscu i czasie świata, skupiając się na jednym szczególe, czyniąc go tym samym bohaterem tej opowieści. Szczegół ten materializował się w moim wszechświecie punkt  13.02. Z papierosem w zębach. Krępy, niski, o twarzy wielkiego, zapłakanego niemowlaka. Zaciągał się głęboko papierosem i wyrzucał go do fontanny. Ściągał niebieskie klapki i wkładał je do brudnej reklamówki. Wówczas to – mniej więcej w połowie fontanny z pandami, na chodniku przed przystankami – kładł się plackiem na ziemi i wystawial przed sobą różowy koszyczek z serduszkami, do którego dorzucał miedziane drobniaki. Ludzie ze ździwieniem odsuwali się, a on zaczynał bić energicznie brodą o chodnik, jedynie dzięki sile mięśni grzbietu nie dopuszczając do ostatecznego zderzenia z podłożem. Technika jego dosłownych „czołobitniczych” żebrów była przy tym stricte azjatycka i nie spotykało się jej w świecie zachodnim. Po pierwsze wymagała nie lada sprawności fizycznej. Po drugie poniżenie samego siebie sięgało tutaj zenitu. Wiedziałem już bardzo dobrze, że człowiek zależnie od okoliczności był zdolny do wszystkiego – od największych wynaturzeń i świństw, po szlachetność i świętość. Spoglądając jednak na czołgającego się po chodniku wielkiego miasta faceta, bijącego z rytmem zegarowego wahadła głową o ziemię, czułem, że oto znowu na sekundę odżywa we mnie zdziwienie szaleństwem ludzkiego świata i schodzę stopień niżej w podziemiach własnej głowy.

zobacz także:

Krótka opowieść o pewnym szaleństwie

→ 1 komentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , ,

Krótka opowieść o rudym i jego kiełbaskach, czyli pochwała inności

czerwiec 21, 2009 · Dodaj komentarz

Było ich dwoje. Ona i on. Mieszkali w rozpadającej się lepiance otoczonej przez nowoczesne apartamentowce z basenami. Ludzie mawiali, że brakuje im piątej klepki, my jednak chcielibyśmy w nich widzieć przede wszystkim artystów, których sztuka zasadzała się na niecodziennym sposobie stąpania, owdziewania się, bycia.  To, że byli w jakiś sposób artystami nie podlegało wątpliwości. Jeśli zadaniem sztuki jest zmuszanie do myślenia, ich pojawianie się wybudzało zawsze z odrętwienia codziennością i było jak łyk mocnej kawy w pochmurny, senny dzień. Tajwańczyków w niczym nie przypominali. Łączyła ich charakterystyczna twarz małych troli z zadartymi nosami oraz rozbiegane i duże oczy. Groteskowości dodawały im jeszcze wielkie, jakby napompowane lateksem, usta, ustawione w wiecznym klauno-pijackim grymasie uśmiechu.

Ona była kobieciną drobną i zalotną. W wiecznym, uśmiechu przechadzała się w krótkich spódniczkach po dzielnicy, kokietując ulicznych sprzedawców zawieszonymi wokół kostek srebrnymi łańcuszkami. Po zmroku jak nic można by wziąć ją za nastolatkę. Czas, wielki nieprzyjaciel piękna i młodości, robił jednak swoje, pokrywając jej twarz  zmarszczkami, a włosy – długie prawie do pasa – siwizną. Ona nic sobie jednak z tego nie robiła i wieczorami przesiadywała wśród lokalnych pijaczków w ulicznym barze karaoke, śmiejąc się z nimi rubasznie i obściskując.

Umięśniona, drobna sylwetka upodobniała go do akrobatów, będących atrakcją dawnych, objazdowych cyrków. W odróżnieniu od nigdy nie spieszącej się narzeczonej, zawsze gdzieś w chorobliwym przejęciu pędził. Włosy farbował na rudo i paradował w krótkich, jaskrawych spodenkach i różowej koszulce z trupią czaszką. Na zewnętrznej części dłoni  domowym sposobem wytatuowany miał niewielki znak tao. W wikendy, gdy malownicza dzielnica Xindian zapełniała się turystami, rudy przyciągał na ulicę rozklekotany wózek i sprzedawał z powagą kiełbaski. Co pewien czas dołączała doń ona, z uśmiechem zachwytu spoglądając to na tłuste kiełbaski, to na tłoczącą się ulicą, żądną jadła i niedzielnych rozrywek, ciżbę.

Zobacz także:

Z kroniki starego bloku

→ Zostaw KomentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: , , ,

Spotkanie z piosenką: Fatcat and Fishface

czerwiec 6, 2009 · Dodaj komentarz

Więcej o Fatcat and Fishface:

Fatcat and Fishface

→ Zostaw KomentarzKategorie: Kamera i Disco
Otagowane:

Krótka historia oparta na szalonych faktach

maj 28, 2009 · Dodaj komentarz

Historia ta oparta jest na faktach. Trudno przy tym orzec na ile fakty te zgodne są z prawdą, cóż jednak znaczą fakty wobec ciekawej historii, która nawet jeśli się nie wydarzyła, to wydarzyć przecież się mogła a nawet powinna.

Pewnego razu w dalekiej krainie Tajwanii było sobie dwóch Tajwańczyków i Amerykanin. Na potrzeby tej opowieści Tajwańczyka nr 1 nazwijmy Li, nr 2 Wang, z kolei Amerykanina – Bill. Cała historia zaczyna się w momencie, gdy Bill wynajął pokój w mieszkaniu uprzednio wynajętym przez Li i Wanga. Tajwańczycy trudnili się w pocie czoła studiowaniem czipów i procesorów, Amerykanin nauczaniem angielskiego. Wang i Li studiowali dnie całe, kładąc się spać z podręcznikiem pod poduszką. Jak na Tajwańczyków przystało nosili firmowe okulary, byli schludni i grzeczni. Jeśli i nawet byli gdzieś na dnie głowy zbuntowani, nie okazywali tego, gdyż okazywanie złości i porywów gniewu zostało im już od pacholęctwa wypedagogikowane. Gdzież tam im było przy tym do ich europejskich rówieśników, zbuntowanych przeciwko rodzicom, znakom firmowych i schludnej odzieży. Wang i Li wręcz odwrotnie znaki firmowe i odzież schludną nieprzyzwoicie afirmowali, nie odbiegając przy tym od całej masy podobnej sobie wiekiem młodzieży tajwańskiej. Pochodzący z innej planety Amerykanin – typ młodocianego swawolnika – nie mógł zrozumieć grzeczności swych współlokatorów, którzy całymi dniami tylko się uczyli, a nocami, miast się włóczyć po barach, spali jak przedszkolaki. Bill przyjeżdżając na Tajwan, nie tyle miał w planie mnisie odosobnienie, co dzikie przygody i swawole. Nic mu było jednak do stylu życia swych współlokatorów, niemniej jeśli już żyli życiem naukowo-zakonnym – żalił się znajomym Bill – jak przystało na mnichów, mogliby posprzątać czasami mieszkanie. Nieuporządkowany w sposobie bycia Amerykanin dla równowagi potrzebował porządku w domu, i nadmierny kurz i glon drażnił zarówno jego przewody nosowe, jakoż i nerwowe.

Wszystko zaczęło się więc od kurzu. Od kurzu i od dziewczęcych chichotów, które mniej więcej co trzecią noc dobiegały z pokoju Amerykanina. Popularność raczej mało urodziwego Billa  opierała się przy tym po troszę na jego chłopięcej zadziorności, po trosze na samej amerykańskości. Trudno winić tajwańskie dziewczęta o to, że Amerykanina podziwiały, przecież podziwu tego uczyły jej tajwańskie podręczniki historii, programy telewizyjne, filmy sensacyjne i sama kultura chińska, która akcentowała znaczenie bogatego wyjścia za mąż. Podchmielony już nieco Amerykanin, stojący przy barze w jednym z klubów nocnych, obsypywał dziewczęta najszczerszymi komplementami jak złotem, że piękne, zgrabne, kształtne, lśniące. Dziewczęta bardzo często świadomie podejmowały ową grę i w odpowiedzi jeszcze bardziej się prężyły i wiły. Gdy tajwańscy współlokatorowie Amerykanina wybudzali się ze snu i w gniewie nasłuchiwali dziewczęcych wzdychań i pisków dochodzących zza cienkiej ściany, skrycie obmyślali krwawy plan zemsty. Nocne lęki przed niezdanym egzaminem mieszały się wówczas z frustracją, że to nie oni – uczący się całymi dniami, grzeczni i przyzwoici otrzymują nagrodę, ale ów beztroski hulaka zza ściany. Sami jednocześnie się go bali i podziwiali, i zamieszkali z nim razem właśnie dla prestiżu mieszkania z Amerykaninem. Pochodzili z małego miasteczka na południu Tajwanu i wynajęcie mieszkania z Amerykaninem podnosiło ich w oczach rodziców, babć i ciotek, że studia nie pójdą na marne – dziś mieszkanie z Amerykaninem, jutro robienie z nim biznesu i duże, duże pieniądze, Gucci, Ferrari, bęc.

Mimo szczerych chęci, i przyjaźni tajwańsko-amerykańskiej na szczeblu państwowym, Wang i Li oraz Bill z każdym dniem czuli do siebie coraz większą niechęć. Amerykanin postanowił nie sprzątać mieszkania i w miarę jak kurz coraz bardziej zarastał półki, rosła w nim również nienawiść do dwóch grzecznych Tajwańczyków. Równocześnie z każdym kolejnym dziewczęcym chichotem dochodzącym z pokoju Amerykanina, po kłębach nerwowych Wanga i Li rozlewało się nowe morze gniewu. Rano mijali się w łazience bez słowa, nie spoglądając sobie nawet w oczy. Drażnił ich już każdy generowany przez Amerykanina dźwięk, chrząknięcie i wielkopański sposób stawiania kroków. Atmosfera stawała się nie do zniesienia. Sam specjalnie wracał późno do domu, aby nie oglądać rybich twarzy Tajwańczyków. O poranku wychodził z pokoju dopiero wtedy, gdy ci wyszli do szkoły. Wiadomo już było, że sytuacja ta trwać dłużej nie może, że musi dojść do wielkiego wybuchu, ostatecznego pojedynku, który krwawo zakończy męczącą dla obu stron sytuację.

Jako że wszystko ma swój początek i koniec, również historia dwóch Tajwańczyków i Amerykanina uwięzionych w jednym mieszkaniu musiała dobiec końca. Koniec ów rozpoczął się po kolejnej z rządu libacji urządzonej w pokoju Amerykanina, kiedyż to doprowadzeni do kresu duchowych wytrzymałości Tajwańczycy, wprowadzili w życie okrutny plan zemsty, którego wizualizowanie od tygodni działało kojąco na ich skołatane bezsennością dusze. W tym oto momencie Wang i Li, stali się kosmiczną jednością, łączeni nienawiścią do wspólnego wroga, dlatego odtąd traktowali ich będziemy jako jedno ciało o imieniu Liwang. Wypadki przedstawione poniżej potoczyły się błyskawicznie. O poranku, gdy Amerykanin w najlepsze odsypiał nocne harce, Liwang wyszedł na podwórze i zgarnął z ulicy świeże psie odchody a następnie wrzucił je prosto do pralki, w której leżały ubrania Billa. Potem, gdy Bill włączał pralkę, zachowywał wszelkie pozory codziennej krzątaniny. Ciężko stwierdzić, czy Tajwańczycy działali tutaj w pełni władz umysłowych czy też nienawiść – siostra miłości – zupełnie odebrała im jasność myślenia. Być może sądzili, że podejmie on ów sposób walki i po wyciągnięciu z prania umaczanych w psich odchodach ubrań, nie łapiąc winowajcy za rękę, będzie udawał, że nic się nie stało. Świadczy o tym chociażby fakt, że gdy Amerykanin po otworzeniu pralki bez pukania wszedł do ich pokoju, wykazali prawdziwe zdziwienie. Bill bez słowa przewrócił Liwanga na ziemię i tak długo bił, aż wybił mu wszystkie zęby. Liwang się nie bronił, cierpliwie przyjmując ciosy, być może sądząc, że obrona oznaczałaby przyznanie się do winy. Wydawać by się mogło, że na tym sprawa powinna się zakończyć, każdy dostał w końcu za swoje. Tajwańczykom widocznie nie było jednak dość. Cóż tedy uczynili? Uczynili to, co każdy porządny, niewinnie napadnięty obywatel uczyniłby na ich miejscu. Wezwali policję. No i zrobił się wielki mafan. Policja przyjechała, połamane zęby zaprotokołowała, ujrzawszy jednak dowody rzeczowe w postaci wypranych w psich odchodach ubrań Amerykanina, nie wiedziała co uczynić i aby wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, po tajwańsku wymknęła się tylnymi drzwiami.

Na tym też historia o dwóch Tajwańczykach i Amerykaninie się zamyka. Bill zaraz po tym wydarzeniu na dobre wyniósł się od Liwanga i należy przypuszczać, że w przyszłości nie będą robić razem interesów. Tajwańczykowi utrata zębów wyszła nawet na dobre, gdyż na ich miejsce wstawił sobie nowe, piękniejsze od wcześniejszych. Wciąż pozostaje kwestią otwartą, kto zwyciężył a kto przegrał w tym całym sporze. I niechaj, Drogi Czytelniku, Twe szlachetne serce i bystry rozum pomogą ci znaleźć na to odpowiedź.

Zobacz także:

Krótka opowieść z Francuzem w tle

→ Zostaw KomentarzKategorie: Opowiesci tajwanskie
Otagowane: ,