Opowieści filipińskie.Cz.5. Przeprawa przez morze i pogrążone w ciemności miasteczko

Po kilku dniach na rajskiej wyspie Cacnipa zaczęło wiać nudą. Na dodatek spadł deszcz i jedyne co nam pozostało to z resortowej restauracji wpatrywać się w morze i szaloną-małpę, która zmoknięta jak kura kryła się w swoim karmikowym domku. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Niespodziewanie na wyspę przybyli nowi goście – cztery bogate Filipinki po czterdziestce. Poinformowano nas, że Filipinki następnego dnia z rana płyną łodzią do miejscoowści El Nido – na północy Palwanu – i jeśli chcemy, możemy się zabrać z nimi. Podróż morska miała trwać 4 godziny. Trzeba było wyruszyć wcześnie rano, gdyż po południu w oklicy prognozowano burze. Resztę dnia spędziliśmy na łażeniu po plaży, łapaniu kijanek oraz leżeniu w hamakach i obserwowaniu 40-letnich Filipinek, które wyrwane z ról żon i matek budziły w sobie na nowo filuterne nastolatki, pozując na plaży w dwuznacznych pozach do zdjęć.

Łodzią kierował ten sam facet, który przywiózł nas do „Kokosowego Resortu”. Na brzegu żegnała nas Kulka-Filipinka i pies. W miarę oddalania się od wyspy domki i palmy robiły się coraz mniejsze, aż w końcu cała plaża zamieniła się w mały jasny punkcik. Łódź mieściła akurat sześć osób. Z przodu usadowiły się Filipinki, za nami siedział sternik. Gdy wypłynęlismy na pełne morze, fale podniosły się i łódź zaczęła kołysać się na wszystkie strony jak liść na wietrze. Co pewien czas woda wielkim chlustem wlewała się za burtę i nasze ubrania po raz kolejny nadawały się do wykręcania. Sternik palił papierosa, i zwalniając lub przyśpieszając, próbował uniknąć zderzeń z falami. Gapiłem sie tępo w morze, początkowo widząc tylko fale i obciążone cięzkimi chmurami ciemne niebo. Z czasem jednak spostrzegłem, że fale różnią się między sobą i przyjmują różnorakie, ludzkie kształty. Ludzka projekcja – rzutowanie swoich uczuć i wyobrażeń na rzeczywistość zewnątrzą – była zatem procesem autonomicznym jak oddychanie i trawienie. Wystarczyło się z czymś - nieważne człowiekiem, psem czy kamieniem - zetknąć przez dłuższą chwilę, by zaczynało żyć naszym własnym życiem. Projekcja obejmowała nie tylko innych ludzi, ale także wielką pustynię falującej wody, z którą w tym momencie miałem kontakt. Umysł bronił się w ten sposób prze lękiem i racjonalizował to co nieznane i groźne. Oswajał świat. Po trzech godzinach przebijania się przez martwą wodę czułem już tętniące dookoła mnie życie. Chmury jakby ścigały się z naszą łodzią, ciągnąc ze sobą białą, nieprzeźroczystą ścianę deszczu łączącą niebo i wodę. Po lewej stronie burty prawie dotykając powierzchni morza ciągnęły z kolei czarne chmury burzowe. Minęliśmy kilka wysp, które po chwili utonęły w chmurach. Niemal w ostatniej chwili wpłynęliśmy do bajecznej, położonej pod poteżnym klifem zatoki El Nido, która teraz pogrążyła się w ciemności. Postawiliśmy stopy na brzegu i rozszalała się potężna burza. Pioruny biły w wodę.

El Nido było niewielkim miasteczkiem z kilkoma wąskami ulicami i domkami. Samo w sobie nie stanowiło specjalnej atrakcji, jednak stąd właśnie wyruszano do Archipelagu Bacuit – grupy tropiklanych wysepek, wokół których znajdowały się jedne z najpiękniejszych na świecie miejsc do nurkowania w rafach koralowych. Wynajęliśmy pokój w domku pod potężnym klifem. Właścicielka poinformowała nas, że prąd jest dostępny między 6 wieczorem i 6 rano, co stanowiło i tak w miasteczku luksus, gdyż w większej jego częsci prąd wyłączano już o 1 w nocy. Od razu udaliśmy się do miejscowego centrum turystycznego – El Nido Boutique & Art Cafe. Zastaliśmy tam prawie samych białych turystów. Jedli pizzę i pili kawę. Wokół nich uwijała się filipińska obsługa. W rogu sali znajdowało się cos w rodzaju agencji turystycznej. Siedziała tam młoda, śliczna Filipinka. Spytałem ile kosztują bilety samolotowe z lokalnego lotniska do Manili. Cena przekraczała budżet całej naszej wyprawy, zdecydowaliśmy się zatem na samolot z Puerto Princessa, do którego dotarcie z El Nido zajmowało 8 godzin autobusem. Młoda Filipinka była nie w humorze. Nagle w jej stronę odwróciła się biała kobieta, która do tej pory siedziała do nas tyłem i pisała coś na laptopie, i zupełnie, nie zwracając na nas uwagi, zaczęła pouczać Filipinkę jak powinno obsługiwać się klientów. Filipinka miała łzy w oczach, biała kobieta uśmiechnęła się do nas niczym zła czarownica z bajki o kopciuszku i zniknęła na zapleczu. Zamówiliśmy rekomendowaną w przewodniku Lonely Planet pizzę. W menu oprócz potraw znajdowały się opisy wycieczek po okolicy oraz wycinki z anglojęzycznych gazet. W jednym z znajdowało się zestawienie najszczęśliwszych narodów na świecie. Na pierwszym miejscu znajdowali się Duńczycy, Filipińczycy na dziewiętnastym, a Polacy na pięćdziesiątym trzecim. Inny artykuł opisywał historię Niemki, która wyszła za Filipińczyka i osiadła na końcu świata na Filipinach w niewielkim miasteczku El Nido. Na zdjęciu zła czarownica, którą spotkaliśmy przed chwilą, ściskała się radośnie z Filipińczykiem.

O godzinie 7 wieczorem El Nido znikało w mroku. Ulice oraz większość domów, ze względu na konieczność oszczędzania prądu, pogrążone były w ciemności. Z okien dobiegał jedynie blask świec. Światło dostępne było jedynie w wybranych hotelach i restauracjach. W jednej z nich spotkaliśmy cztery Filipinki z łodzi. Jadły przyniesioną przez siebie rybę i ośmiornicę. Zamówiłem specjalnośc lokalu: rybę w occie, kurczaka, ryż z fasolką i banana. Mężczyźni siedzący przy stoliku obok oglądali w telewizorze walki kogutów. W ringu kogut Sebastian dziobał sie z kogutem Jose, cała walkę zaś kontrolował biegający między kogutami sędzia. Na lustrze w toalecie przyklejona była naklejka: Jesus is the Lord (Jezus jest Panem).

Większość kafejek internetowych była wieczorem zamknięta. Wreszcie znaleźliśmy jedną, w której był prąd. Nosząca dumną nazwę „Computer Centre” składała się z dwóch komputerów, przy czym jeden z nich był zepsuty. Sprzedawano tam również pamiątki ślubne i koszulki. Przy komputerze siedziały dzieci. Na ziemi leżał wielki pies i obgryzał kość.

W jednym z domów przy świecach zgromadziła się grupa ludzi. Na środku pogrązonego w półmroku pokoju siedział facet i grał na gitarze.

Kupiłem w piekarni ciasteczka kokosowe. Dziewczyna zainkasowała pieniądze, prawie na mnie nie spoglądając. Była pochłonięta telewizorem, gdzie odbywało się właśnie filipińskie wydanie programu „Idol”. Piosenkarz o wibrującym głosie ronił łzy miłości i tęsknoty do ukochanej. Rozległy się brawa. Jury w dowód uznania aż powstało.

Opowieści filipińskie. Cz.1.4. Potwory z kokosowej wyspy.

Kokosowy resort (made by Just)

Koko resort (made by Just)

Kokosowy Resort” na filipińskiej wyspie Cacnipa był w istocie resortem szwajcarskim. Kilka lat temu wyspę kupił pewien Szwajcar i wybudował tam szwajcarskie wyobrażenie tropikalnej wyspy. Wynajął filipińskich ogrodników i kazał im stworzyć starannie przystrzyżony ogród szwajcarski w samym środku dalekiej Azji. Na skalistej wyspie uformowano śnieżnobiałą plażę, posadzono palmy, wybudowano górskie chatki ze spadzistym dachem. Do ogrodu ponadto wpuszono kury, aby szwajcarskim turystom miejsce kojarzyło się z sielanką europejskiej wsi. Miedzy palmami rozwieszono hamaki a w małym domku uwięziono na smyczy małpkę. Przywiązana do sznurka małpa po latach stała się małpim-wariatem. Efekt został jednak osiągnięty. Siedzący w restauracji turyści, popijając zimnego Heinekena, mogli obserwować zachód słońca na tropikalnej wyspie - z małpką w tle.

Szalona małpa (made by Just)

Szalona małpa (made by Just)

Latem Szwajcar zjeżdżał do Szwajcarii i powracał do filipińskiego „Kokosowego Ogrodu” dopiero w listopadzie, gdy na Filipinach rozpoczynał się szczyt sezonu turystycznego. Bogaci tuyści z zachodniej Europy znajdowali tutaj wówczas doskonałe schronienie przed europejską zimą, czując się jednocześnie jak u siebie w domu. Szwajcar dostosował wyspę do ich wymagań. Między palmami postawił stół ping-pongowy, na plaży rozwiesił siatkę do gry w bangbingtona, przy ławeczkach porozstawiał lampy antykomarowe, nad łóżkami porozwieszał moskitiery. W świetlicy znajdowała się również informacja, że plaża jest regularnie odrobaczana, niemniej wszelkiego robactwa nie da się w tych warunkach klimatycznych, dlatego uprasza się o nie leżenie bezpośrednio na piasku, ale na leżakach. Ryzyko szoku spotkania z inna kulturą zostało również odżegnane z resortowej restauracji, gdzie serwowano nie tyle dziwnie wyglądające dania filipińskie, co przede wszystkim europejskie frytki, kotlety, coca-colę, papierosy marlboro i niemieckie piwo. Pod nieobecność Szwajcara ośrodkiem zarządzała Filipinka, która poza sezonem spędzała większość czasu na oglądaniu tasiemcowych seriali w świetlicowej TV. Pomagały jej Kulka-Filipinka oraz kobieta zajmująca sie przygotowywaniem dań. Poza tym codziennie rano dwóch młodych Filipińczyków zajmowało się ogrodem, a facet, który przywiózł nas łodzia na wyspę, karmił kury. Gdy szedł z wiadrem ziarna, kury otaczały go w szaleńczym bezlotnym wyścigu. Kulka-Filipinka cierpiała na deficyt rozmów i gdy tylko się spotykaliśmy, na zwykłe „dzień dobry” odpowiadała dziesięciominutową historią swojego życia. Po wyspie biegał również pies, który codziennie wieczorem siadywał na plaży wpatrując się tęskliwie w morze – wyczekiwał prawdopodobie powrotu swego szwajcarskiego pana.

Modliszka (made by Just)

Modliszka (made by Just)

Resort oferował wiele rozrywek – od ping-ponga, bangbingtona, siatkówkę, rzucanie strzałek do tarczy, po wypożyczanie kajaków oraz masek, rurek i płetw do nurkowania. W ofercie ośrodka znajdował się również island hopping, czyli opływanie i zatrzymywanie się na okolicznych wyspach. Na deszczowe dni w resortowej biblioteczce na turystów czekała spora kolekcja książek i czasopism – niemieckich, francuskich i angielskich. Jedyną niedogodnością wyspy był brak stałych dostaw prądu. O godzinie szóstej wieczorem, gdy wyspa zaczynała pogrążać się w egipskich ciemnościach, włączano generator, który pracował do godziny dziesiątej. Potem energię czerpano z baterii słonecznych umieszczonych na dachach domków. Wieczorami cała obsługa resortu spotykała się w świetlicy i narkotycznie oglądała telewizję. Co pewien czas z lamp antykomarowych dobiegał trzask palonego komara. Przy żarówkach wygrzewały się jeaszczurki. Pies biegał za wielką modliszką, ciągnącą jak magnes do światła. W ciemności za oknem naszego domku rozpocząło się brzyczenie miliona owadów. Otaczały nas ze wszystkich stron. Z minuty na minutę były coraz głośniejsze. Przez rozszarpaniem przez węże, pająki i śmiercionośnie żuki chroniły nas tylko moskitiery w oknach i nad łóżkiem. Zasnęliśmy w bezruchu wsłuchani w dzikie odgłosy dżungli. O 5 rano wraz z pierwszymi promieniami słońca obudziło nas pianie kogutów i przypominający odgłos karetki krzyk jakiegoś ptaka. Powoli dołanczały do niego inne ptasie głosy, potem włączyły sie do tego cykady i robaki. Kury biegały już po ogrodzie. Ogrodnicy strzygli trawnik. Wystawiłem powoli głowę spod moskitiery i rozejrzałem sie po podłodze. W jej deskach były kilkumetrowe szpary, przez które mógł wśliznąć się jeden z tutejszych potworów. Ostrożnie założyłem buty i wielkim susem otworzyłem drzwi łazienki. Rozejrzałem się bacznie dookoła. Wszystko wyglądało normalnie. W rogu ujrzałemjednak czarny punkcik. Zblizyłem się i wydało mi się, że czerń się poruszyła. Oświeliłem ją i w świetle latarki ujrzałem czarnego skorpiona, podnoszącego w szyku bojowym swój jadowity ogon.

Poleżeliśmy trochę na hamaku. Zjedliśmy frytki. Popatrzeliśmy na małpę-szaleńca uwięzioną na sznurku. Połazilismy tam i z powrotem po 200-metrowej plaży. Myśleliśmy o wypożyczeniu kajaka, nad wyspą uformowały sie jednak ciemne deszczowe chumry. Postanowiliśmy więc wypożyczyć maski, rurki oraz płetwy i ponurkować przy plaży. Woda była przejrzysta. Kilka metrów od brzegu dno wpadało w kilkumetrową głębinę. Na jej dnie leżała plątanina wodorostów i grzybopodobnych kształtów. Kolorowe wielkie ryby, które wcześniej widziałem jedynie w akwariach lub w telewizji ławicami przeczesywały dno. Inne samotnie wypływały przed wejścia do jamek skalnych, po czym szybko chowały sie do środka. Między ciemnozielonymi roślinami leżały kolorowe rozgwiazdy. Wcześniej postrzegałem morze jedynie w poziomie. Teraz zobaczyłem jego tętniący życiem pion.

O zachodzie słońca plaża zaroiła się od wielkich krabów. Najmniejszy ruch powodował ich natychmiastową ucieczkę do wykopanych w piasku krecich jamek. Usiedliśmy bez ruchu nieopodal jednej z nich. Krab powoli wystawił głowę z jamy. Stał tak nieruchomo jakby zastanawiając się czy jesteśmy groźnymi drapieżcami czy też skalnymi rzeźbami. W końcu wyszedł z jamki i wyrzucił obok piasek, który dźwigał na pancerzu. W sekundzie schował się znowu do swej kryjówki, by zaraz potem wysypać na zewnątrz nowa porcję piachu. Dookoła podobną pracę wykonywało setki innych krabów. Wieczorami plaża na Cancipa Island ożywała. Była wielkich placem budowy.

Opowieści filipińskie. Cz.1.3. Podróż na rajską wyspę.

Ośrodek wypoczynkowy „Kokosowy Ogród” znajdował się na jednej z ostatnich pozycji wśród rekomendowanych przez przewodnik Lonely Planet rajskich wysp. Zadzwoniliśmy. Głos w telefonie wydał się zachęcający. W mig spakowalismy sie i wyruszyliśmy w podróż - na konfrontację z zachodnim mitem rajskiej wyspy.

Dojazd nie był łatwy. Na początku turraliśmy się cztery godziny zapchanym po brzegi vanem przypominającym puszkę sardynek na kółkach. Mijaliśmy tropiklane, gęste lasy. Pola ryżowe. Robotników w tempie żółwia budujących asfaltowe drogi. Młoda Filipinka siedząca na przednim siedzeniu dyszała przy tym ciężko, wydobywując z siebie co pewien czas przeraźliwy, gruźliczy kaszel. Opiekująca się nią starsza kobieta uspokajała współpasażerwów, sama jednak w pewnym momencie zaniemogła i zaczęła na zmianę kaszleć razem ze swoja podopieczną. Za oknem przesuwały się wsie z drewnianymi chałupami ustawionymi na palach, tak że ich podłoga nie dotykała ziemi i wisiała w powietrzu. W rzekach nieopodal wsi kąpały sie woły. Po głowę zanurzone w wodzie chroniły sie przed południową gorączką. Dzieci w eleganckich, katolickich mundurkach wracały ze szkoły. Na górskiej drodze nad urwiskiem van przechylił się tak mocno, że wydawało się, że zaraz straci równowagę i upadnie. Kierowca bez większych emocji szybko jednak nadał pojazdowi odpowiedni balans i perspektywa stoczenia się w dół urwiska pozostała za nami w tyle. Wysadzono nas nagle w San Vincente.

San Vincente (made by Just)

San Vincente (made by Just)

Spodziewalismy się ujrzeć coś bardziej tętniącego życiem – miała to być w końcu największa miejscowość regionu. Miejsce to przypominało jednak opuszczony plac budowy. Dookoła woda, kilka małych domków i beton. Pod dachem czegoś co przypominało przystanek autobusowy, a co było w istocie chroniącym przed słońcem lokalnym miejscem spotkań, siedziała grupka młodzieńców. Śmiali się i pokazywali na nas palcami. Z opresji wybawił nas niski Filipińczyk z piłkarską kitą z tyłu głowy. Przedstawił się wysłannikiem Kokosowego Resortu, który ma nas zabrać na wyspę Cacnipa. Wpakowaliśmy się w milczeniu do łodzi, oddając się całkowicie na łaskę faceta, który podawał się za naszego przewodnika. Tym razem nie dostaliśmy juz kamizelek ratunkowych. Łódź ruszyła w kierunku pełnego morza. Była wsparta z dwóch stron przez dwie równoległe bambusowe belki co przy dużych falach nadawało jej wrażenie niezatapialności. Słońce schowało się za chmury i woda zrobiła się ciemnozielona. Fale podniosły się i przy każdym wpłynięciu na nie zalewał nas strumień wody, tak że w pewnym momencie nasze ubrania były kompletnie mokre. Facet z łodzi nic jednak nie mówił. Palił papierosa i trzymał ster silnika. Na horyzoncie pojawił się zarys kilku wysepek. Dużo czasu zajęło nam jednak dopłynięcie do nich. Facet z łodzi w międzyczasie zatrzymał łajbę i dolał benzyny do silnika, by uruchomic go potem jeszcze bardziej rozwrzeszczanego warkotem. Dookoła nic tylko woda. Ląd pozostał juz daleko za nami, stając się nierealnym cieniem. Zaczęlismy kierować się w stronę wysepki z maleńką białą jak śnieg plażą, na brzegu której stało kilka schowanych między palmami kokosowymi lilipucich chatek. W marę zbliżania się plaża stawała się coraz większa, powiększały sie też chatki i palmy. W końcu to my byliśmy już od nich mniejsi. Na brzegu czekała na nas mała jak kulka Filipinka w towarzystwie psa.

Wyskoczyliśmy z łodzi zanurzając się po kolana w wodę. Jakiś facet z miejsca porwał nasze bagaże. Kulka-Filipinka skłoniła się i niepewnie wskazała nam nasz domek. Minęlismy chamaki zawieszone na palmach i przed oczami wyrósł nam starannie przystrzyżony ogród, w środku którego stał stół ping-pongowy. Po ogordzie przechadzały sie kury i kaczki. Na jego obrzeżach, pod ścianą ciemnozielonych krzaków i drzew rosnących w górę w głąb wyspy stały domki na palach. Na werandzie jednego z nich leżały już nasze plecaki. Domek przypominał zakopiańskie drewniane chaty ze spadzistym dachem. W środku po ścianach grasowały jaszczurki. Nad łózkiem rozwieszona była wielka, niebieska moskitiera. Zza okna od strony leśnej gęstwiny dobiegało brzęczenie tysięcy owadów.

- Ktoś tu mieszka z gości oprócz nas ? – spytałem Kulki-Filipinki.
- Nie, Sir, jesteście tylko wy – odpowiedziała.

Opowieści filipińskie. Cz.1.2. Niebezpieczna wyprawa do podziemnej rzeki

Puerto Princessa

Puerto Princessa

Wszystkie pensjonaty polecane w przewodniku Lonely Planet były juz zajęte. Pan Czerwiec ucieszył się, że może zawieźć nas do swojego hotelu – jego właściciele płacili prawodpodobnie kierowcom tricykli prowizje od dostarczonych turystów. Hotel nie miał w sobie nic, co szczególnie wabiłoby zachodnich turystów – ot prosta trzypiętrowa bryła betonu z pokojami w środku. Jedyną atrakcję stanowiły tu małe, zielone jaszczurki, które to ślizgały sie po ścianach i suficie, to zastygały tam w martwym bezruchu. Wszystkie lepsze pokoje też był juz w nim zajęte. Dostało nam się coś w rodzaju pomieszczenia gospodarczego w zagrodzie hotelu. Śmierdziało tam znajdującą się zaraz obok ubikacją, pokoik był jednak duży, przyzwoity i tani. Pan Czerwiec kazał sobie zapłacić wcześniej zaporową cenę za przejazd – trzykrotnie przebijającą to, o czym pisano w przewodniku, przez co nasza przyjaźń nieco straciła na intensywności. Nie pomogło powoływanie się na wspólna wiarę i Polaka papieża. Jesli chodzi o wykorzystywanie turystow, obwieszony krzyżykami pan June był wyraznie zwolennikiem rozdziału świata boskiego od człowieczego. Za każdym razem, gdy się potem spotykalismy, skory do ściskania się i oferowania swych bezcennych usług pan Czerwiec napotykał na falę chłodu z naszej strony.

Puerto Princessa – stolica wyspy Palawan – oprócz kilku restauracji nie miała tak naprawdę nic specjalnego do zaoferowania i większość turystów traktowała ją jako bazę wypadową do innych atrakcji wewnątrz wyspy. Godzinę drogi od miasta znajdowała sie grupa wysepek Honda Bay, oferująca turystom przewozy łodzia z wyspy na wyspę (tzw. island hopping – dosł. skakanie po wyspach) i nurkowanie z rurką w rafach koralowych. Jeszcze dalej na wakacyjnych przybyszów czekała główna atrakcja Palawanu – skryta w odmętach dżungli podziemna rzeka – jak głosiły ulotki reklamowe: cud natury, jedna z najdłuższych na świecie. Do rzeki można było dojechać samemu - jeepneyem a potem łodzią. Można było też wykupić zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem, co po podsumowaniu wszystkich za i przeciw okazało się opcją mniej godną podróżnika-eksploratora, niemniej tańszą.

Van przyjechał pod pensjonat tak jak było w planie punkt 7 rano. Z przedsiębiorczym uśmiechem wyskoczył z niego pan przewodnik i zgarnał nas radośnie do środka. W samochodzie siedzieli już dwudziestokilkuletni zaspany Anglik i 50-letni mieszkający w USA Belg – szpicbrudka – kobieciarz, seks-turysta. Poznali się wcześniejszej nocy w barze karaoke, gdzie ich pijackim śpiewom asystowały młode, roznegliżowane Filipinki. Van zrobił jeszcze rundę po innych pensjonatach, z których zabrał kolejno studiującego we Francji Brazylijczyka a potem młodego, wysokiego Holendra w asyście 18-letniej słodkomilczącej Filipinki. Belg od razu pozwolił sobie na komplement, stwierdzając, że dawno nie widział tak pięknej, młodej dziewczyny. Pan przewodnik zaczął snuć swą opowieść, informując wycieczkę, że podróż do podziemnej rzeki będzie trwała 3 godziny. Potem mówił o krokodylach zamieszkujących Palawan, które co pewien czas zjadają przechadzających się wzdłuż rzeki wieśniaków. Jego głos zagłuszał warkot silnika i podmuch klimatyzacji. W rezultacie grupa podzieliła się na dwie części – rząd pierwszy i drugi od siedzenia kierowcy słychał opowieści przewodnika, trzeci i czwarty – Belga. W pewnym momencie obie opowieści zlały się w jedno, droga asfaltowa skończyła sie i zaczęliśmy podskakiwać na nierównościach i wzniesieniach drogi polnej.

- Najniebepieczniejsze drogi są w Chile – stwierdził Belg.
- Mijamy właśnie górę Kleopatry, przypominającą kobiecy sutek – zawtórował mu przewodnik.
- W Kambodży jadłem psa - odpowiedział Belg.
- A tam na wzgórzu mieści się ranczo naszego kongresmena – dodał przewodnik.

Po dwóch godzinach jazdy przez gęstwinę tropikalnego lasu dotarliśmy do wioski Sabang, skąd bezpośrednio odpływały łodzie do podziemnej rzeki. Panie siedzące w sklepikach z pamiątkami turystycznymi wstały z krzesełek. Przewoźnicy siedzieli pod dachem i z nudów grzebali sobie w palcach u nóg. Na nasz widok podnieśli głowy. Kazano nam założyć pomarańczowe kamizelki ratunkowe i w liczbie sześciu wejść do łodzi. Jeden z Filipińczyków długim kijem wyprowadził łódź z przystani, drugi zapalił silnik. Łódź ruszyła. Filipińczyk od kija połóżył się na jej dziobie. Drugi z obojętną miną chwycił za ster. Zaczęlismy oddalać się od palmowego brzegu. Zaczęło się robienie zdjęć. Góra. Chmura. Morze. Gromadka w uśmiechu. Poza kadrem znudzony kapitan i jego śpiący na dziobie pomocnik. Belg rzucił kolejny komplement w stronę młodej Filipinki.

Wejście do podziemnej rzeki

Wejście do podziemnej rzeki

Przy wejściu do podziemnej rzeki punkt z opłatami. Razem z biletem ankieta do głosawania na podziemną filipińską rzekę jako jeden z siedmiu światowych cudów natury. Podano nam kaski i kazano wejśc do kolejnej łodzi. Belgowi, który usadowił się na dziobie przypadła rola opereratora światła. Siedzący z tyłu wioślarz-przewodnik kazał mu je podłączyć do akumulatora, gdy wpłynęliśmy do jaskini. Przewodnik poinformaował, że rzeka liczy 8 km, niemniej my turyści świata zwiedzimy jej odcinek tylko na 5 km.
- Sir, proszę podnieść światło do góry, nieco w lewo, jeszcze w lewo, za bardzo, w prawo, w prawo – instruował Belga przewodnik. Nad naszymi głowami przeleciało stado nietoperzy. Po chwili bylismy zanurzeni w całkowitej ciemności pieczary, a jedyne światło generowała latarka sterowana przez Belga. Z dachu jaskini zwisały mroczne sople.

- Co tak śmierdzi? – zapytał Belg.
- To odchody nietoperzy, Sir – odpowiedział przewodnik.

Z góry zaczęły spadać nam na głowy krople wody. Belg rzucił światło na skalną ścianę pokryta zwisającymi głową w dół nietoperzami. Wpływalismy kolejno na grot pełnych fanstastycznych wyrzeźbionych przez naturę kształtów. Po drodze minęliśmy łódź, której przewodnik powtarzał ten sam żart, który usłyszeliśmy kilka minut wcześniej od naszego przewodnika.

- Proszę spojrzeć w lewo, widzimy tam Świętą Rodzinę – rzekł przewodnik. Belg oświetlił skałę przypominającą obrazy Madonny z Jezusem.

- Na tej półce skalnej mieszkają pająki-tarantule – podniósł nieco emocje przewodnik. – A tam widziamy Sharon Stone – Belg rzucił światło na skałę przypominającą kobiece pośladki. Śmiechy. Hihy. Mieszanina grozy i uciechy. Podziemna rzeka rozrywki. Potem były kolejne wizerunki Śwętej Rodziny oraz warzywa i owoce. Na końcowym odcinku podziemnej rzeki wpłynęliśmy do ciemnego prostego tunelu. Cisza i ciemność. Ogłos spadających z góry kropel i nerwowe szemranie siedzących na łodzi współpasażerów.

- Zamieszkujące Palawan ludy wierzyły, że jaskinia jest siedzibą groźnych bogów – skomentował ciemność przewodnik i zawrócił.

Niedaleko punktu wejścia do podziemnej rzeki stoliki, gdzie grupa skosnookich turystów urządziła sobie piknik. Między nimi przechadza się wielki, pólorametrowy jaszczur.

- To kolejna atrakcja podziemnej rzeki – rzekł przewodnik. Jaszczur zapozował do zdjęć i schował się za leśnym krzakiem. Teraz z drzew zeskoczyły małe małpy. Rozpoczęła się kolejna sesja zdjęciowa. Filipińczycy przewożący turystów łodziami leżeli bez ruchu w cieniu drzew.

- Jeśli zrobili juz Państwo wszystkie zdjęcia z jaszczurem i małapami, zapraszam z powrotem do łodzi – przewodnik podał nam kamizelki ratunkowe. Filipińczycy kierujący łodzią ziewnęli i wygrzebali się z cienia.

Spadł deszcz. Schroniliśmy się pod parasoalmi z liści. W ofercie wycieczki obiad, do picia sok z młodego kokosa. Podano nam zielone kokosy z wbitymi w nie rurkami.

- Kilka lat temu tydzień przed wyjazdem na wakacje spalił mi się dom – zaczął kolejna opowieść Belg. – Pomyslałem, raz się żyje i pojechałem na te wakacje.

Czekoladowe Wzgórza

Czekoladowe Wzgórza

Podczas powrotu mijamy zachodnią ekipe telewizyjną robiącą program o podziemnej rzece i okolicach. Zatrzymaliśmy się w barze, skąd roztaczał się widok na pobliskie Czekoladowe Wzgórza. Kolejne sesje zdjęciowe. Belg obejmuje się do zdjęć z dziewczynami z baru. Kupiłem kawę. Anglik i Belg wdali się w dyskusję z przewodnikiem o najlepszych okolicznych klubach z dziewczynami. Nadjechała kolejna wycieczka. Zrobiło sie tłoczno. Brazylijczyka ugryzł w łydkę komar. Rozpoczęła się rozmowa o chorobach tropikalnych przenoszonych przez komary. Malaria. Gorączka krwotoczna. Wirusowe zapalenie mózgu.

Opowieści filipińskie. Cz. 1.1. Ameryka Pd. w samym środku dalekiej Azji

Facet z agencji biletów lotniczych cały czas coś mówi. Że niebezpiecznie. Że mamy szczęście, że trafilismy właśnie na niego. Idziemy skrajem chodnika, przy czym granica między chodnikiem i ulicą jest daleko umowna. Wszystko tutaj wydaje się zwisać na cieńkich linkach umowności i wygląda tak jakby w każdej chwili miało runąć, zderzyć się, zawalić. Ulica pędzi w nieznanym kierunku i wydaje się nie mieć ładu ani składu. Samochody jadą to pod prąd, to na skos, to zawracają na samym środku jezdni. Powietrze jest wilgotne i cieżkie od spalin. Rozmowa z facetem z agencji to przedłużenie ulicy.
- Moja mama tańczyła dla amerykańskich żołnierzy – mówi facet. - Mój ojciec jest Amerykaninem.
- Pana ojciec jest Amerykaninem?
- Ojciec mojej żony jest Amerykaninem.

Tricykle i taksówki zbliżają się niebezpiecznie w pozycji ataku jak osy, po czym zawracają i znowu wbijają się w chaotyczny porządek tego świata. Kierowcy jeepneyów – długich jak jamniki jeepów pełniących rolę publicznego środka transportu - wystawiają głowy spod masek i nagabują do zabrania się z nimi. Gwiżdżą. Trąbią. Pasażerowie czekają bez ruchu aż samochód zapełni do ostatniego miejsca. Nieruchomi z powodu upału, wyglądają jak więźniowie z warszawskiej łapanki, mający być za chwilę wywiezieni do obozów pracy. Na jeepneyach kolorowe wizerunki Jezusa i Maryji. Napisy: Jezus jest Panem. Jezus moim władcą.

Jeepney (made by Justyna)

Jeepney (all photos made by Justyna)

- W tej rzece utopił mi się syn – rzuca mimochodem facet, gdy przechodzimy przez most. Przy rzece sypiące się budy targowe – w nich kantory, agencje biletowe i bary. Normalnie w tym miejscu od razu otoczeni zostalibyśmy przez tysiące pomocników spod ciemnej gwiazdy, oferujących pomoc w zwiedzaniu miasta czy wymianie pieniędzy. Cały półświatek przykuty jest jednak teraz do telewizorów. Nawet żebracy są tak pochłonięci tym, co oglądają, że nie wyciągają ręki, widząc nasze białe – symbolizujące pieniądze - twarze.

- Dziś walka naszego mistrza bokserskiego o mistrzostwo świata – tłumaczy facet. – To nasz bohater narodowy.

Brudni żebracy i czyści, obwieszeni złotymi łańcuchami właściciele kantorów ściskają się jak równe sobie muchy przed telewizorami ustawionymi w budach kantorów. Walka bokserska Filipińczyka o mistrzostwo świata jest dziś świętem narodowym. W tą niedzielę Filipińczycy mogą przez chwilę poczuć się dumni z bycia Filipińczykami.

Przed bankami ubrani w białe mundury ochroniarze z karabinami. Na ulicy stragany z rybami i gnijącymi bananami. Kościelne dzwony zapraszają na mszę. Ludzie bezpardonowo gapią się na nas i trudno określić, czy ich wzrok wyraża bardziej ciekawość czy kpinę. Przez chwilę wydaje mi się, że znalazłem się na latynoskiej wyspie w samym centrum dalekiej Azji.

——————–

Filipiny to taoistyczny element yin w całości yang jaką stanowi Azja. Dwie godziny lotu samolotem z Tajpei do Manili wystarczy, aby przekroczyć granicę Azji Północno-Wschodniej, zbliżyć się bardziej do równika i przenieść się do strefy wpływów innej kultury - Azji Południowo - Wschodniej. Twarze tutejszego ludu są już ciemniejsze, oczy większe, gesty wyjęte ze sztywnego gorsetu kultury. Rządzi tu również niepodzielnie inny bóg - Jezus Chrystus. Jezus został tu sprowadzony przez Hiszpanów, którzy przez 400 lat okupowali Filipiny, czyniąc z nich swój Dalekowschodni niewolniczy przyczółek. Co dziś pozostało Filipińczykom z epoki kolonizacji Hiszpańskiej to właśnie religia i pozorny, zewnętrzny, luźny sposób bycia, stojący w opozycji do sztywności i zdyscyplinowania mieszkających nie tak daleko Tajwańczyków czy Japończyków. Hiszpańska „manana” tak naprawdę jednak nigdy nie przeniknęła głęboko do filipińskich dusz, które w swej istocie pozostały azjatyckie – skryte i wyuczone tłumić negatywne emocje.

W XX wieku Hiszpanie sprzedali Filipiny Amerykanom, którzy podobnie jak wcześniejsi zaborcy z urzędu grabili je i wykorzystywali aż do zakończenia II Wojny Światowej. Filipiny formalnie odzyskały niepodległośc dopiero w 1946 roku, by tak naprawdę na okres Zimnej Wojny pozostać strefą wpływów Ameryki. Prawicowe dyktatury na Filipinach popierane przez USA doprowadziły kraj niemalże do ruiny. Dopiero lata 90-te XX wieku przyniosły konieczne reformy. Ze względu na historię inny jest też stosunek Filipińczyków do Ameryki i Europy niż na bezkrytycznie zakochanym w USA Tajwanie (który nigdy nie był przez dłuższy czas zachodnią kolonią). Filipińczycy mówiący biegle po angielsku (obok języka filipino jest to tutaj język urzędowy), w 90 proc. wyznający chrześcijaństwo identyfikują się bardziej z kulturą zachodnią niż dalekowschodnią. Tak jak w przypadku bliskim im pochodzeniowo ludom Polinezji - Malezyjczykom i Indonezyjczkom, ich stosunek do „białych” nie jest już jednoznaczny. Z jednej strony „biali” to ci, którzy podbili i uczynili z Filipin swoje poddańcze kolonie. Z drugiej to zwycięzcy nad Chinami (wojny opiumowe XIX wiek) i niezwyciążoną Japonią (bomby atomowe na Hiroszima, Nagasaki 1945) – niepokonani, cyniczni, bogaci i pewni siebie. To biali Amerykanie i ich bazy wojskowe były głownym źródłem dochodu Filipin w drugiej połowie XX wieku. To biali turyści stali się wreszcie jednym z najbardziej dochodowych biznesów na Filipinach. Z takimi warto się ściskać, nie należy im jednak nigdy do końca ufać, by znowu nie zostać wykorzystanym.

————

Lotnisko krajowe w Manili. W kraju składającym się w większości z wysp samoloty są niezbędnym i najszybszym środkiem transportu. Sala odlotów przypomina poczekalnie na polskich dworcach PKS. Krzesełka ustawione w równoległe rzędy zajęte są w większości przez Filipińczyków. Jest lipiec – pora tajfunów, sezon turystyczny zaczyna się dopiero w listopadzie. Teraz docierają tu jedynie nieliczni mieszkańcy zachodniego świata. Czekają na nich leniwe, opustoszałe i tanie hotele i restauracje. W poczekalni telewizor. W telewizorze parady lokalnych gwiazd. Filipińczyk został mistrzem świata w boksie. Pies na desce serfingowej. Ludzie w półśnie wczesnego poranka gapią się w emanujące poświatą budełko i psa na desce serfingowej. Kolorowi, biali, czarni, starszy i młodzi kontra pies na desce surfingowej. Nagle dotarła do mnie prosta jak słońce myśl: My, mieszkańcy planety Ziemi, różnimy się językami, wierzeniami i zwyczajami, różnimy się zawartością portfeli. Wszyscy jesteśmy jednak tak samo stelewizorowani. Tak samo ogłupiani.

—————

Filipińskie wyspy z samolotu przypominają ameby pod mikroskopem. Wyspy otoczone są jasną poświatą raf koralowych, potem wlewają się ciemny błękit morza. Lot Manila – Purto Princessa na wyspie Palwan trwa równą godzinę. Na lotnisku w Puerto Princessa wita nas orkiestra dęta. Lotnisko to kilka baraków i palmy kokosowe. Za ogrodzeniem tłum tubylców z reklamami pensjonatów. Przedzieram się przez nich. Szukam kibla. Nie ma. Jest wychodek. Przyczepia się do mnie jakis facet, wyrywa mi bagaże. Chcę mu je odebrać. Mówi, żebym się nie bał, że zawiezie nas tricyklem do hotelu, że nazywa się June (czerwiec), że będzie nam przewodnikiem i przyjacielem. Na jego tricyklu napis: God bless our trip (Boże, pobłogosław naszą podróż).

Ciąg dalszy wkrótce.

Opowieści filipińskie. cz. 1. Jak teacher Jeff wyjechał na Filipiny

Teacher Jeff wyjechał na Filipiny, gdzie spotkało go wiele niesamowitych przygód.

Opowieści tajwańskie. Cz. 19. Uczeń Janek w krainie Wielkiego Elektronika.

Na zakończenie kursu szkoła organizuje wycieczkę. Nie do lasu, nie do muzeum. Do firmy ASUS – produkującej laptopy i sprzęt elektroniczny. W Europie zrobiono by wycieczkę do starej katedry czy pałacu pamiętającego zamierzchłe wieki. Tajwańczykom grzebanie w śmieciach przeszłości nie wydaje się interesujące. Zresztą trudno doszukać się tu wielu śladów historii – wszystkie budynki liczące więcej niż sto lat burzy się i buduje na ich miejsce nowe. Taka już jest kolej rzeczy: coś umiera, aby mogło narodzić się nowe. Niech Europa chwali się swoimi starociami - Azjaci lubią ścigać się z Zachodem i wiedzą, że w wyścigach historycznych nie będą najlepsi. Mają jednak coś z czym świat Zachodni zawsze miał problemy – posłuszne, zdyscyplinowane społeczeństwo, wierne autorytetom i kultuwujące ciężką pracę. I w tym właśnie tkwi sekret dalekowschodniego cudu gospodarczego, który sprawił, że kraje Dalekiej Azji w przeciągu kilkudziesięciu ostatnich lat dołączyły do klubu najbogatszych na globie. Tylko tutaj mogły powstać technologie komputerowe, na których wytworzenie ludziom Zachodu nie starczyłoby cierpliwości i nerwów. Technologie komputerowe, które stały się najbardziej rzucającym się w oczy symbolem ostatniego dziesięciolecia. Technologie komputerowe, które stały się właśnie marką kojarzoną z Dalekim Wschodem – Japonią, Koreą Pd, Hongkongiem i Tajwanem. Paryż ma Wieżę Eiffla, Nowy Jork Statuę Wolności, a Tajwan – ASUSA.

Zbiórka o 8:30 rano pod szkołą. Tam już czeka autokar. Uczniowie – w 98 proc. Azjaci – z wyjątkiem mnie, grubej Meksykanki i wielkiej, rudej Amerykanki - wpisują się na listę obecności, zgarniają poczęstunek i pakują do autobusu. Autobus mknie autostradą w centrum Tajpei. Dookoła widać tylko szczyty kwadratowych, nowoczesnych budynków. Na horyzoncie góry. Nad nimi błękitne niebo. W autobusowych telewizorkach mecz baseballa.
- Co jest najpopularniejszym sportem w Korei? – pytam siedzącego obok Koreańczyka.
- To samo co na Tajwanie – baseball.

Stoimy pod wielkim, lśniącym wieżowcem. Termometr na zewnątrz wskazuje 33 stopnie. Wejście do klimatyzowanego budynku sprawia naprawdę dużą ulgę. Prowadzi nas młody chłopak. Z powagą i skupieniem. Na szyi ma identyfikator ze zdjęciem. Schody, korytarze, lśniące ściany. Sala konferencyjna. Jak z filmów o zebraniach szefów wielkich korporacji. Twór doskonały, sterowany przyciskami w ścianie. Zapadam się w miękkim, wielkim fotelu. Światła lekko blakną. Na ekranie wyskakuje wielkie logo firmy ASUS ze sloganem: “Rock solid – Heart Touching” (Solidny jak Skała - chwytający za Serce). Do sali energicznym krokiem wchodzi ulizany pan w garniturze i krawacie. Staje przed ekranem. Rozkłada ręce w chrystusowym geście. Rozpoczyna mszę.
- Miło mi Państwa powitać w firmie ASUS.

Pan mówi po chińsku. Mało rozumiem. Wyłapuję co dziesiąte słowo. Pan ma 29 lat. Coca-cola. McDonald. Sony. ASUS. Pan pyta o liczby. Azjaci się zgłaszają. Dostają nagrody – płyty DVD, pen-drive’y. Na ekranie wyskakują wykresy. Wynika z nich, że tajwański ASUS należy do czołówki firm produkujących technologie komputerowe na świecie. Wygrywa we francuskich, włoskich i niemieckich rankingach. Ma swoje filie w Polsce i w Meksyku. Zna go cały świat. Na ekranie zdjęcie prezesa Jonneya. Przenikliwy wzrok. Pewna siebie postawa. Codziennie zadaje swoim pracownikom trzy pytania: Who you are (Kim jesteś), Where you are (Gdzie jesteś), Where you are going (Dokąd zmierzasz). Pan w garniturze też zadaje sobie codziennie te pytania. W tym tkwi tajemnica jego sukcesu. W tym tkwi tajemnica sukcesu prezesa Jonneya i całej firmy. Japonka Anda ma łzy w oczach. Patrzy z podziwem na pana w garniturze. Robi mu zdjęcia. Pan w garniuturze zadaje pytania publiczności: Kim jesteś? Gdzie jesteś? Dokąd zmierzasz? Padają odpowiedzi. Pan rozdaje płyty DVD i pen-drive’y. Oklaski. Z sali pada pytanie co zrobić, żeby móc pracować w firmie.
- Szczegóły znajdziecie państwo w internecie: wwwtratata.
Paniom nauczycielkom zostają na stronie wręczone torby z prezentami. Panie kłaniają się i wiją w uśmiechach.

Z kibla widok na góry. W kiblu ładnie pachnie.

Proszeni jesteśmy o ustawienie się w parach. Mijamy restaurację. Wchodzimy do sali gimnastycznej. Faceci w krótkich spodenkach biegają w miejscu odwróceni do ściany.

Sala bilardowa. Sala do jogi. Siłowania. Na ostatnim piętrze basen i jakuzzi. Taras widokowy – plac budowy: dźwig podnosi betonowe bloki. Ludzie w kaskach zaplątani w druty.

Azjaci robią zdjęcia przy obrazie Mona Lisy zrobionym z części komputerowych stojącym zaraz przy wejściu do budynku. Dwie Japonki proszą, żebym zszedł im z kadru. Jedna z nich ma pomalowane na niebiesko paznokcie u nóg.

——————————————–
Zobacz wcześniejsze odcinki: Opowieści tajwańskich
___________________________________________________

Opowieści tajwańskie. Cz. 18. O potrawach z psów, węży i piosence Teresy Teng.

Świątynia Góry Smoka w centrum Tajpei. Kolorowa i majestatyczna. Ozdobiona wizerunkami postaci z chińskiej mitologii – smokami, wężami, demonami. Jak większość świątyń na Tajwanie oblężona przez kwadratowe, szare budynki. Wewnątrz świątyni ludzie palą kadzidła i sztuczne pieniądze, składają pokłony bogom. Studenci modlą się o zdanie egzaminów i wielką miłość, młode pary o zdrowe i mądre dzieci, starsi wiekiem o pieniądze, pomyślność w interesach i długie życie. Składają w ofierze owoce i potrawy. Kładą je na stołach przed kapliczkami z figurami bogów. W skupieniu, z zamkniętymi oczami odmawiają modlitwy.
_________
Przy stacji metra grupki bezdomnych. Jedni śpią przykryci brudnymi szmatami, inni grają w madżonga i piją wódkę z ryżu.

——–
Targ przy Świątyni Góry Smoka słynie z potraw z węży. Tajwańczycy twierdzą, że węże są zdrowe, zwłaszcza dla mężczyzn – wzmacniają potencję. Węże upchane są w małych klatkach. Na klatkach napis: „Nie robić zdjęć”. Węże nieruchomo leżą zwinięte na sobie. Czekają na bycie zjedzonym przez turystów. Ceny dość wysokie: podczas gdy zwykła zupa z krowy czy świni kosztuje 40 dolarów tajwańskich, zupa z węża już 200, a potrawka – 400. Oprócz węża polecane są również potrawy z żółwi. Obok barów serwujących gady - gabinety chińskiego masażu, sklepy z ziołami, sex-shopy i stoiska z przepowiadającymi przyszłość wróżkami.

———–

- Chińczycy i Koreańczycy – owszem jedzą. Tajwańczycy – nie – twierdzi Tajwańczyk Zaixin, 30-letni prawnik.
- Słyszałem jednak, że na lokalnych targach na tajwańskiej prowincji można zjeść – stwierdzam.
Zaixin nic o tym nie wie. Sam nigdy nie jadł.

————-
Koreańczyk Binszou wcale się tego nie wstydzi – lubi jeść psy.
- Psy są przesmaczne – przekonuje.
- Potrawy z psa są popularne w Korei? – pytam.
- Część ludzi je lubi, część się brzydzi – odpowiada Bingszou.
- Co by nie mówić, pierś i noga to poezja smaku – dodaje. – Poza tym mięso z psa jest zdrowe, robi się po nim ciepło.

———-
Popularny na Tajwanie supermarket Wellcome. Przy kasach do kupienia 30-centrymetrowe laleczki nowowybranego prezydenta Tajwanu Ma Yingjiu. Cena: 699 dolarów tajwańskich.

———-
Jedno z pierwszych posunięć prochińskego prezydenta Ma Yingjiu – nawiązanie stosunków dyplomatyczych z Chinami i otworzenie bezpośrednich lotów Pekin – Tajpei. Wcześniej do Chin kontynentalnych można bylo się dostać jedynie z przesiadkami, najczęściej w Hongkongu.

- To niedobrze. Tajwan zaleją turyści z Chin – twierdzi Tajwanka Elis, nauczycielka angielskiego w tajpejskim liceum.

———–
- W Indonezji też się je psy – wyznaje syn misjonarza, Indonezyjczyk Josue. Zastrzega się jednak, że sam nigdy nie próbował.
- Co jeszcze jecie? - pytam.
- Świerszcze i pewne gatunki robaków. Popularnym lekarstwem na astmę jest też mysz.

———–
Na zajęciach chińskiego znowu śpiewamy. Azjaci kochają karaoke. Na dole ekranu przesuwają się literki. Notuję co dziesiątą. Niezrozumiałe słowa wypełniam mruczeniem. Tym razem tekst piosenki nie jest trudny: „Zai nali, zai nali, jan guo ni” – gdzie, gdzie już cię spotkałam”. I refren: „Mengli mengli jian guo ni” – we śnie, we śnie cię spotkałam”. Pani opowiada, że to bardzo popularna piosenka. Podstawowy repertuar azjatyckich karaoke. Zna ją każdy.
- Ja nie znam - wtrącam.
- Nie znasz Teresy Teng?
- Nie znam - odpowiadam. Dziwią się. - A ty znasz? - pytam Japończyka. Głupie pytanie - oczywiście, że zna - Teresa Teng wydawała płyty w Japonii. Zna ją też Koreańczyk, Indonezyjczycy i Wietnamczycy.

Szukam w internecie. Znajduję obszerną biografię w wikipedii. Teresa Teng: tajwańska gwiazda azjatyckich estrad lat 70-80. – dalekowschodni odpowiednik polskiej Ireny Santor i Anny Jantar. Teresa Teng zmarla w 1995 roku. W wieku 42 lat. Na wakacjach w Tajlandii. Na atak astmy.

Krótka opowieść o muzyce: Lykke Li

Krótka opowieść o bogach, ludziach i tajfunach

Tajfun na Filipinach. Zatonął prom z 800 pasażerami na pokładzie. Uratowano zaledwie kilkanaście osób. Prom wypłynął, mimo tego, że przewoźnik zdawał sobie sprawę, że wypuszczenie promu w czasie tak dużego tafunu wiąże sie z poważnym ryzykiem. Prom wypłynął, bo odwołanie rejsu to strata pieniędzy dla przewoźnika. Na pokładzie statku nie było zachodnich turystów, jedynie mniej zamożna ludność tubylcza. Dlatego w światowych mediach informację o zatonięciu promu z 800 pasażerami na pokładzie umieszczono na dalszych pozycjach. Tragedia na Filipinach jest zbyt odległa, aby zainteresowała ludzi Zachodu. Nikt nie zrobi o tym filmu z Leonardo Di Caprio ani nie zaśpiewa w MTV chwytającej za serce piosenki. Nawet samym Filipińczykom nie potrzebny jest rozgłos tej historii. Filipiny mają kojarzyć się ludziom zachodu z miłymi wakacjami w tropikach a nie armią nieprzyjemnych topielców – to tylko zniechęci turystów. Tragedia na Filipinach jest także zbyt powszechna w Azji, żeby dotknęła głębiej ludzi Wschodu. Tajfuny to w tym regionie nic nadzywczajnego – zdarzają się kilkanaście razy w roku. Gdyby przejmować się ludźmi, którzy zginęli w zetknięciu z żywiołem, trzeba by żyć tutaj w wiecznej żałobie.

____
Tylko w Europie – kontynencie - o umiarkowanym, przyjaznym klimacie - którym nigdy nie targały potężne żywioły, człowiek mógł nabrać takiej pewności siebie, by w pewnym momencie ogłosić się tworem niezależnym od natury i mającym nad nią władzę.

W Azji, gdzie potężne cyklony, trzęsienia ziemi zdarzały się nawet kilkanaście razy do roku człowiek nigdy nie stał się tak butny, aby czynić się wyższym od natury i ogłaszać teorie na temat śmierci boga. W zetknięciu z prawdziwym żywiołem na nic zdawały się wzniosłe słowa, butne miny, nowoczesne konstrukcje i wynalazki. Na nic zdawały się też narzekania czy wołania o pomstę do nieba. To, co natura zburzyła, trzeba było potem z mrówczą cierpliwością i i pokorą odbudowywać. Wierząc przy tym, że modlitwy i ofiary choć na chwilę powstrzymają okrutnych bogów, smoki i inne morskie potwory w połykaniu żywcem ludzi – razem z ich niezniszczalnymi domami, mądrymi bibliotekami i wypełnionymi złotem spichlerzami.

Zobacz także: Filipiny - tajfun zatopił prom
Więcej o tajfunach: cyklon tropikalny